#3DbNp

Miałam w pracy szkolenie online, na teamsach, które dodatkowo było nagrywane w celu zamieszczenia go na platformie szkoleniowej dla całej firmy. Około 20 uczestników, w tym wysocy managerowie, project managerowie itp. Po tym, jak się przywitaliśmy, większość z nas, w tym ja, wyłączyliśmy kamerki. Tego dnia miałam ciąg spotkań i zero czasu na pójście do toalety, więc uznałam to za idealny moment. Jednak, żeby nie tracić szkolenia, wzięłam laptop ze sobą. Usiadłam na klopie i laptop odłożyłam na podłogę, tak, żeby widzieć ekran. Po paru sekundach zalała mnie fala wiadomości „widać cię” i wtedy zorientowałam się, że kamera jest cały czas włączona i centralnie nakierowana na moje dolne partie i na kibel, na którym siedzę... 
Chyba czas szukać nowej pracy, bo nie wiem jak ja spojrzę ludziom w poniedziałek w oczy...

#qLKUW

Jako dziecko (chyba 6-letnie) bardzo kochałam moją 10 lat starszą siostrę. Nie chciałam, żeby kiedykolwiek wyszła za mąż i się od nas wyprowadziła. Dlatego kiedy korzystałam z jej komputera i włączało się Gadu-Gadu, pisałam do jej kolegów, żeby się od niej odczepili...
Skubana i tak znalazła męża :')

#JrC0a

Jak miałem 8 lat, zmarła moja babcia, dokładnie w dniu moich urodzin. Cała rodzina uznała, że to zbyt poważna strata dla nas, żeby świętować moje urodziny.
Tak więc mam 25 lat, a od 17 nikt z rodziny nie złożył mi życzeń, mało tego, nikt nigdy nie pamięta nawet o tym, że mam coś takiego jak urodziny.
Wszystkiego, kurwa, najlepszego!

#usXzG

Pracuję w firmie eventowej, zajmującej się organizowaniem wszelakich imprez dla firm, przeszkoli lub szkół. Organizowaliśmy imprezę firmową dla jednej z większych korporacji działającej na terenie Śląska. Owa firma zażyczyła sobie imprezy w stylu mafijnym. Czyli dużo whisky, cygar, cukru pudru w woreczkach, dolarów, broni i oczywiście piękne hostessy i osoby wynajęte, które miały grać mafiozów.

Sytuacja, która miała miejsce nie na samej imprezie, ale na mojej wsi. Wiadomo, jak to na wsi, ludzie wszystko widzą i wiedzą. Gdy byliśmy na wyznaczonym miejscu imprezy, okazało się, że szef zapomniał laptopa, z którego miała być muzyka i różne podkłady pod całą animację, która miała się tam odbyć. Z racji tego, że ja mieszkałem najbliżej hotelu, w którym odbywała się impreza, pojechałem do domu, na wieś, po laptop. Szedłem do samochodu szefa (wziął w leasing nowiuśkie BMW) i aktorzy, którzy byli z nami, zapytali, czy nie pojadę obok sklepu, to mówię, że się śpieszy, żeby wskakiwali i zrobimy zakupy u mnie na wsi. Z racji tego, że ekipa, która z nami pracuje jest naprawdę świetna, postanowiliśmy zrobić sobie żarcik w postaci, że przyjeżdżam z obstawą do domu. Więc wyobraźcie sobie: na wieś przyjeżdża czarna beemka, z niej wychodzi czterech kolesi, wszyscy w garniturach, repliki broni wystają spod marynarki, otwierają mi drzwi z samochodu. Jeden staje przy drzwiach wejściowych do domu, drugi przy bramie, trzeci idzie ze mną. Wychodzę z domu z laptopem. Następnie idziemy do sklepu, który był po drugiej stronie drogi, wchodzimy, kupujemy papierosy i do samochodu. Cała wieś w oknach (mieszkam w „centrum”).

Tydzień później pojechałem odwiedzić rodziców. O całym żarciku zapomniałem. No i przyjeżdżam do domu i okazało się, że cała wieś huczy o tym, że jestem bossem mafii. Koledzy, którzy byli wrogo nastawieni do mnie, stali się bardzo mili i nawet browarki stawiają. Ludzie ogólnie zaczęli mnie „szanować”.

Niestety przykre jest to, że szacunek można zdobyć będąc „bossem”, „mafiozem”. Ale niestety tak to wygląda w mojej społeczności lokalnej.

#KUeoa

Moja córka w wieku 17 lat była niesamowicie upierdliwą i irytującą osobą. W zasadzie całe spektrum piekiełka dojrzewania.
Pewnego razu przegrała ze mną zakład i musiała robić obiad dla nas wszystkich przez dwa dni z rzędu, dokładnie pod moje dyktando.
Pojechaliśmy na wieś, do znajomych prowadzących ekologiczne gospodarstwo, gdzie kupiłem młodą kurę. Jej dekapitacją zajął się sprzedawca, ale od tego momentu córka musiała przejąć resztę. Stałem sobie z kumplem, popijaliśmy piwo (ja bezalkoholowe) i tłumaczyliśmy jej co ma robić ze zwłokami, aby pozbawić je piór.
Po prawie czterech godzinach ciężkiej walki uznałem, że efekt jest wystarczająco dobry.
Wróciwszy do domu, zajęliśmy się dalszą obróbką głównego składnika przyszłych obiadów. Wytłumaczyłem, co należy zrobić, aby usunąć jelita.
Sprawność córki w operowaniu nożem zaskoczyła mnie co nieco. Robiła wszystko powoli, ale bardzo dokładnie, wyraźnie zafascynowana tym, co widzi. Przyniosłem zatem atlas anatomiczny i porównywaliśmy wnętrze człowieka z wnętrzem kury.
Mój podziw wzbudziło mistrzowskie wypreparowanie woreczka żółciowego oraz jej intuicyjne zrozumienie, że należy usunąć wewnętrzną ściankę żołądka, nad którego zawartością dyskutowaliśmy dość długo. Reszta pracy była już czystą przyjemnością, której efekt w postaci zupy i potrawki okazał się prawdziwym hitem.
Jak się później okazało, były i inne konsekwencje.
Córka zrezygnowała z zakładania się zarówno ogólnie, jak i ze mną w szczególności.
Zmieniła również swoje plany i po maturze poszła na medycynę. W czasie studiów dorabiała sobie w uniwersyteckim prosektorium, asystując przy sekcji zwłok. Tak została anatomopatologiem.
Czasami odwiedza nas ze swoim partnerem. Za każdym razem kupujemy kompletną kurę i zajmujemy się nią wspólnie.
Zarówno jej chłopak, jak i moja żona nie są w stanie patrzeć na to, co robimy.
Czego nikt nie wie, w żadnej innej sytuacji nie odczuwamy tak intensywnego poczucia bliskości i wewnętrznego spokoju jak wtedy, gdy razem wypreparowujemy wnętrzności i rozkładamy kurę na kuchenne kawałki.
Stosunki rodzic – dziecko mogą być dziwne, ale mimo to bardzo dobre.

#Yh4nM

O tym, jak wywołałem sobie farmakologicznie depresję...

Ja: rocznik '92, z nałogów nikotynizm, ale rzuciłem parę lat temu. Raczej większy niż mniejszy, kobieta, mieszkanie, dziecko, niemalże sielanka, i nic nie wskazywało na „dziwne i tajemnicze wydarzenia, jakie miały nadejść”, cytując panią Rowling. Pracuję fizycznie, ale z racji jako takiego ogarnięcia i w porównaniu do współpracowników szerokiej wiedzy w zakresie chemii, zdarzało się pracować przy laboratorium, a co za tym idzie w butach przeciwchemicznych, a te są szczelne i gumowane. Prostą wypadkową są tym samym infekcje grzybicze... Rozprawiłem się z kandydozą i trzeba było zająć się pazurami – lekarz przepisał mi lek, którego nie wolno łączyć z alkoholem. W domu mała żałoba, bo terapia na jakieś pół roku, a ja lubię w piątek po drugiej zmianie walnąć piwo... albo sześć. Ale cóż, trudno, oczyszczę organizm, na zdrowie mi wyjdzie. Ale nic z tego.

Po pierwszej tabletce spodziewałem się rozwolnienia, a tu spokój. Drugiego dnia znów tabletka, tylko jakoś mniej entuzjastycznie. Humor się zepsuł, ale wiadomo, praca, dom, rodzina, nie każdy tryska radością. Trzeciego dnia było źle. Byłem smutny, przybity, nie miałem ochoty na nic. Pokłóciłem się z żoną, że wyprała mi spodnie. Nie że nie wyprała, tylko że wyprała, mimo że były czyste, i doszło do takiej eskalacji, że ja, dorosły chłop, popłakałem się w przedpokoju. Zdarza mi się to bardzo rzadko. Po wybuchu płaczu byłem w nie mniejszym szoku niż moja żona. Poszliśmy na spacer i dalej kłótnia, o jakieś bzdety. Wiem, że dla niektórych to standard, ale ja ożeniłem się z najlepszym przyjacielem i się nie kłócimy. Zacisnęła zęby i tylko mimochodem rzuciła, że się dziwnie zachowuję. Zacząłem myśleć, że faktycznie coś jest nie tak. Kolejny dzień, kolejna tabletka. Apatia, poczucie bezsilności, jakiś irracjonalny strach, niepewność. Zwolniłem się z pracy w połowie dnia. Ze łzami w oczach poszedłem do domu, ładnych parę kilometrów. Zanim doszedłem, byłem mokry od łez. W domu stupor, do wyra i spać. Żona mnie obudziła po kilku godzinach, wstałem i w płacz, jak dziecko łkałem jej w ramię. Uznaliśmy, że coś jest nie tak, że to nie jest normalne. Sprawdziłem efekty uboczne leku – raz na 10 tys. przypadków może dojść do pogorszenia się stanu psychicznego pacjenta, w tym do ciężkich stanów depresyjnych. Odstawiłem lek i w dwa dni byłem z powrotem sobą. Po depresji ani śladu.
Depresja, jako upośledzenie produkcji neuroprzekaźników, jest chorobą, poważną, nieleczona jest straszna i powoduje realne zagrożenie życia. Uwierzcie, nie chce się żyć. Marzysz o tym, aby to się skończyło. Dlatego też nie jest wstydem prosić o pomoc. Ograniczenie w postaci paraliżu gruczołów dokrewnych wydzielania dopaminy trzeba obejść farmakologicznie. Nie wahaj się i działaj szybko. Bierz leki.

#0Ga8s

Z pewną dziewczyną znam się od kilku lat, pracujemy razem. Ostatnimi czasy jakoś zbliżyliśmy się do siebie. Jeździmy razem na koncerty, chodzimy na imprezy. Gdy poszliśmy na imprezę z pracy, tańczyliśmy praktycznie tylko ze sobą, a przecież ja w ogóle tańczyć nie lubię. Sporo ze sobą piszemy, choć głównie o pierdołach.
Ostatnio zaprosiła mnie na wesele jako swoją osobę towarzyszącą. Świetnie spędza mi się z nią czas. Tak, wyznaję, zadurzyłem się. Chciałbym zrobić jakiś krok naprzód, ale z jednej strony jestem zbyt nieśmiały, z drugiej boję się, że za dużo sobie wyobrażam, że jesteśmy tylko przyjaciółmi i nie chciałbym nic popsuć.
I jeszcze w tym wszystkim mi wstyd, bo zachowuję się jak nastolatek, a oboje jesteśmy już po 30.

#gxRB9

Czytałam o głośnych sąsiadach i przypomniało mi się, jak to było u moich dziadków. Kiedy na górę wprowadzili się młodzi, bardzo imprezowi ludzie, babcia w celu rewanżu po kilku dniach hałasu wzięła miotłę i ok. godz. 7.00 zaczęła stukać w sufit :) Mało tego, innym razem sąsiedzi z dołu też hałasowali, tym razem babcia ubrała trzewiki z obcasem i zaczęła tańczyć po całym pokoju :D

#FaAjB

Jakiś czas temu zadzwonił do mnie – jak mogło wydawać się po głosie – chłopiec w wieku ok. 10-11 lat. Numeru nie znałam, nie miałam go w kontaktach, ale co tam. Odbieram i słyszę:
– Halo, mama! Mogę iść do Kuby?
No ja bym nie skorzystała z okazji? ;)
– OK, ale najpierw obierz ziemniaki – odpowiedziałam.
Dzieciak się rozłączył.
Po jakimś czasie dostałam SMS o treści: „Obrałem ziemniaki. Wrócę około 19”.
Odpisałam: „OK. Baw się dobrze” i żyłam w przekonaniu, że ta prawdziwa mama będzie wielce zadowolona, że ma takie uczynne dziecko :D

#mUaa1

Za każdym razem, gdy zaczynam się zadowalać, dopadają mnie bardzo natrętne myśli. Otóż przypominam sobie swoich pradziadków i zastanawiam się, co jeśli mnie teraz obserwują z nieba. Myśl ta wprawdzie po jakimś czasie znika, ale pierwsza początkowa minuta zawsze jest dla mnie niesamowicie niezręczną i wstydliwą próbą zastąpienia obrazu moich pradziadków na jakieś sprośne rzeczy. Szczytem nieczystości i zażenowania jest dla mnie, gdy obie te myśli się ze sobą zlewają – wtedy to dziadziusiowe twarze migają mi między golizną. Za każdym, kurde, razem.
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Ja przecież nawet wierząca nie jestem...
Dodaj anonimowe wyznanie