#VUPml

Mam 40 lat, wyższe wykształcenie, bardzo wąską specjalizację i przez to zajebiście płatną pracę, o której wiele osób marzy. Ale jednocześnie mam tak niskie poczucie własnej wartości, że w skali od 1 do 10 dałbym sobie minus 5. Przez to nie mam przyjaciół i nikogo bliskiego ani nie potrafię też cieszyć się z sukcesów w pracy. Niedawno przekonałem się, że moja (jeszcze) żona przez 15 lat traktowała mnie jako bankomat i domowego sługę, więc odszedłem od niej. Teraz rozgrywa mnie dzieckiem, szantażuje emocjonalnie i nadal wykorzystuje moją niską samoocenę. Chodzę do pracy i żyję spotkaniami z córką na zasadzie „od weekendu do weekendu”, ale tak naprawdę jak wracam do domu, to kładę się do łóżka i czekam na kolejny dzień. A w łazience mam powieszony ręcznik na lustrze, by nie oglądać swojej twarzy i nie zaglądać sobie w oczy… Ale wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Że nikt nie widzi mojego cierpienia, przez co nie może mi zaoferować pomocy.

#XZW7m

Często się słyszy lub ogląda historie tego typu, że matka zaszła w nieplanowaną ciążę i chciała jakoś się pozbyć dziecka, dopóki go nie urodziła. Czyli że zobaczyła je i się zakochała i nie mogła go oddać, naprawdę wzruszające sceny.
Ja właśnie się dowiedziałam, dlaczego całe życie jestem tylko z ojcem, a szanowna rodzicielka mnie porzuciła. Otóż moja mamusia kochała mnie, dopóki mnie nie urodziła, a jak zobaczyła co z niej wyszło, to zaczęła wrzeszczeć, że trzeba się tego pozbyć i wpadła w kompletną panikę (jakby co, to nie jestem chora ani nie mam zdeformowanej twarzy). Na szczęście ojciec jej nie posłuchał i nie zgodził się na oddanie mnie czy zostawienie w szpitalu, tyle dobrego.
Fajnie.

#08iCm

W jaki sposób zrobić imprezę urodzinową dla bąbelka za półdarmo? Zaraz poznacie odpowiedź, ale zacznijmy od początku.

Zanim nastąpiły feralne urodziny, mamusia bąbelka zapytała, czy na urodziny upiekę ciasto, bo bąbelek podobno baaaardzo je lubi. Zgodziłam się. Później plułam sobie w brodę. Składniki, czas, jaki poświęciłam na zrobienie ciasta – wszystko tylko po to, żeby usłyszeć: „O, ciasto, dzięki” i to na tyle z całej rozmowy podczas imprezy z organizatorką (no, prawie, bo jeszcze było podziękowanie za obiad). Ani słowa o zwrocie kosztów. Oczywiście prócz ciasta był jeszcze wymyślny prezent, który każdy wybiera z przygotowanej wcześniej listy – są to drobiazgi, ale kwoty startują od 70 zł wzwyż, a nie da się przecież jednej małej pierdółki, tylko trzeba coś jeszcze dorzucić. Za całość (składniki + prezent) wydaliśmy około 350 zł. Fajnie, co? Ale to nie koniec historii…
Przyjechaliśmy w dzień imprezy na miejsce, nastąpiło „O, ciasto, dzięki” i mamusia poszła. Złożyliśmy życzenia bąbelkowi, prezent wręczyliśmy i każdy gość zajął się sobą. Najlepsze przed nami…
Nadszedł czas obiadu, suto zastawiony stół uginał się od pyszności. Najpierw wjechała zupa. Następnie drugie i tu było co wybierać: ziemniaczki gotowane, frytki, a dla wybrednych kluseczki, do tego kotlet schabowy, pulpety, a nawet devolay, surówki różnego rodzaju ze 4 czy 5 do wyboru. Kurczę, postarali się, co? No właśnie… Podczas podziękowania za obiad okazało się, że to PRZYJACIÓŁKA organizatorki ugotowała cały obiad dla 17 (!) osób i go przywiozła (około 1h jazdy) z mieściny obok. Organizatorka tylko podgrzała go na miejscu.  Przyznam szczerze, że myślałam, że się przesłyszałam, ale nie, organizatorka coś tam opowiadała obok rodzinie i z rozmowy wynikało wyraźnie, że cały obiad został własnoręcznie zrobiony przez przyjaciółkę i przywieziony na miejsce imprezy. W takim razie, czy zapłaciła jej za tę pracę? A skądże! Przecież SIĘ PRZYJAŹNIĄ! Zwróciła chociażby za składniki? Nie no, PRZECIEŻ SIĘ PRZYJAŹNIĄ!
Zrobiło mi się żal tej przyjaciółki. Na dodatek po obiedzie wjechał tort upieczony przez mamę organizatorki, a na koniec jeszcze deser, czyli przygotowane przeze mnie ciasto oraz sernik przygotowany przez teściową organizatorki.

Szczerze jest mi wstyd, że musiałam być świadkiem takiej imprezy. Pomaganie rozumiem, ale nie wykorzystywanie innych.

#3AfCF

Problemy ze snem, dygotanie, zesztywnienie, drętwienie ciała, aż w końcu i myśli samobójcze, by zrobić cokolwiek, żeby mieć chwilę spokoju. A zaczęło się tak niewinnie. Czy mogę zostać 15 min dłużej? Że ten kolor szminki to mi nie za bardzo pasuje. Że powinnam się bardziej przykładać. Że skoro nie wyrobiłam targetu, to nie należy mi się premia, a potem pensja. Z perspektywy czasu sama nie wiem dlaczego się na to godziłam. Szefowa przesuwała moje granice raz za razem, stopniowo, powoli, aż w końcu nie przejmowała się żadnymi granicami. Potrafiła mnie poszarpać, uderzyć. Przy wszystkich wyzwać od debili. Żaden pracownik nie był po mojej stronie. Wszyscy się bali, że zamiast na mnie padnie na nich. Jeszcze gdyby to była poważna korporacja, wysokie stanowisko, ale ja byłam dziewczyną świeżo po studiach, zatrudnioną na stanowisko kosmetologa w małej firmie. 
Wiecznie coś było nie tak. Nie ten kolor włosów, nie ta szminka... Potrafiła przy wszystkich powiedzieć mi, że spasłam się jak świnia i ona od dzisiaj rekwiruje mi posiłki w pracy. I jadła je przy mnie, kiedy mi kiszki marsza grały. A we mnie załączył się jakiś chory syndrom sztokholmski, że zamiast uciekać stamtąd, ja starałam się ją zadowolić. Żeby w końcu była zadowolona. Przy wzroście 170 ważyłam 48 kg. Zrujnowała mnie w 3 lata.
W końcu rodzice nie wytrzymali. Zapisali mnie do psychoterapeuty. Trafiłam na świetną babkę, która wyciągnęła mnie z tego bagna. Coraz bardziej świadoma, jakby obudzona z transu, zaczęłam nagrywać to, co się dzieje w pracy. Namówiłam koleżanki, żeby zeznawały w sadzie, a w końcu znalazłam prawnika i pozwałam ją. Sprawę oczywiście wygrałam, choć długo walczyłam. Jej miny, gdy dostała wyrok skazujący, nie zapomnę nigdy. Płaczu i teatru na sali sądowej także. Wygrałam. Salon się zamknął bo fama poszła, jak szefowa traktowała pracowników. Ona została sama. Wiem, że rozwiodła się ze swoim facetem, ale nie wiem z jakiego powodu. Nie ma nic. I bardzo ku*wa dobrze. Nikt mi nie odda tych lat, ale jestem przeszczęśliwa, że mam to za sobą. I nadal uważam, że dostała zbyt mała karę.

#9gzbm

Nigdy żadnemu facetowi nie pozwalałam wziąć się na ręce, a wagi omijałam szerokim łukiem. Od ponad 10 lat noszę rozmiar 40, mam wymiary 100/60/100 i ważę... prawie 90 kg. Lata uprawiania sportu i predyspozycje genetyczne sprawiły, że moja masa mięśniowa przeraża mnie samą. Nikt nie wie, ile ważę.

#mqK9o

Krótkie i przykre...
Umówiłam się z pewnym chłopakiem na spacer. Było to nasze pierwsze spotkanie.
Po spacerze zaprosiłam go do domu na herbatę i ciasto, które sama piekłam. Powiedział, że ciasto możemy zjeść później, a teraz moglibyśmy w końcu przejść do rzeczy... Byłam w szoku i powiedziałam, że na pewno tego nie zrobię. Powiedziałam, że szanuję się i nigdy bym tak nie postąpiła na pierwszym spotkaniu, a takie kontakty wymagają czasu.
Na moje słowa wstał, zrzucił blachę z ciastem na ziemię i przed wyjściem powiedział: Więcej emocji czeka mnie na rybach, nigdy więcej nie chcę cię widzieć, tylko czas straciłem...

#mSgzd

Gdy miałam 18 lat nie podobało mi się, że większość moich znajomych ma chłopaka/dziewczynę, a ja nie. Byłam tak zdesperowana, że założyłam fałszywe konto na Facebooku, pozapraszałam trochę znajomych, polubiłam jakieś najpopularniejsze strony ze sportem i samochodami. W miejscu zamieszkania wpisałam miejscowość znajdującą się około 100 km ode mnie, żeby nie wzbudzać pytań dlaczego tak rzadko się widujemy. Zaczęło się niewinnie, komentowałam swoje zdjęcia, a w telefonie zostawiałam zawsze na wierzchu dymek czatu z tego konta. Później zaczęłam prowadzić monologi na messengerze, żeby każdy myślał, że ciągle piszemy, następnie dodawać z „jego” konta posty, no bo przecież nie może być jakimś nudziarzem. Dochodziło do sytuacji, kiedy to odwoływałam spotkania ze znajomymi, bo jechałam do miejscowości mojego „chłopaka”, a tak naprawdę siedziałam cały czas w domu. Trwało to kilka miesięcy, stworzyłam na jego temat tyle historii, że sama się zakochałam w nieistniejącym, ale idealnym chłopaku. Wtedy stwierdziłam, że zaszło to nieco za daleko.
A jaki był płacz po rozstaniu...
Do dziś nikt nie zna prawdy, a ja wciąż czasem za nim tęsknię.

#rc7wC

Gdy się urodziłam, moja mama wpadła w poważną depresję poporodową. Po latach mi wyznała, że myślała wtedy o zabiciu siebie i mnie. Że raz rzuciła mną z całej siły o łóżko. Miała rzucić o podłogę, ale w ostatniej chwili zmieniła tor lotu.
To było ponad 30 lat temu, na małej wsi. Nikt wtedy nie mówił o depresji poporodowej i psychoterapii. Nikt nie wiedział, co to takiego.
Na szczęście mój tata jest bardzo mądrym człowiekiem. Zauważył, że coś jest nie tak z mamą, porozmawiał z nią, w końcu postanowił ją wysłać za granicę do jej siostry, żeby mama odpoczęła. Miałam wtedy 6 miesięcy. Mama wyjechała i nie było jej ponad pół roku. W tym czasie opiekował się mną tata, pomagali mu dziadkowie i ciotki z wujkami. Praktycznie cała rodzina się przejęła i zaangażowała. Robili zmiany przy opiece nade mną, gdy tata szedł do pracy albo potrzebował się przespać. Mama wróciła, gdy miałam trochę ponad rok i już chodziłam. Przegapiła moje pierwsze kroki, pierwsze wypowiadane słowa. Ale nigdy nie miałam do niej o to żalu. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że zadbała wtedy o siebie i swoje zdrowie. Cieszę się, że mam na tyle dużą i zgraną rodzinę, że moja mama miała taką możliwość. Decyzja, którą wtedy podjęli, świadczy o ogromnej miłości do mnie i do siebie wzajemnie.

Dziś mam świetny kontakt z mamą, zawsze zresztą miałam. Kocham moich rodziców, są najwspanialszymi ludźmi na świecie. Ich relacja to dla mnie przykład tego, jak powinien wyglądać związek i prawdziwa miłość. Są małżeństwem ponad 30 lat, a wciąż chodzą wszędzie za rękę, siedzą przed telewizorem wtuleni w siebie, wyznają sobie miłość każdego dnia, dbają o siebie wzajemnie i we wszystkim się wspierają. Mnie i moje rodzeństwo też. Dali nam mnóstwo miłości i ciepła, za co będę im wdzięczna do końca życia.

Cieszę się też, że w dzisiejszych czasach kobiety mają możliwość skorzystania z pomocy psychologów, psychoterapeutów. Cieszę się, że świadomość na temat zdrowia psychicznego wciąż rośnie, a same choroby coraz rzadziej są piętnowane. Gdy moja mama po latach zrozumiała, że to, przez co wtedy przechodziła, było depresją poporodową, w końcu była w stanie sama sobie wybaczyć.

Piszę to wyznanie, patrząc na moich rodziców lepiących pierogi na Wigilię. Śmieją się, żartują i popijają grzane wino z omączonych i oblepionych farszem kubków. W tle lecą świąteczne piosenki. Schowam sobie ten obraz w specjalnej szufladce na najpiękniejsze wspomnienia z mojego życia.
Dodaj anonimowe wyznanie