Chodziłam kiedyś do tej samej podstawówki co brat. Raz gdy wychodziłam z domu do szkoły, rodzice mi powiedzieli, że pewnie go spotkam po drodze. Wyjechałam kawałek drogi na rowerze i zobaczyłam brata, poznałam go po kurtce, ale z kimś rozmawiał i miał dużą torbę ze sobą, co było dziwne, więc podjechałam jak najszybciej. Stanęłam przed nim, blokując mu przejście i krzycząc: „Kto to był i co tam masz?”. Zajrzałam szybko do jego torby – zobaczyłam cukier, jajka, makaron itp., co było jeszcze dziwniejsze. Podniosłam wzrok i zorientowałam się, że to wcale nie jest mój brat, spojrzałam w twarz zdezorientowanej sąsiadce... Powiedziała tylko: „Zakupy” i przyspieszyła, bym jej nie zadała więcej pytań.
Do dziś nie potrafię jej powiedzieć „dzień dobry” przed blokiem bez poczucia zażenowania.
W kościele, będąc ministrantem, zamiast odłożyć rzeczy z ołtarza na odpowiednie miejsce, poszedłem zadzwonić tymi dzwonkami podczas gadania księdza. Ludzie się na mnie patrzyli jak na idiotę, nawet ksiądz przestał gadać i się na mnie patrzył... Nigdy tego nie zapomnę, wybiegłem do zakrystii z płaczem XD
Nie czułam żadnego sentymentu do domu rodzinnego. Bardzo szybko się wyprowadziłam, miałam 15 lat, poszłam do liceum do dużego miasta i zamieszkałam w bursie. To było moje marzenie, wyprowadzić się. Nie cierpiałam mojej mamy, nie cierpiałam domu, w którym spadały na mnie problemy dorosłych, z którymi nic nie mogłam zrobić. Miałam plan – będę się uczyć, dostanę stypendium, pokażę, że jestem tego warta i się wyprowadzę. Mówiłam, że chodzi o dobre liceum, a chodziło o to, żeby się wyprowadzić. Udało się. Nigdy już więcej nie spędziłam w domu rodziców więcej niż dwa dni, w wakacje pracowałam, kimałam u znajomych.
Nigdy nie tęskniłam za domem, znalazłam sobie nowy i chociaż co jakiś czas zmieniałam pokój czy później mieszkanie w trakcie studiów, czułam, że to moje miejsce, mój dom. Miasto, które wszystkich denerwuje niekończącymi się remontami i korkami na drodze. Tu nauczyłam się, jak radzić sobie z emocjami, tu nauczyłam się, co to znaczy, że komuś na tobie zależy, tu zaczęłam nabierać pewności siebie, poznałam męża, kupiłam pierwsze mieszkanie, dostałam pierwszą pracę.
Aktualnie z mężem rozważamy przeprowadzkę do mniejszego miasta, żeby móc kupić dom zamiast małego mieszkania. Bronię się przed tym rękami i nogami, chociaż wiem, że będziemy tam mieli o wiele lepsze warunki.
Kiedy wyobrażam sobie, że mam mieszkać gdzieś indziej, to chce mi się płakać. Boję się. Nie bałam się, kiedy miałam 15 lat, jestem 10 lat starsza i boję się zostawić to miasto, tak jak dzieci boją się rozłąki z rodzicami.
Z jednej strony mówię sobie, że przesadzam, że się przyzwyczaję, ale z drugiej boję się, że nigdzie indziej nie umiem być szczęśliwa. Kiedy myślę o wyprowadzce, pojawia się we mnie jakaś pustka, której nigdy wcześniej nie czułam.
Można robić dobre albo złe rzeczy, ale tego co zrobiłem nie lubi nikt.
Było to parę dobrych lat temu w gimnazjum. Specjalnie poszedłem do klasy matematycznej, żeby potem mieć nieco łatwiej w liceum (tam również udałem się na mat-fiz). W gimnazjum oczywiście profil dotyczył wyłącznie tego, jakiego przedmiotu uczył wychowawca. Na nasze nieszczęście trafiła nam się matematyczka tuż po studiach. Kobieta nie miała żadnego doświadczenia, a zachowywała się, jakby uczyła już 30 lat. Owa kobieta miała brzydką manierę oceniania po pozorach. Już na pierwszej lekcji postanowiła udowodnić nam, gdzie jest nasze miejsce i wzięła paru uczniów do tablicy. Zadawała pytania z materiału gimnazjalnego, którego w pierwszym dniu nie mieliśmy jeszcze opanowanego (kto by się tego spodziewał), no i w końcu padło na mnie, widocznie nie spodobałem jej się z twarzy. Zapytała mnie o funkcje trygonometryczne. Do tej pory pamiętam ten pełen satysfakcji uśmiech, że zapytała o coś, czego nawet nie ma w gimnazjum. Grzecznie odezwałem się, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. No i co? „Nauczycielka” wydarła się na mnie, że zachowuję się niestosownie i wstawiła jedynkę. Pomyślałem, że może taką ma metodę – postraszyć trochę przed egzaminem, żebyśmy byli uczuleni. Dlatego zapytałem spokojnie, kiedy jest kółko dla osób chcących przystąpić do olimpiady i usłyszałem, że się nie nadaję. Ponadto zabroniła mi przychodzić na wszystkie zajęcia dodatkowe!
Zauważyłem, że dla niej to, czy ktoś jest mądry czy głupi zależy tylko od facjaty, więc postanowiłem się zemścić. Moja koleżanka zapytała o e-maila naszą matematyczkę i usłyszała odpowiedź, że oficjalnego maila jeszcze nie ma, musi dopiero założyć, i to taki, żeby było jej imię i nazwisko, bo jest już na poważnym stanowisku.
Postanowiłem, że kiedy wrócę do domu, pozajmuję tej babie wszystkie prostsze loginy zawierające jej imię i nazwisko na wszystkich znanych mi pocztach internetowych. Zajęło mi to parę godzin, bo wykorzystałem też te z jej rokiem urodzenia (który nam podała, gdy się przedstawiała), na wszelkie możliwe sposoby. Zajęło mi to kilka godzin, ale warto było.
Nauczycielka wysyłała materiały z konta imię.nazwisko69.
Tata opowiedział mi historię, kiedy to wezwano go na komisję wojskową.
Nikt nie chciał dostać kategorii A. Jeden pan udawał daltonistę, więc komisja poprosiła go o podanie zielonego długopisu. Ten zapomniał, że nie widzi kolorów i podał im zielony długopis.
Inny na migi pokazał, że nie słyszy, więc go puścili, ale kiedy wychodził, rzucili monetą o ziemię. Odwrócił się na ten dźwięk :D
Stałem sobie dziś w ogonku do kasy w jednym z osiedlowych sklepów. Za mną na swoją kolej czekało pięć osób. Pin i zielony. Piiiik! Pani właśnie kasuje klienta przede mną. I wtedy usłyszałem jak jakaś max-dwunastoletnia dziewczynka prosiła babeczkę stojącą zaraz za mną:
- Przepraszam bardzo. Czy mogłaby mnie pani przepuścić? Mam tylko wodę, a tam na dworze czeka mój piesek i...
- Spierdzielaj, gówniaro! Trza se, kurna, było iść do kasy, gdzie jest mniejsza kolejka! Jeszcze czego? Bachor jakiś... - warknęło babiszcze triumfalnie patrząc na stojących w ogonku obywateli. Pewnie szukała akceptacji, czegoś w stylu "Taaa jeee...! Polać jej!". Ale nikt nie odwzajemnił tego spojrzenia, a miny, które wykwitły na twarzach zakupowiczów wskazywały raczej na głębokie zażenowanie niż poparcie dla czynu besztania małej dziewczynki.
Jako że teraz przyszła kolej na mnie, gestem ręki powstrzymałem panią kasjerkę przed sięgnięciem po pierwszy z moich produktów na taśmie. Wyhaczyłem wzrokiem czerwoną jak buraczek dziewczynkę i krzyknąłem:
- Właź przede mnie! Piesek na pewno spragniony!
I wtedy na twarzach wszystkich pojawił się szczery uśmiech. Oczywiście oprócz naburmuszonego oblicza babki za mną. Dziewczynka szybko kupiła swoją wodę, a ja zauważyłem, że na końcu ogonka stoi starsza pani z koszyczkiem, więc znów się odwróciłem i zawołałem:
- Proszę, niech pani teraz podejdzie do kasy. Te zakupy wyglądają na ciężkie!
Babulka poczłapała przede mnie. Patrząc po ludziach w kolejce zorientowałem się, że podchwycili moją grę. Babka za mną zaczęła gderać, bulgotać i przeskakiwać z nogi na nogę. Kasjerka wyszczerzyła się w uroczym uśmiechu...
- Proszę pana! - krzyknąłem do jegomościa w średnim wieku stojącego kawałek dalej. Widzę, że żona na pana czeka, a nie ma pan zbyt dużo rzeczy w koszyczku. Pan wskoczy przede mnie!
Ludki w ogonku zarechotały, a sympatyczny z twarzy pan podał swoje rzeczy szczerze uhahanej kasjerce.
Przepuściłem jeszcze babkę z wnuczkiem, która to właśnie stanęła na końcu kolejki, mojego sąsiada z pętem kiełbasy ("Dzień dobry panie Staszku. Widzę, że grilla pan szykuje?"), panią z kokiem, jakąś nastolatkę i seniora ze szpakowatym wąsiwem. Stojąca za mną baba wpadła w furię, podniosła głos, domagała się rozmowy z kierownikiem sklepu itp. Najlepsze jest to, że wszyscy traktowali ją jak powietrze.
W końcu przy kasie zostałem tylko ja i ona. Uradowana pani ekspedientka skasowała moje rzeczy. Niespiesznie zapakowałem je w torbę, a tymczasem kasjerka: ŁUP! - walnęła na taśmie tabliczkę z napisem "Przepraszamy! Kasa zamknięta. Proszę przejść do innego stanowiska." i nie zważając na klientkę (która, wierzcie mi - była o krok od tego, ażeby w niewyobrażalnej furii tarzać się po ziemi plując obficie...), poszła na zaplecze.
Złośliwość to jednak fajna cecha, jeśli ofiara zasługuje na karne pognębienie i do dyspozycji mamy "partnerów w zbrodni". Pozdrawiam ze słonecznych Bałut!
Czy wiecie, że istnieje dobrze prosperujące polskojęzyczne forum, na którym opisuje się swoje łóżkowe przygody z prostytutkami i ocenia je? Z setkami, jeśli nie tysiącami użytkowników i dedykowanymi dla miast działami?
Ja dowiedziałam się niedawno, widząc wspomniane forum otwarte u swojego długoletniego partnera na kompie.
Jakiś czas temu jechałem komunikacją miejską w Warszawie, a jakaś baba patrzyła mi się ciągle w telefon, więc mądry ja napisałem w notatkach, żeby nie patrzyła mi się w ekran. Pani jakby z oburzeniem spojrzała się na mnie i powiedziała: „Jaka ta młodzież dziś niewychowana...”, więc spokojnym głosem jej odpowiedziałem, że ja przynajmniej nie patrzę się w telefon innej osobie, jadąc autobusem.
Ciekawe, jak by to się zakończyło, gdybym nie wysiadł na najbliższym przystanku :)
Nie potrafię się „oduzależnić” od pornografii i masturbacji. Już tyle razy odcinałam się od tych dwóch rzeczy, przestawałam na miesiąc/kilka tygodni czy coś i mi się udawało, ale w pewnych momentach coś mi się takiego dzieje, że po prostu muszę to zrobić i nic mnie nie może od tego powstrzymać.
Moja mama poszła do małego supermarketu w celu zakupienia mięsa. Stanęła w kolejce, wszystko fajnie. Nagle przed nią widzi człowieka, który po angielsku próbuje dogadać się z ekspedientką. Ta nic nie rozumie, pokazuje mu wszystko, co ma za ladą. Pan zmieszany, nie wie co powiedzieć. Nagle pada słowo KAŁ. Ekspedientka patrzy na niego dziwne, bo przecież wiadomo, co to słowo po polsku znaczy, ale nie MOJA MAMA! Moja mama, ze słomianym zapałem do nauki angielskiego, zrozumiała, że KAŁ to nic innego jak KROWA i pyta pana:
M: MUU?
P: MUU!
I tak oto moja mama pomogła panu kupić mięso :)
Dodaj anonimowe wyznanie