#jdBKN

Czy Wy nie macie choć odrobiny oleju, żeby dosłownie wszędzie płacić kartą? Zgadzam się, że jest to wygodne, szybkie i kasjerka nie musi wydawać reszty. Ale na tym koniec zalet płatności zbliżeniowych. Cała reszta to jedna wielka beznadzieja. Odkąd weszły płatności tego rodzaju, to wam totalnie zryło mózg. Jeśli wszędzie płacicie kartą, to bank w każdej chwili ma dostęp do informacji na temat tego, z jakich dóbr korzystaliście. Klikną sobie i będą wiedzieć, że o tej i o tej godzinie byliście w burdelu, o tej kupiliście biżuterię, o tamtej ciuchy itp. Włączcie mózg i w kwestiach płatności pozostańcie czasem anonimowi. Bank może Wam w każdej chwili zablokować dostęp do tych i owych dóbr i tyle z tego będzie.

#CU3eM

Nienawidzę grać w siatkówkę, niewiele zresztą widzę bez okularów. W liceum na WF-ie graliśmy w zasadzie tylko w siatkówkę - mała szkoła, mała sala, nauczyciel, który z drużyną jeździł na zawody w siatę i miał fazę na tę grę. Skończyło się więc na wizytach w prywatnej przychodni co pół roku i zwolnieniu z WF-u.

Internista, który zawsze mnie przyjmował, był również ginekologiem-położnikiem... i taką pieczątką podstemplowywał mi zwolnienia z WF-u :D
Gdy po raz pierwszy spojrzałem na jego pieczątkę i powiedziałem, że nauczyciel będzie miał niezłą minę jak to zobaczy, ten uśmiechnął się do mnie i powiedział:
- Zawsze może pan mu powiedzieć, że pan ocipiał.

Ja w śmiech, on w śmiech, zwolnienie w kieszeń i piąteczka na drogę.
Lubię takich ludzi :)

#S47y4

Mam 27 lat, mieszkam w jednym z większych miast w Polsce w blokowisku, mam 4 cudowne kobiety (żonę, roczną córkę i dwie suczki) i właśnie o suczkach będzie to wyznanie :)

Obie suczki należą do mało lubianej rasy, a mianowicie pitbul. Są wytresowane i całkowicie niegroźne, jeśli nie dam im komendy do obrony. A jak to w blokach jest większość z was wie - monitoring jest zawodowy i oczywiście dla większości moje pieski to zło wcielone. Natomiast prawda jest inna, moja córka uwielbia się bawić z psami, a te nie odstępują jej na krok, pora kąpania - psy czatują pod łazienką, w nocy jak śpi psy śpią pod jej łóżeczkiem i budzą mnie lub żonę, jak mała się przekręci.

A teraz historia właściwa, która miała miejsce w zeszłą niedziele. Żona po sobotnim spotkaniu z koleżankami trochę chorowała, więc jako przykładny i kochający mąż postanowiłem pójść do osiedlowego sklepu i kupić jej coś na poprawę stanu zdrowia. Więc zapakowałem małą do wózka, psy w kagańce, smycze i wio do sklepu. Do przejścia miałem może z 600 metrów, ja pcham wózek, psy przypięte do paska idą jak zawsze grzecznie i spokojnie. Pod sklepem zauważyłem, że mała usnęła, więc zostaje w wózku (sklepik malutki, z wózkiem bym nie wjechał), psy przypięte do wózka, komenda "pilnuj" i idziemy do sklepu.

W połowie zakupów słyszę dosyć głośne i niepokojące mnie warczenie i niestety krzyk jakiejś kobieciny. Rzucam zakupy, wypadam ze sklepu, a tam widzę jedna moja psina przycisnęła do ziemi małego chłopca, wiek może 4 lata, druga stoi przed nimi i warczy na matkę, która okłada ją parasolką. Szybko rzucam komendę "zostaw" i psy wracają pod wózek i siadają jak gdyby nigdy nic. Matka z ryjem na mnie, policję wzywa, ja się pytam co się stało - niemożliwością było, żeby psy same zaatakowały. Policja przyjechała, zeznania wyjaśnienia, ja tłumaczę, że psy bez powodu nie broniły się, a matka swoje, że przechodziła obok i pies się rzucił na jej synka, no jakaś masakra po prostu.

Na szczęście nad wejściem sklepu była kamera, która wszystko wyjaśniła. Pani przechodziła obok i kazała synkowi iść zobaczyć malutkie dziecko w wózku, bo pieski śpią obok, to nie zauważą (psy leżały obok wózka, wyglądały, jakby spały). No i niestety chłopiec podszedł za blisko i dotknął wózka, co dla moich psów oznaczało zagrożenie, więc ruszyły do ataku broniąc swojego. Na szczęście nic nikomu się nie stało, chłopiec niestety raczej będzie miał traumę przez głupotę matki, policja też wykazała się zrozumieniem i skończyło się tylko na pogadance.

PS Wózek z psami stał jakieś 5 metrów od chodnika pod drzewem, coby nikogo nie kusił, a moje psiny dostały tego dnia ucztę w postaci gotowanych piersi z kurczaka :)

Pozdrawiam, właściciel dwóch najwspanialszych "morderców" na świecie.

#VhTaj

Zbliżamy się z żoną do 40. i mieliśmy kilka ciężkich lat, jak zmagałem się z chorobą. Ostatecznie wyszedłem na prostą, ale terapia i leki pogrzebały moje zdolności łóżkowe. Nie mam nic w sobie, zero ochoty lub nawet fizycznej możliwości. Trwało to jakiś czas i oczywiście rujnowało nasze życie. Gdzieś był etap zabawek, kolejnej terapii, nieudanej (w sensie farmakologii), zmęczyły mnie wizyty u różnych lekarzy seksuologów. Żona była stroną, która naciskała na 1000%. W domu rygor, zero alkoholi, zero papierosów, zero złego żarcia. W końcu doszło do rozmowy o innym partnerze, nie wiem sam, czy wyszło to ode mnie, od niej, w kłótniach, ale wyszło. Potem zamiast wyrzucać to jako temat kłótni, stał się ten temat polem dyskusji. Zaakceptowałem rzeczywistość, że albo się rozstaniemy, albo będzie mnie zdradzać i się rozstaniemy, albo w jakiś sposób się na to zgodzę i na moich warunkach do tego dojdzie. I tak niby było, wpierw myślałem, że lepiej, jak nie będę wiedzieć, w sensie... wiem, że kogoś ma, nie mówimy o tym, ja nie wiem kto to i tak żyjemy. I ten ktoś był. Miesiąc umierałem z zazdrości, złości i też ciekawości, straszny miks uczuć i emocji. W końcu powiedziałem, że dłużej tak nie mogę i mam kłopoty ze snem, bólami w klatce piersiowej etc. Chciałem, by działo się to nie w hotelach czy bóg wie gdzie i chciałem wiedzieć, kim on jest. Tak więc poznałem go, przyszedł do nas, najgorszy był uścisk ręki, nie wiem czemu, nie fakt, że ma moją żonę fizycznie, ale to podanie ręki dostatecznie mnie upokorzyło. Okazało się, że jednak lepiej wiedzieć. Gorzej, że ten ktoś jest w życiu zawodowym mojej żony, nie chcę pisać szczegółów, ale uważałem, że to fatalna sytuacja, dodatkowo denerwował mnie fakt, że jest kilkanaście lat starszy, a mimo to wygląda lepiej ode mnie. Tak mnie ta choroba niestety wykończyła. Facet miał żonę i dzieci, ale żyją tak od wyjazdu do wyjazdu, ona ma swoje życie, on swoje. Od słowa do słowa, chciałem by żona nie szlajała się po hotelach lub by w końcu wpadła przy jego rodzinie. Nie chciałem, by ich widziano „na mieście”, bo nie żyjemy w dużej miejscowości i każdy tu każdego zna. Skończyło się więc na domowych wizytach u nas. Ja pakowałem sprzęt na ryby czy szedłem do kina albo spotkać się z kolegami. Niestety często wracam, gdy jeszcze są razem. Najgorzej, gdy są razem w tym sensie, wchodzę jak na paluszkach i chowam się jak przestraszony nastolatek w pokoju gościnnym. Wyrywam włosy z głowy, a dużo mi ich nie zostały. Jego sapania, jęki żony, odgłosy, ich świntuszenie. Przychodzi raz w tygodniu, czasem dwa. Jak ma wolny weekend bez rodziny, to żona jedzie do niego, bywa, że nocuje np. z piątku na sobotę. Mam już tego dosyć i chcę wnieść o rozwód. Myślałem, że sobie z tym poradzę, ale nie wytrzymuję tej sytuacji.

#yQ0hc

Zacznę od tego, że jeśli chodzi o partnera, to mam ogromne szczęście. Jest on czystym mężczyzną, w domu sam z siebie sprząta, gotuje, naprawia, więc nie mamy problemu z podziałem obowiązków. Jest bystry, inteligentny, troskliwy i, co dla mnie bardzo ważne, da się z nim normalnie pogadać, omówić problem, wypracować wyjście. Mieszkamy razem. Problemem jest to, że on ma wyraźną wizję tego, jak należy wykonywać obowiązki domowe i jak co powinno wyglądać. Początki były najgorsze. Od momentu wstania do momentu pójścia spać wysłuchiwałam rzędu pretensji. I co parę minut zwracał mi uwagę. Szafki umyłam nie tym płynem, którego on by użył, moja poduszka powinna leżeć szwem w inną stronę, niż kładę, sztućce z suszarce powinny być ułożone w inną stronę, w ogóle w zmywarce źle układam, buty na wycieraczce powinny być skierowane noskami do przodu, a nie w prawo itd., wannę powinnam dokładnie myć i wycierać po każdym myciu, nieważne, że on pójdzie się myć za 10 minut i też będzie ja mył i wycierał, i wiele wiele innych rzeczy. Wszystko robiłam nie tak, bo on by to zrobił inaczej. On bardzo nad sobą pracuje, odpuścił wiele rzeczy, czepia się już wielokrotnie rzadziej niż kiedyś, jednak ja przez to, jak wyglądało to wcześniej, za każdym razem jak on coś mi powie, choćby to miało sens, reaguję już gniewem. Już mam czarne myśli, że „znów się zaczyna” i mam ochotę uciec z domu. Choć logicznie wiem, że to nie ma sensu, bo teraz to już naprawdę jest bajka w stosunku do tego, co było wcześniej.

#6mjx4

Mam swoją tajemnicę, o której nigdy nikomu nie powiem. Chodzi o to, że poszłam na egzamin na prawko pod wpływem alkoholu. Mój egzaminator nic nie wyczuł i zdałam. Wiedziałam, że wódkę czy inny mocny alkohol będzie czuć, piwo też, dlatego postawiłam na wino. Wypiłam jakieś pół butelki. Nie wiem, czy to dużo, jeśli chodzi o promile, bo nie piję alkoholu prawie wcale, ale dla mnie to było dużo i czułam się pijana. Jednocześnie byłam bardzo skupiona i co najważniejsze, całe moje zdenerwowanie opadło. A o to mi właśnie chodziło. 
Jeździłam dobrze, mój instruktor mnie chwalił, mówił, że nie ma opcji, żebym nie zdała. A ja wiedziałam, że mogę być najlepszym kierowcą świata, a i tak egzamin obleję z powodu stresu. Już tak mam, że straszliwie stresuję się na wszystkich egzaminach, w których mam bezpośredni kontakt z innymi ludźmi. Z tego powodu nie zdałam matury ustnej, choć byłam bardzo dobrze przygotowana i pisemne zdałam wszystko w okolicach 100%. Po prostu nie byłam w stanie się odezwać, cała się trzęsłam, do tego dostałam biegunki i uciekłam z sali. Rozmowy kwalifikacyjne czy egzaminy  to dla mnie największa katorga. Nie mogłam znaleźć pracy właśnie dlatego, że bardzo źle wypadałam na rozmowach. Ze stresu się jąkałam albo nie mówiłam nic. Pracę znalazłam dopiero w czasach pandemii, gdy rozmowy kwalifikacyjne były online, a i wtedy wypiłam sobie dwa drinki na rozluźnienie. I byłam tak dobra na tej rozmowie, wygadana, bystra, profesjonalna, że pracę dostałam.

Byłam u specjalistów. Dostawałam leki na uspokojenie, na zablokowanie adrenaliny, ale żadne, dosłownie żadne na mnie nie działały. Najbardziej w sytuacjach stresowych trzęsą mi się ręce, nie jestem w stanie nad nimi zapanować. A to jest tak mocne trzęsienie, jakbym miała Parkinsona. Nie mogę utrzymać w ręce długopisu czy szklanki i wiem, że na egzaminie nie byłabym w stanie zmienić biegu albo włączyć kierunkowskazu. Po lekach czułam się wewnętrznie spokojna, a mimo to ręce nadal mi się strasznie trzęsły. Jedynie po alkoholu mi się nie trzęsą. I nie mam już czasu, siły ani pieniędzy, żeby szukać co jest ze mną mną nie tak, bo byłam już u około 20 lekarzy i wydałam kupę kasy.

Teraz jeżdżę już 5 lat i podobno jestem niezłym kierowcą, bardzo to lubię. A tajemnicę z egzaminem zabiorę do grobu. I tylko tu chciałam się wygadać.

#moTGl

Sztuki walki kocham od dziecka. Jako małolat moim ulubionym aktorem był Jackie Chan, do dziś oglądam jego filmy. Wtedy sztuki walki pojmowałem jako coś nieprawdopodobnego. Te kopnięcia, szybkie i efektywne uderzenia. Ale zawsze myślałem, że takie coś to tylko tam, w Chinach i Japonii. Jednak któregoś dnia moja mama oznajmiła, że w szkole jest sekcja karate. Jako mały chłopiec, który dopiero poznawał świat, pomyślałem, że co mi tam. Nie miałem wtedy nic do roboty poza szkołą. Poszedłem. Poznałem nowych ludzi, trenera. Jako cichy i nieśmiały chłopiec mało co rozmawiałem. Tam się już każdy z każdym znał, więc co to taki początkujący.
Trener był od początku ze mnie zadowolony. Pomimo że dopiero zaczynałem, pod koniec sezonu potrafiłem już kombinacje na wysokie stopnie. Techniki, o dziwo, według trenera szły mi bardzo dobrze, przez co motywował mnie, bo widział we mnie potencjał.
Walki w parach też były. Zdarzało się że jako początkujący walczyłem już z osobą o 4-5 stopnie wyżej ode mnie.

Z czasem zacząłem jeździć do sąsiedniego miasta, gdzie trener również prowadził treningi. Nowi ludzie, nowe otoczenie, dodatkowe treningi. Z czasem właśnie zacząłem pojmować filozofię karate. Że nie tylko chodzi o walkę. To jest praca nad samym sobą, żeby stać się lepszym od siebie wczorajszego. Trener proponował mi podwózkę do domu, bo wracał przez moje miasto. Przegadaliśmy na najróżniejsze tematy. Również na tematy japońskie. I tak z czasem sala treningowa stała się moim drugim domem.
Dlaczego domem? Niestety swojego domu i po części rodziny ja się wręcz wstydzę. Ojciec alkoholik, przepija i przepala większość wypłaty. Wczoraj ubzdurał sobie po pijaku, że wszyscy jesteśmy przeciwko niemu. Szkoda gadać. W domu nieraz śmierdzi i papierochami, i alkoholem.

Trener z czasem stał się kimś więcej niż tylko trenerem. Dla mnie jest jak ojciec, który prowadzi po ścieżce karate.
Niedługo mam egzamin na wysoki stopień. Jak się uda, będę najwyższym stopniem w sekcji. Ci co ćwiczą dłużej ode mnie – już ich dawno przegoniłem. Ale szacunek do nich mam, bo przecież to ja z nimi ćwiczyłem i oni mnie wyszkolili.

Chodzę też do młodszej grupy pomagać trenerowi, głównie jako „worek treningowy”. A przy okazji na studia już będę miał jakieś praktyki.

Ten człowiek jak i sekcja bardzo mnie zmieniła. W 4 sezony, wcześniej jako początkujący, takie zero grupy, a dziś? Jak się uda i zdobędę ten stopień, moje miejsce będzie w pierwszym szeregu.

#ll4gu

Opowiem wam sytuację, która miała miejsce dwa tygodnie temu.

Nauczycielka mówi uczennicy, że kobiety są wolne dzięki feminizmowi.
Uczennica zapytała ją, czy uważa, że były wolne przed 1950 r. Nauczycielka odpowiedziała, że nie.
– Dlaczego nie? Przecież wtedy też mogły głosować i nawet dokonać aborcji, jeśli zgłosiły, że były zgwałcone.
– Teraz kobiety mogą pracować i robić karierę.
- Zatem uważa pani, że praca czyni wolnym? Mogłaby pani powtórzyć to po niemiecku?

Wylądowała u dyrektora.

#2eUCb

Byłam ostatnio w sądzie zeznawać w sprawie pana, którego aresztowałam za jazdę po alkoholu. Jednym z najważniejszych punktów procesu jest wyświetlenie nagrania z testów trzeźwości. Podczas jednego z nich pan stoi chwiejnie na jednej nodze i liczy dzielnie 1001...1002... Nagle słychać obrzydliwego, mokrego pierda... Pan zaczyna ryczeć ze śmiechu i przewraca się z impetem na ziemię.
Jego uśmiech zostaje na twarzy, nawet gdy zakuwam go w kajdanki.

Nikt, ale to nikt – inni policjanci, pewnie sam aresztowany, sędzia – nie wie, że tego pierda puściłam ja, a pan po prostu dosłownie padł ze śmiechu. Nikt się nigdy nie dowie!!!

Dla uściślenia – pan nie był w stanie przejść żadnego testu. Mój pierd nie wpłynął na decyzję o areszcie. Pan miał ponad dwa razy legalny limit alkoholu we krwi.
Dodaj anonimowe wyznanie