Mój narzeczony to fan psów, lecz wtedy jako kociara nie chciałam się zgodzić na kupno psiaka. Poszliśmy na kompromis i zapewniliśmy dom tymczasowy psu po przejściach, a z personelem schroniska umówiliśmy się, że po dwóch miesiącach będziemy mogli go oddać do innej rodziny bądź zostawić w naszym domostwie.
Skończyło się na psiaku o imieniu Tik, który mimo początkowego braku zaufania stał się wierną psiną bojącą się obcych. Pewnego dnia, wyprowadzając go, na horyzoncie zobaczyłam matkę pchającą bliźniaczy wózek, a przed nią trójkę dzieci na oko między 3 a 7 rokiem życia, która na widok pieska zaczęła biec z prędkością Usaina Bolta. Wiedziałam, iż konfrontacja jest nieunikniona, więc skróciłam smycz i podniosłam Tika. One zaczęły wymachiwać mu przed pyszczkiem (który dla bezpieczeństwa jest w kagańcu) swymi łapkami, a ten ze strachu zaczął szczekać i się wiercić. Próbowałam zabrać im psa z zasięgu rąk, lecz któreś z nich pociągnęło go za ogon. Pieseł zdenerwowany wydostał się z moich rąk i zaczął warczeć na młode, których matka nagle przybiegła i zaczęła mi grozić policją. Ja ją informuję, że bachory bez pytania zaczęły "głaskać", bo to bardziej przypominało bicie otwartą dłonią, psa bojącego się ludzi, który nie miał jak ich pogryźć, gdyż nosi kaganiec, a nie waży więcej niż 17 kg. Dowiedziałam się, że "JEJ dzieci mają prawo głaskać co chcą i co im się podoba (nawet bez zgody właściciela), a jak zwierzę chociażby spróbuje je dotknąć, to idzie do uśpienia".
Prezenty komunijne to w ostatnich latach na przełomie kwietnia/maja szeroko komentowany temat. Wyznanie też będzie o tym.
Córka w tym roku miała komunię. Kontakt ze swoją matką chrzestną (Izą) ma taki sobie - czas od czasu się widziały (Iza to moja kuzynka), głównie na spotkaniach rodzinnych, podczas świąt itp. No ale jak do komunii zostało jakieś 2-3 miesiące, to Iza przejęła się swoją rolą - w końcu chrześnica musi coś od niej dostać, więc obiecała jej telefon (od razu zaznaczę, że mi na prezentach z tej okazji nie zależało, bo tego dnia akurat one nie powinny stać na pierwszym miejscu, ale jeśli Iza się zobowiązała, to nie protestowałam - jej decyzja. Poza tym Iza żyje na dość dobrym poziomie, więc domyślam się, że nie musiałaby nie wiadomo jak się zadłużać dla telefonu). Potem jeszcze czasami rozmawiała z moją córką, wspominała o telefonie, nakręcała ją na ten prezent. Młoda się cieszyła, nie miała telefonu (stać mnie na zakup, ale uważam, że 8-latka go nie potrzebuje). Jak ktoś inny z rodziny pytał, czy może jej telefon kupić, to od razu informowałam, że dostanie go od cioci Izy.
Dzień komunii. Chrzestna wpada bez prezentu, tylko z kopertą, w której jest 200 zł. Młoda zawiedziona, ale widzę, że stara się tego po sobie nie pokazywać. A mnie trafiał szlag, bo jeśli przez 2 miesiące mówisz dzieciakowi, że dostanie od ciebie telefon, po czym wystawiasz go do wiatru, to chyba coś jest nie tak.
PS Obiecany telefon dostała od nas kilka dni później. Córce powiedziałam, że ciocia nie wiedziała jaki model wybrać, dlatego dała jej pieniądze, żebyśmy jej kupili. Sądząc po jej minie to nie uwierzyła, ale prezent dostała, więc się cieszy.
Historia o tym jak nic się nie stało.
Czasy wczesnej podstawówki, wracam piechotą ze szkoły do domu, małe miasto. Pod blokiem stoi facet (jakbym z tamtej swojej perspektywy miała określić wiek: coś między 18 a 40 lat). Nie wchodzi do klatki, nie pali papierosa, komórek wtedy nie było.
Dzwonię domofonem do mieszkania raz, drugi - nikogo nie ma. Niestety, trzeba otworzyć klatkę kluczem, to wyzwanie. Morduję się, morduję, a facet bardzo się przygląda, ale dziad nie pomoże. Udało się. Wchodzę, facet podbiega i wchodzi za mną. Idziemy tak jedno piętro, drugie, on nagle mnie pyta: "Pod którym numerem mieszkasz?" Odpowiadam bezrefleksyjnie, że pod 20. Ludzie często pytali gdzie ktoś mieszka, upewniali się, mylili się. Jak odpowiedziałam, facet wyprzedził mnie i popędził na górę. Idę powoli, ale coś mnie tknęło. Stanęłam i słucham czy on puka do kogoś, czy wyciąga klucz, a tu nic. Słyszę, że stoi. Czeka? A jeśli na mnie? Mama pracuje niedaleko, lepiej pójdę do niej do pracy, bo coś mi tu śmierdzi. I poszłam, opowiedziałam jej co było, bardzo mnie pochwaliła, potem opowiedziała tacie, byli tym bardzo przejęci.
Gdyby praca mamy była daleko uznałabym, że wydziwiam i poszłabym do mieszkania. Być może nic by się nie stało, a być może gość wpadłby za mną do mieszkania i okradł/pobił/zgwałcił?
Mam dziewczynę. Jest idealna. Dobra, mądra, piękna, uczciwa. Docenia moje starania i też się stara. Moja rodzina ją uwielbia. W łóżku odważna, pomysłowa i otwarta. Mamy takie samo poczucie humoru. Chcę, by została kiedyś moją żoną. Jednak cały czas ciąży mi to, jak się poznaliśmy. Mimo że powtarzam, że jest OK, czuję się jak zdrajca.
Miałem kolegę. Nie byliśmy zbyt blisko. Akurat tak, żeby ekipą iść na piwo. Z natury wieczny singiel. Pewnego dnia jednak oznajmił, że ma dziewczynę. Chwalił się nią, bo taka ładna, z dobrą pracą, wykształcona. Uważał, że ona podwyższa jego status. Żal mi było dziewczyny, bo z biegiem czasu mówił o niej z coraz większą pogardą. Wspominał, że jeśli nie będzie dość posłuszna, to ją rzuci. Był dumny z tego, że jest tak oddana, że na pewno go nie zostawi. Któregoś razu ją przyprowadził. I z miejsca oszalałem na jej punkcie, nic jednak nie zrobiłem, żeby ją zdobyć. Była z innym. Po jakoś pół roku ich związku on zaczął opowiadać, że go rzuciła, ale to nic nie znaczy, bo zmądrzeje i wróci. Pół roku później spotkałem ją na mieście. Zaprosiłem na randkę. Miała opory, bo „kolega byłego”, ale w końcu się zgodziła. Okazało się, że wtedy gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, ona już od dawna planowała zakończyć tamten związek, ale myślała jak, bo on mówił, że coś sobie zrobi. I jak mnie zobaczyła, też od razu wpadła po uszy.
Koleś się dowiedział. Uważa, że to przeze mnie ona nie wróciła do niego, a ja jestem zdrajcą. Wiem, że to bez sensu, ale połowa paczki uznała, że mieliśmy już wcześniej romans, bo jaka jest szansa, że spotkaliśmy się przypadkiem już po rozstaniu.
Jako tło – moja matka lubi zjawiska nadprzyrodzone. Kryształki, tarot, te sprawy. Wierzy też w sny prorocze i jest przekonana, że ma do tego dar. Ja generalnie nie wierzę w takie sprawy. Ale... Jakiś czas temu zmarła moja babcia. Pogrzeb był akurat w wigilię parę lat temu. Już parę tygodni później moja mama obwieściła, że babcia się jej śniła, powiedziała, że jest szczęśliwa i odchodzi do lepszego świata. I uporczywie się mnie pytała, czy mi też się babcia śniła. Odpowiadałem, że nie.
Kłamałem.
Babcia przyśniła mi się jeden jedyny raz. Osiem miesięcy po śmierci. I mimo iż minęło kilka lat, ja ten sen pamiętam do dziś. Ze szczegółami. I nie potrafię zapomnieć.
We śnie wszedłem do dziwnego pokoju, który jednocześnie wydawał się podobny do pokoju mojej babci, miał drzwi i okna, ale... nie miał ścian ani podłogi czy sufitu. Zamiast nich była tylko szara nicość. Wszystko wydawało się w niej zawieszone.
Babcia leżała na łóżku przykryta kołdrą i wyglądała na smutną. Podszedłem i spytałem, co tu robi, bo przecież już powinna pójść dalej. Spojrzała na mnie i powiedziała:
– Wnusiu, spójrz na mnie, jestem taka stara i schorowana... Gdzie ja pójdę, jak ja się tam pokażę...
Pamiętam, że usiadłem na łóżku, wziąłem ją za rękę i powiedziałem spokojnie:
– Babciu, przecież nie zawsze taka byłaś. A pamiętasz, jak byłaś młodsza o 10 lat? Przypomnij sobie.
I nagle babcia siedziała na łóżku obok mnie, wyraźnie młodsza. Spojrzała na mnie, jakby zakłopotana, a ja mówiłem dalej.
– Widzisz? A pamiętasz, jak ja się rodziłem? Jaka wtedy byłaś młoda? A pamiętasz, jak dziadek jeszcze żył? A jak byłaś młodą panną?
I babcia stawała się coraz młodsza i mniej smutna. Najpierw była młodsza, potem młodą kobietą, a potem siedziała koło mnie młoda dziewczyna, uśmiechnęła się i powiedziała tylko: „Dziękuję”. A potem wyszła przez drzwi, za którymi było jasne światło. A ja się obudziłem.
Minęło już kilka lat. A ja nadal pamiętam ten sen i mam wrażenie, że go nie zapomnę. I jesteście jedynymi, którym to wyznaję. Nikomu się do tego nie przyznam.
To na pewno był tylko sen...
Lata 90.
Gdy moja starsza siostra zaczęła się uczyć małego katechizmu przed Pierwszą Komunią, ojciec postanowił, że i ja powinnam go się nauczyć. Całego... Szło mi opornie, zwłaszcza te dłuższe modlitwy, nic dziwnego, miałam dopiero 5 lat. Co wymyślił ojczulek? Jak tylko cokolwiek zbroiłam (nie zawsze ja, byłam najmłodsza z okolicznej dzieciarni i często winę zwalano na mnie, mimo że fizycznie części psot nie byłam w stanie zbroić), to natychmiast w TYM miejscu, w którym mnie przyłapał, musiałam klękać i na głos odmawiać modlitwy, tak długo, aż nie powiedział dość.
Mało? Ojciec nie zważał gdzie i przy kim wymierza mi karę, tak więc klęczałam na środku drogi (u nas mały ruch wtedy był), w bramie, ba, nawet w pobliskim miasteczku pod sklepem, bo wg niego „celowo za wolno szłam...”. Z rezolutnej i uśmiechniętej dziewczynki pozostał cień, bałam się, że za chwilę znów przyjdzie i mnie ukarze, a ludzie będą mnie wytykać palcami.
Może to wydawać się dziwne, ale byłam naprawdę szczęśliwa, gdy ojciec uznał, że mam modlitwy w małym paluszku i powrócił do standardowego wymierzania kar, czyli bicia (tym to już tak się nie chwalił).
Czasem w sennych koszmarach widzę tych ludzi, nieraz stojących wokół mnie i śmiejących się z mojej kary.
Długo mi zajęło zebranie odwagi, ale napiszę o moim koszmarze dorastania. Od zewnątrz niby szczęśliwa rodzina, klasa średnia, matka nauczycielka, ojciec inżynier, trójka dzieci.
Ale od środka nie było tak wesoło.
Jako najstarsze dziecko w najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam tylko bicie. Wylałem sok na podłogę – lanie, dostałem 4 w szkole – lanie, wróciłem w podwórka kilka minut po czasie – lanie, etc. Na pewno było słychać moje krzyki, ale sąsiedzi i dziadkowie nigdy nie zareagowali.
Dla porównania: na moją młodszą o dwa lata siostrę nigdy nie podnieśli ręki, ale za to zawsze ją krytykowali i nigdy nie pochwalili za nic.
Kiedy miałem 11 lat, urodziła się druga siostra, która stała się oczkiem w głowie i chyba jako jedyna nie wyrosła na psychopatkę. Przestali stosować wobec mnie bicie i zaczął się terror psychiczny. Z tego okresu pamiętam tylko szlabany, nieustanne kontrole – regularne przeszukiwanie wszystkich moich rzeczy, kontrolowanie gdzie, z kim i kiedy idę. Po niedługim czasie nikt nie miał ochoty na kolegowanie się i zostałem sam.
Oczywiście, gdy nie było już kolegów, nie wolno mi było nigdzie wychodzić i po szkole musiałem siedzieć w domu i się uczyć (nawet jeśli wszystko było odrobione i oceny były perfekcyjne). Komputer – tylko w ich obecności. Nie dało się nawet zostać dłużej w szkole, bo sprawdzali plan lekcji i musiałem być z powrotem dokładnie po ostatnim dzwonku + czas dojazdu.
Nic dziwnego, że zamknąłem się w sobie i miałem permanentnego doła.
Próbowałem coś z tym zrobić. Rozmawiałem ze szkolnym pedagogiem , ale zawiadomił rodziców i przekazał im wszystko, co mu powiedziałem. Miałem wtedy jeszcze większe piekło. Nieraz wyobrażałem sobie, że umierają i idę do sierocińca, bo przynajmniej wszystko by się skończyło.
To trwało podstawówkę, gimnazjum i całe liceum. Ale i po maturze nie było dużo lepiej. Rodzice wybrali dla mnie studia w naszym mieście (na które nie chciałem iść, ale po tylu latach łatwo mnie było kontrolować). Na studiach w końcu znalazłem znajomych, ale miałem duże trudności w kontaktach z ludźmi i nie udawało mi się ich podtrzymać na dłuższą metę. Nie wspominając nawet o znalezieniu drugiej połówki.
Po obronie wyrzucili mnie z domu, ot tak, po prostu. Cudem jakoś przetrwałem następne miesiące. Znalazłem jakąś pracę i mieszkanie, ale wpadłem w alkoholizm i depresję. Dopiero jak przedawkowałem i w szpitalu mnie odratowano, dostałem opiekę psychiatry, leki i terapię. Odciąłem się zupełnie od starego środowiska i nowym mieście zacząłem nowe życie, ale cały czas wiem, że mam na sobie piętno ich „wychowywania”.
Nieraz słyszałem, jaką mam dobrą i kochającą rodzinę i ludzie mi jej zazdroszczą. A teraz wszyscy się dziwią, dlaczego z rodziną nie rozmawiam i nazywają wyrodnym synem.
Jako dziecko zawsze rozmyślałam, dlaczego świece w kościele nigdy się nie topią, były dla mnie naprawdę wyjątkowe pod tym względem. Myślałam, że to sprawka magii.
Czar prysł, gdy zobaczyłam, jak ksiądz sprawdza stan oleju w środku świecy.
Tyle lat w kłamstwie.
Miałam dobre dzieciństwo i relacje z ojcem. Jedyne czego nienawidziłam, to „obleśność” niektórych jego zachowań: chodzenie po domu w samych gaciach, głośne pierdzenie czy bekanie. Czułam się wtedy zażenowana i zawstydzona. Dodam, że pochodzę z rodziny inteligenckiej, nie żadnej patologii. Oczywiście przy obcych dorosłych zawsze zachowywał pełną klasę.
Po kilku latach małżeństwa widzę dokładnie to samo u mojego męża. Pierdzenie, bekanie i chodzenie po domu w samych gaciach (przy mnie i dzieciach, w tym córce). Mąż wie, że tego nienawidzę, ale zawsze mnie zbywa i obraca wszystko w żart.
Mam obleszkowego pecha :(
Moja mama miała bardzo trudne dzieciństwo. Zero miłości, czułości, pomocy… Dziadkowie mieli gospodarstwo, na którym moja mama i jej rodzeństwo musieli zasuwać. Nie mieli czasu na naukę. Żadne z nich nie usłyszało nigdy słowa „dziękuję”. A zmierzam do tego, że przez tak naprawdę moją babcię, która nie wplątała miłości w wychowanie swoich dzieci, ucierpiałam ja i moje rodzeństwo.
Od małego miałam problemy z wagą (za duża ilość słodyczy, tłustego jedzenia itp.). Moja rodzicielka zamiast pomóc wyjść mi z otyłości, dobijała mnie słowami: „Ty świnio, macioro, krowo”. Nie było to dla mnie łatwe, jednak jakiś czas temu wzięłam się za siebie – siłownia, ograniczenie fast foodów, słodyczy, jednym słowem, zdrowsze życie. Trwało to dłuższą chwilę, ale udało się. Ukazały się efekty, znajomi zaczęli zwracać uwagę na to, że mega wyszczuplałam, że do twarzy mi z tym i oby tak dalej.
Jednak wiece co jest najgorsze? Przez słowa z dzieciństwa, utworzyły się we mnie tak duże kompleksy, że patrząc na siebie w lustrze, nie widzę szczupłej sylwetki, a wciąż tę otyłą dziewczynę, której ciężko jest pokochać własne ciało. Drugą rzeczą jest fakt, że osoby, które kiedyś mówiły mi, że powinnam coś zmienić w sobie i ograniczyć słodycze, teraz twierdzą, że wyglądam marnie, bo schudłam. :)
I jak tu żyć?
Dodaj anonimowe wyznanie