#ijTYA

Mam okropnych sąsiadów. Ludzie już dość starzy, myślę, że na spokojnie z 70+, ale nie da się z nimi dojść do porozumienia. Mieszkanie mam akurat tak usytuowane, że robią sobie śmietnik z mojego balkonu – po jednym dniu potrafię mieć 15 wypalonych papierosów i pełno popiołu na podłodze, lądują tam też inne śmieci, ale nie zliczę tego syfu, co trafia na ziemię pod balkonem. Otworzenie okna też graniczy z cudem, bo po chwili w mieszkaniu zaczyna śmierdzieć takimi najtańszymi szlugami. Dla osoby niepalącej jest to nie do wytrzymania.
Inny problem jest taki, że zastawiają swoim autem drogę dojazdową do mojego garażu, która jest częściowo również wyznaczona jako droga pożarowa dla straży pożarnej.
I teraz sytuacja właściwa. 
Zaszłam w ciążę. Za każdym razem, gdy poczułam smród papierosów, leciałam wymiotować. Nie otwierałam w ogóle okien, tak mnie to męczyło. Pewnej nocy, gdy mąż był w pracy na nocnej zmianie, naszła mnie ogromna ochota na coś słodkiego, więc pozostało mi się udać do pobliskiego sklepu i zrobić zaopatrzenie. W drodze powrotnej spotkałam sąsiadkę, przewróciła się i nie mogła wstać (podwórko nie jest oświetlone, zawsze po zmroku chodzę tam z latarką). Nie pomogłam, poszłam dalej. Nie mam wyrzutów sumienia.

#Rgciv

Moja mama skończyła zawodówkę i została krawcową. Od zawsze cała rodzina korzystała z jej umiejętności. Mama potrafiła naprawić każde ubranie, uszyć najpiękniejszą sukienkę dla ukochanej lalki i tworzyła kostiumy na szkolne przedstawienia, które do dziś są wykorzystywane przez dzieciaki w podstawówce. Mama nie pracuje w zawodzie od ślubu, bo wstydziła się, że żona znanego w mieście przedsiębiorcy nie ma matury i pracuje w zakładzie. Rzuciła pracę, skończyła szkoły i mając 30 lat, została stomatologiem. Niespecjalnie nawet lubi ten zawód, ale jest w nim dobra, dużo zarabia i ma własny gabinet w centrum. Uważała, że po zawodówce nigdy nie osiągnie niczego więcej, że na zawsze zostanie w zakładzie.
W pierwszej gimnazjum zaczęłam szyć. Początki były trudne – przygotowanie rzęcha mamy było niezwykle męczące, a prosty szew był czymś niewykonalnym. Od poduszki do t-shirtu, do przerabiania ciuchów z lumpeksu... Kupiłam własne maszynowe lambo za wszystkie oszczędności. W końcu zaczęły mnie nudzić gotowe wykroje i sama postanowiłam projektować ubrania. „Kolekcja” bardzo prostych ubrań kosztowała mnie grosze, a koleżanki były zachwycone. Podsyłały mi liczne pomysły, a ja szyłam, jeśli mi się spodobały. Pokazywałam dzieło i zaczęłam zarabiać pierwsze pieniądze na swoich kreacjach.

Idę jutro odwiedzić rodziców. Ich córka właśnie dostała pracę u jednego z czołowych polskich projektantów. Wysłałam portfolio i próbki kilka tygodni temu i nie spodziewałam się odpowiedzi, ale jednak się udało! Pokażę mojej mamie, że z takiego zawodu i bez studiów także można osiągnąć sukces i zarabiać duże pieniądze.

#kmxDy

Podczas studiów byłam tak biedna, że dorabiając w restauracji, zabierałam resztki jedzenia od klientów, a szefowi mówiłam, że sąsiadka ma cztery koty i cienką rentę, więc to dla futrzaków.

Nie brzydziłam się. Jak po opłaceniu pokoju i materiałów na studia zostawało mi 30 zł, to nie mogłam się brzydzić.

#OwOwG

Jestem typem samotnika, więc rzadko rozmawiam z prawdziwymi ludźmi, za to często prowadzę rozmowy z samym sobą, na każdy temat. Kiedyś tak „rozmawiałem” z wymyślonymi osobami, robiąc obiad. Skończyłem go przygotowywać, nakładam sobie, siadam do stołu i zaczynam jeść jak gdyby nigdy nic. Dopiero po chwili zorientowałem się, że podałem obiad również moim „przyjaciołom”.
Szkoda, że nie istnieją, dobre mi to spaghetti wyszło.

#IQKFi

Absurdalna sytuacja, która przytrafiła mi się, gdy miałam 16 lat. By nakreślić jej obraz, trzeba przedstawić kilka faktów. Mam nadopiekuńczą matkę, która szczególnie w wieku nastoletnim bardzo chciała mnie kontrolować, by uchronić się od wszelkiego zła. Chętnie posługiwała się argumentami pseudoreligijnymi – pseudo, bo jak się dowiedziałam po czasie, przekręcała cytaty z Biblii, by jeszcze silniej na mnie wpłynąć.

Spotykałam się wtedy z chłopakiem, takie nawet nie chodzenie, a czasem gdzieś razem wyskoczyliśmy. Taki też miałam plan na ten letni dzień: kino, kawiarnia i do domu. Mamusia jak to miała w zwyczaju, po przemaglowaniu mnie niczym KGB (na szczęście tylko słownie), pokręciła nosem na film, że komedia, a nie religijny, dała zielone światło do wyjścia. Musiałam jednak zadzwonić do niej trzy razy: gdy dotrę do kina, po filmie i gdy będę wracać. Droga miała mi zająć jakieś zawrotne 20 minut na rowerze. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak było to absurdalne, ale ona wkładała mi do głowy, że każdy kochający i troszczący się o dziecko rodzic tak robi, a skoro koleżanki tak nie mają, to znaczy, że rodzice się nimi nie przejmują. Ehe.

Do kina dotarłam na styk. O telefonie zapomniałam. Podobnie jak po filmie i herbatce i ciastku. Przypomniałam sobie w drodze powrotnej, ale uznałam, że skoro będę w domu za 10 minut, to jej to nie zbawi. Czułam, że może być niezadowolona, bo wszelkie oznaki nieposłuszeństwa bardzo przeżywała, karząc mnie na różne sposoby. Nie spodziewałam się jednak tego, co zastanę.

Matula siedziała zapłakana przy biurku. Przed sobą miała otwartą stronę do zgłaszania zaginięć dzieci. Obok rozłożone moje zdjęcia z albumu oraz kartkę z listą miejsc, do których dzwoniła. Była przekonana, że zaginęłam. Przez to, że nie odzywałam się przez 3 godziny. Obdzwoniła wszystkie komisariaty, szpitale, policyjne izby dziecka. Wszędzie jej mówiono, żeby dała sobie czas, bo przecież mogłam zapomnieć zadzwonić. Czemu nie zadzwoniła do kina – tego nie wiem, to było małe kino studyjne, na sali może 10 osób (pamiętam do dziś).

Zanosiła się płaczem, krzyczała na mnie, że prawie przeze mnie została zapaści, że już chciała jechać w miasto mnie szukać. Dzwoniła do taty, on ją uspokajał, że pewnie po prostu zapomniałam i wrócę niedługo cała i zdrowa. Dlaczego nie zadzwoniła do tego mojego kolegi, do którego też miała telefon – nie wiem. Efekt był taki, że ojciec uznał, że to przegięcie i miałam tylko dzwonić, jak coś mi się dzieje albo wrócę później. Matka nie odzywała się trzy dni.

Z telefonu nawet bym nie zadzwoniła, bo się wyładował. Chłopak natomiast to dziś mój mąż.

#6cUIb

Mam bardzo toksyczną rodzinę, która mnie wydziedziczyła za przejawy samodzielności i postawienie granic. 
Jestem 30-letnim facetem, po studiach, pracuję w zawodzie, mam żonę i dwa koty. Moi rodzice wychowali mnie w poczuciu winy i ciągle dawali mi do zrozumienia, że moja starsza o dwa lata siostra jest lepsza we wszystkim –  ot, oczko w głowie. Zaczęło się od dzieciństwa od przysłowiowych pierdół. Rodzice nigdy nie stawali w mojej obronie, nigdy nie wierzyli mi, tylko komuś, i to w każdym przypadku. Ojca nie było odkąd skończyłem 6 lat, wyjechał za granicę do pracy i przyjeżdżał co 3 tygodnie, czasem później, i wyglądało to tak: pierwsze co to siostra leciała na skargi, każde najmniejsze pierdoły, potem matka dokładała swoje, potem oceny i porządek w pokoju, po czym lanie pasem, kablem, trzepaczką do dywanów, hitem było wrzucanie do pokrzyw albo bicie po dupie i plecach bukietem pokrzyw. I tak było do 17. roku życia, kiedy ostatni raz dostałem pasem. W pierwszych dwóch latach szkoły podstawowej byłem bity przez nauczycielkę, przez co do dzisiaj się leczę. Mówiłem matce, ojcu. „Nie przesadzaj, pani by tak nie zrobiła”. Matka uwierzyła po 5 latach, gdy spotkała matkę jednego z uczniów. Nie usłyszałem nic, zero przepraszam czy przyznania mi racji. Od 3 klasy byłem w innej szkole ale tak sobie było lepiej, dalej byłem prześladowany, tym razem przez rówieśników, zawsze po kolejnej skardze matce słyszałem: „Olej ich, to się znudzą”. Nauczyciele reagowali: „nie interesuje mnie to, macie się dogadać, uspokoić, nie chcę więcej o tym słyszeć”. Kolejnym genialnym pomysłem matki było posłanie mnie do gimnazjum, gdzie większość osób w klasie była z poprzedniej szkoły/klasy. W gimnazjum miałem próbę samobójczą, za którą od ojca ostałem srogi wpierdol. Załamałem się, nabawiłem głębokiej depresji i fobii społecznej. W kolejnych latach było gorzej, dopiero jak poszedłem do technikum, to jako tako odżyłem. 
W domu wszystko co robiłem im nie pasowało – nie taka fryzura, nie takie ubranie, złe oceny i ciągle tylko: „czemu nie możesz być taki jak (....), jesteś moją porażką wychowawczą, zachowujesz się jak dziecko”. Kiedyś wymyślili, że mam nie taką dziewczynę, bo była starsza o rok i było: „ale dziewczyny szybciej dorastają, a ty nie”. Przez te lata stłamsili mnie tak bardzo, że nie miałem ochoty na nic. Ich lepszy syn to mąż siostry, ciągle tylko Mateuszek i Mateuszek. 
W pewnym momencie byłem już zaręczony z dziewczyną, która była organistką w kościele we wsi, rodzicom się bardzo podobała, jako że są zagorzałymi katolikami, ale zachowanie jej i tego, że dogadywali się z nią, a ja nie miałem nic do gadania, przelało czarę goryczy – zacząłem się spotykać z moją obecną żoną. Na początku po koleżeńsku, potem rzuciłem tym wszystkim i wyniosłem się z domu, żyjemy na swoim, skromnie. A rodzina się dziwi, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego ani kontaktu.

#doVsj

Moja stacjonarka, na której robię wszystkie grafiki, nagle padła. Mąż pożyczył mi swojego laptopa, który ma przyzwoitą kartkę graficzną, żebym skończyła projekt.

Zapisuję sobie wszystko, wchodzę do folderu „Grafika”, żeby zgrać moje rzeczy na pendrive. Nie mogłam znaleźć mojego pliku, więc zmieniłam widok na „duże obrazy”. I nagle widzę gołą babę. Rozbawiło mnie to (nie mam żadnego problemu z faktem, że mąż ogląda materiały dla dorosłych). Ale coś mi nie zagrało, bo w tle była nasza łazienka. Okazało się, że to moja kuzynka... Kuzynka jest moją rówieśniczką i zawsze byłyśmy dla siebie jak siostry. Często u nas bywa i czasem u nas nocowała.
Mąż przyznał się, że nagrywał ją kamerką i potem wycinał sobie z tego zdjęcia. W folderze „Grafika” było też sporo zdjęć kuzynki takich zwykłych, w ubraniu. Kuzynka nic o tym nie wie i dopilnuję, żeby się nie dowiedziała.

Zupełnie straciłam zaufanie do męża, na ten moment mogę co najwyżej go tolerować w swoim otoczeniu. Widzę, że on żałuje, ale sprawa wydaje mi się tak obrzydliwa i chora, że nie wiem, czy dam radę jeszcze kiedykolwiek być z nim blisko.

#GlgBa

Mój małżonek przy wbijaniu gwoździa w ścianę przyłożył sobie w kciuka młotkiem. Cały wieczór biadolił i marudził, jak bardzo go boli. Nazajutrz rano udał się z bolącym paluszkiem do lekarza.Owego dnia ja niestety zapomniałam z domu komórki. Po powrocie do domu już z przedpokoju zaczęłam się nabijać (mamy specyficzne, czarne poczucie humoru i dystans do wielu spraw, a jego marudzenia dodatkowo mnie śmieszyło). I tak oto ja krzycząca z przedpokoju: „I jak twój paluszek? Ucięli ci? W sumie teraz w końcu byś pasował do swojej rodziny. Babcia bez oka, szwagier bez ręki i mamusia bez zębów. A, no i jeszcze tata bez jaj, bo przez 30 lat nie potrafi postawić się żon...” – urwałam, bo wchodząc do salonu, zobaczyłam męża i teściów pijących herbatkę... Wpadli niespodziewanie w odwiedziny, a mój luby nie mógł mi dać znać, bo nie miałam telefonu. 
Nigdy w życiu nie byłam tak zawstydzona i nie czułam się tak głupio... Aż odebrało mi mowę i nie mogłam wydukać ani słowa. Mąż szybko zmienił temat, ale atmosfera była dość sztuczna i teściowie szybko zaczęli się zbierać. W przedpokoju teść przepuścił teściową w drzwiach pierwszą, a do mnie puścił oczko i szeptem powiedział, że postara się odnaleźć swoje jaja...

#QS844

Jadę rano do pracy, tramwaj pełen ludzi, na jednym z przystanków wsiadła dość spora grupa ludzi z zespołem Downa. Tramwaj jedzie sobie dalej, cała ta ekipa stoi niedaleko mnie – najwyższy z nich stał obok mnie, był wyjątkowo cichy i spokojny. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku i cała ekipa zaczyna wysiadać. Trochę się przy tym pogubili, narobili szumu i zauważyłam, że został tylko ten najwyższy, obok mnie. Był trochę oddalony od całej grupy. Pomyślałam sobie, że może nie zauważył reszty wysiadającej grupy i trzeba mu jakoś pomóc. Tak więc zbieram się w sobie i mówię do niego:
– Przepraszam, ale grupa, z którą pan jest, chyba właśnie wysiada.
On spojrzał na mnie skrzywiony i zupełnie normalnym głosem mówi:
– Ale ja nie jestem z nimi…

Okazało się, że facet wcale nie ma Downa. Nie wiem, kto poczuł się bardziej głupio, ja czy on.

#OOKnP

Koniec lat 90., dostaję swój pierwszy komputer. Pamiętam, że byłem jeszcze w szkole podstawowej. Czasy, gdzie gry były dostępne jedynie na giełdach albo w gazetkach w kiosku. Windows 98 dawał do zabawy tylko sapera, pasjansa i Painta... i o nim mam historię.

Moi rodzice wiedzieli o komputerach jeszcze mniej niż ja, ale oczywiście wymądrzali się, jakby studiowali informatykę w latach 70. No i pewnego razu jak sobie coś rysowałem, zauważył to ojciec i powiedział, żebym nie używał tak dużo kolorów, bo się skończą, a on mi potem nie będzie woził komputera do naprawy, żeby je napełnić :D
No i przez jakiś czas żyłem w niewiedzy z czarno-białymi grafikami...

PS Nie zawsze słuchajcie rodziców, szczególnie jak się na czymś nie znają ;)
Dodaj anonimowe wyznanie