Parę miesięcy temu z szóstką moich przyjaciół postanowiliśmy założyć „Stowarzyszenie wiecznych singli”, ponieważ każdy z nas miał za sobą poważny zawód miłosny bądź zupełny brak zainteresowania innych osób.
W ciągu tygodnia cała szóstka zaczęła z kimś się spotykać (cieszę się z ich szczęścia oczywiście), w klubie zostałam tylko ja.
Cóż, chyba czas kupić sobie kota.
Rodzina mojego narzeczonego ma mega parcie na nasz ślub. Oni ogólnie są typem imprezowym – imieniny to na co najmniej 30 osób, urodziny to na sali itp. My raczej stronimy od podobnej rozrzutności. Nie to, że nas nie stać, oboje spoko zarabiamy, ale po prostu odrzuca nas podobne trwonienie kasy i często nawet jedzenia po to, żeby teściu mógł się napić ze szwagrem.
Tarcia już były, gdy narzeczony kończył 30 lat w zeszłym roku. Nie chciał imprezy w restauracji. Ja to uszanowałam, kupiłam nam wycieczkę i super. Jego rodzina jednak w tajemnicy przed nami zrobiła mu imprezę na sali. Wódka, tony żarcia, dawno zapomniana rodzina, ten klimat. Nie zaprosili żadnego z jego znajomych. Po prostu libacja dla rodziny pod pretekstem wystawienia mu urodzin. Mało tego, po imprezie nagle się okazało, że trzeba pokryć jej koszty. Siedem tysięcy się zebrało. Oni dali dwa tysiące, a pozostałe pięć my musieliśmy dopłacić. Po prostu dramat. Zrobiła się z tego awantura, powiedzieliśmy, że mają nam w ratach oddawać za imprezę, której ani ja, ani on nie chcieliśmy. No i oddają, po 20 zł miesięcznie. Jeszcze mają czelność ubolewać nad faktem, że z nas takie sknery i to oni muszą płacić za NASZĄ IMPREZĘ.
Ostatnio byliśmy na imieninach i zaczął się temat ślubu, bo jak to tak można tylko obiad dla najbliższej rodziny. Przecież nas stać. Ano było nas stać, ale wzięliśmy kredyt na kupno mieszkania i już nasze oszczędności nie są pokaźne. Poza tym w tym mieszkaniu oprócz gołych tynków wypadałoby mieć kuchnię czy łóżko do spania. Tłumaczymy ze spokojem, że dla nas ważniejsze jest własne mieszkanie niż impreza na 100 osób i wywalenie 50k w jeden wieczór, żeby towarzystwo się mogło przy kotlecie swobodnie alkoholizować. I wszystko OK, niby zrozumieli, temat ucichł, niektóre ciotki i wujkowie nawet pochwalili za rozsądek, aż tu nagle teściu wypalił do teściowej: „Nie martw się, Elżunia, najwyżej im wyprawimy imprezę w tajemnicy, jak w zeszłym roku”. Krew jasna mnie zalała. Zrobiła się z tego awantura na sto fajerek, łącznie z wezwaniem pogotowia dla teściowej, której nota bene nic nie było. Rodzina się do nas nie odzywa. Wszyscy obrażeni.
Ja się cieszę, ale narzeczony chodzi jak struty. Do tej pory nie mogę pojąć, jak można tak z buciorami się ładować w czyjeś życie.
Nigdy nie miałem dziadka, bo jeden i drugi zmarł przed moimi narodzinami. Dzieciaki często mają zmyślonych przyjaciół, dlatego kiedy miałem 5 i 6 lat, to moim wymyślonym przyjacielem był dziadek. Podobnie jak większość dzieci miałem bujną wyobraźnię, więc wymyślony przeze mnie dziadek w mojej wyobraźni umiał kontrolować żywioły i mnie tego uczył.
Teraz historia właściwa: po odebraniu mnie z przedszkola tata poszedł ze mną do fryzjera i jak byłem obcinany, to przeszedł się do sklepu. W tym czasie (nie pamiętam w jaki sposób) temat mojej rozmowy z fryzjerką zszedł na mojego zmyślonego dziadka i opowiedziałem jej też o kontrolowaniu żywiołów przez niego. Fryzjerka pomyślała, że naprawdę mam dziadka. Ojciec później się nasłuchał od fryzjerki, jak płacił za obcięcie mnie, że pewnie ten dziadek to jakiś pijak, skoro wymyśla mi bzdury o kontrolowaniu żywiołów. Później ja w domu się nasłuchałem za to, że gadam obcym ludziom, co mi ślina na język przyniesie.
Od tamtej pory przez resztę dzieciństwa nie opowiadałem już dorosłym o wytworach swojej wyobraźni.
Ostatnio dowiedziałem się, że chłopak, który przez sześć lat podstawówki znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie tak bardzo, że w wieku 12 lat miałem próbę samobójczą i mimo upływu wielu lat nadal nie mogę sobie poradzić z przebytą wtedy traumą, został policjantem...
Miałem w życiu trudne chwile, które doprowadziły mnie do pobytu na oddziale psychiatrycznym – dwukrotnie. Te doświadczenia pozostawiły we mnie pewne blizny i niepokój, a myśl o tym, że mogę tam wrócić, przeraża mnie. Wiem, że takie miejsca są stworzone po to, aby pomóc ludziom w trudnych momentach ich życia, ale dla mnie są one symbolem bólu i walki z własnym umysłem. Czuję, że przegrałem tę walkę i obawiam się, jak ludzie będą mnie postrzegać, gdy dowiedzą się o mojej przeszłości.
Chciałbym być postrzegany jako silna osoba, która radzi sobie z trudnościami, a nie ktoś, kto nie radzi sobie sam ze sobą. Nie wiem jak dalej żyć i zaakceptować siebie.
Moje dzieciństwo i młodość były trudne, co sprawiło, że przez długi czas nie potrafiłam wyrażać swoich uczuć. Zamiast tego schowałam je głęboko w sobie, jakby one nie istniały. Gdy sytuacja rodzinna się poprawiła i zaczęłam żyć bardziej „normalnie”, okazało się, że wszelkie emocje powróciły ze zdwojoną siłą. Dziś nawet najmniejszy konflikt jest dla mnie ogromnym wyzwaniem i często kończy się łzami. Zmagam się z tym szczególnie w relacji z moim chłopakiem. Zamiast rozmawiać o codziennych problemach twarzą w twarz, wolę pisać mu wiadomości, aby uniknąć bezpośredniego kontaktu i uniknąć pokazania swojej wrażliwości.
Boję się, że mój brak komunikacji go rani. On czuje, że nie jestem szczera, gdy mówię, że wszystko jest w porządku, a potem łzami okazuję, jak naprawdę się czuję.
Chciałabym nauczyć się lepiej wyrażać swoje uczucia i być bardziej otwarta w relacjach, ale to jest dla mnie trudne. Mam nadzieję, że z czasem będę w stanie przełamać te bariery i budować zdrowe relacje oparte na szczerze wyrażanych uczuciach.
Z mężem mieszkamy 100 km od teściów i moich rodziców. Jesteśmy małżeństwem od kilku lat i dwa miesiące temu doczekaliśmy się pierwszego dziecka. Jest to pierwszy wnuk moich rodziców i teściów, więc wiadomo, szał, ekscytacja itp. Moi rodzice i teściowie odwiedzają nas dosyć często i nie mam z tym problemu. Miło spędzić czas razem, na chwilę oddać małego mojej mamie lub teściowej. Moja mama to jest na tyle wyrozumiała, że mogę nawet iść się zdrzemnąć na godzinkę, a ona zajmuje się małym.
I w sumie wszystko jest w porządku, oprócz tego, że siostry i mama męża przesadzają z noszeniem małego. Przyjeżdżają na całą sobotę i pół niedzieli i przez ten czas mały jest w wózku może przez 5 minut. Nawet niosą go na spacerach. Powoli się przyzwyczaja do wiecznego tulenia, a ja zostaję z nim sama i mam problem, żeby iść do łazienki, bo płacze non stop.
Teściowa jest bardzo miłą osobą, cieszę się, że kocha swojego wnuka, ale pozostaje głucha na moje prośby. Sytuacja, choć błaha, coraz bardziej się zaostrza. Prosiłam wielokrotnie, tłumaczyłam, że potem sama sobie nie daję rady, że mały też nie może być wiecznie na rękach zgarbiony, że mnie już plecy bolą od dźwigania go potem przez resztę tygodnia. Teściowa udaje głuchą, po prostu mnie ignoruje. Jak się zapytałam wprost, czy może już odłożyć małego (spał sobie po jedzeniu), to spojrzała się na mnie nienawistnym wzrokiem i nie odłożyła go. Wiem, że dzwoniła do mojego męża i żaliła się, że ją separuję od wnuka, że co ze mnie za matka, która nie chce tulić własnego dziecka. Kuzynka męża potwierdziła, że rozpowiada to po całej rodzinie.
Ja naprawdę nie chcę konfliktów o takie pierdoły, za rok nie będzie tematu, bo mały zacznie chodzić i skończy się noszenie, ale sytuacja męczy mnie teraz. Mąż też prosi mamę o odłożenie dziecka i też to nic nie daje. Ostatnio wręcz wybuchła awantura w domu. Po ponownej prośbie do teściowej, aby małego odłożyła do łóżeczka (trzymała go ponad godzinę, jak spał), dostała ataku furii, darła się, że nie pozwalamy jej czasu spędzać z wnukiem, że ona tydzień w tydzień tłucze się po 100 km i nawet nie może małego trzymać. Dużo, dużo żalu wybuchło i sytuacja zmieniła się z trochę irytującej w poważną.
Ja nie chcę ustępować, to moje dziecko, ja potem się nim zajmuję i wiem, że takie noszenie to męczarnia. Nie pomagają nawet chusty. Jestem wykończona po całym dniu, w domu jest jubel i obiad gotuje mąż, jak wróci z pracy. Zero życia.
Nie chcę odcinać teściowej od wnuka, naprawdę. Chcę, żeby mały miał pełną rodzinę, ale sytuacja mnie przytłacza. Jestem zmęczona. Po prostu. A tu jeszcze teściowa daje w kość.
Często zdarza się, że małżeństwa toczą wieloletnie batalie o mokre mydło, miejsce szklanek i naczyń, sposób wieszania papieru itp. To wyznanie będzie o procedurach wieszania papieru stworzonych przez dziwnych ludzi.
Razem z mężem jesteśmy programistami, umysły bardzo ściśle, zainteresowania techniczne i tworzenie zasad na absolutnie wszystko.
Ja preferuję papier wiszący przy ścianie, więc tak go zakładam, ale nie obracam, jeżeli ktoś powiesił inaczej. Mój luby natomiast jest fanatykiem patentu i papier MUSI wisieć dalej od ściany. Nawet konieczność przewieszenia go traktuje jak czynność plugawą i przeciwną naturze.
Właściwa historia zaczęła się, kiedy po całym dniu dąsów w końcu przyznał się, że jest zły, bo znowu powiesiłam papier w ZŁĄ stronę. Odpowiedziałam, że nie wiedziałam, że jest zła i dobra strona, ale możemy zrobić tak, że kto wymienia rolkę i ją wyrzuca, może powiesić papier jak chce. Wtedy byłoby równo i sprawiedliwie, bo czasem ja wykończę rolkę, czasem on, a kto zostawia śmieci po sobie, nie ma prawa głosu. Luby przeliczył, zgodził się i od tamtego dnia zawczasu brał końcówki (do samochodu, zamiast chusteczek itp.) i wieszał papier po swojemu. Przez dłuższy czas był spokój. Aż któregoś dnia wchodzę do toalety, a tam wisi pusty kartonik. Zawołałam męża i komisyjnie zawiesiłam papier stroną od ściany. Był zrozpaczony, ale zasady to zasady.
Oszacował, ile czasu zajmuje nam zużycie rolki, zaznaczył przewidywaną datę w kalendarzu. Z jednej strony kisłam, no po prostu nie mogłam przeżyć absurdu sytuacji. Dorosły facet, wybitny specjalista, liczy dni do zmiany rolki papieru, bo przewieszenie jej przed czasem byłoby złamaniem zasad, na które się zgodził. Z drugiej strony było mi przykro widząc, jak się męczy. Zaproponowałam więc lekką zmianę. Stworzyliśmy listę bałaganu, który nas denerwuje. Jeżeli któreś z nas musi posprzątać coś po drugiej osobie, to ma prawo przewiesić papier. Skarpety na podłodze? Rozrzucone buty? Kosmetyki na umywalce? Czyste rzeczy rzucone w kąt? Puste opakowania schowane do szafki/lodówki? JEBS, papier wisi złą stroną. Egzekwuję każdą najdrobniejszą rzecz, ale też tego samego lub następnego dnia zostawiam coś, żeby luby mógł się odegrać i nie cierpiał zbyt długo.
On ma papier powieszony jak chce, a ja nie znajduję „prezentów” po całym domu.
Win-win.
Wybrałam się z tatą do sklepu. Jestem trochę roztrzepaną osobą i strasznie dużo gadam, jak więc na mnie przystało, całe zakupy nie zamykała mi się jadaczka. Chodziłam z karteczką i opowiadając tacie o produktach, wkładałam je do koszyka. W pewnym momencie zdziwiło mnie to, że połowę tego, co wkładam, on zaraz wyciąga i podąża szybkim krokiem w dalsze alejki.
Nawet nie wiecie jak się czułam, kiedy zorientowałam się po kilku minutach, że chodziłam za obcym facetem i gadając do niego jak idiotka, wsadzałam mu różne produkty do koszyka. Dziwi mnie tylko to, że nic mi nie powiedział...
Od urodzenia dużo jadłam, co nie znaczy, że jestem gruba. W przedszkolu i szkole jadłam obiad, później kolejny w domu, a na koniec szłam poskarżyć się babci, że rodzice nie dali mi obiadu i jadłam kolejny.
Gdy zaszłam w ciążę, pierwsze zdanie mojego taty brzmiało: „O ku*wa... Skąd my weźmiemy tyle jedzenia?”. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie