#xtWg1

Nie wiem nawet jak zacząć. Pisanie nigdy nie było moją mocną stroną. Ta opowieść zapewne i tak będzie zbyt długa, by ktokolwiek zechciał ją przeczytać.

To zdarzyło się lata temu... a właściwie to trwa nadal. Dokładnie trzeciego września 2013 moje życie na chwilę się zatrzymało. To wtedy pierwszy raz poczułam przeszywający ból, który nie opuścił mnie już aż do dziś. To wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że nie mogę już wszystkiego. To wtedy zrozumiałam, jak ciężkie życie będą mieli moi bliscy. Bardzo ich kocham.

Minęło wiele dni w szpitalu, mój stan coraz bardziej się pogarszał. Po dwóch tygodniach lekarze znaleźli przyczynę. Było to tego dnia, gdy straciłam władzę w prawej ręce. Bolało to podwójnie - moje życie kręciło się wokół muzyki. Kilka dni później dotarło do mnie, że już nie będę mogła grać. Przed tym wszystkim gitara przynosiła mi ukojenie.

Tamtych chwil nie zapomnę do końca życia. Tej trwającej wiele godzin niepewności. "Wiemy, że z mózgiem jest coś nie tak, nie wiemy jeszcze jednak co". W tamtym momencie mina lekarza nie była zachęcająca. Przez wiele lat z kościołem było mi nie po drodze, jednak strach przed śmiercią mnie załamał. Podłączona do kroplówki, leżąc sparaliżowana w szpitalnym łóżku, nieco otumaniona przez leki przeciwbólowe, spowiadałam się pierwszy raz do trzech lat. Od tamtej pory więcej już się to nie powtórzyło.

Nieco później lekarz uspokoił mnie, że nie jest to nic śmiertelnego. Doktor Karolina usiadła przy łóżku i ze smutną miną, poinformowała mnie, że to stwardnienie rozsiane. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy.

Nie czułam złości, strachu. Ręki i nogi zresztą też nie. Po dziewięciu dniach dożylnych wlewów ze sterydów, część czucia w nodze wróciła, względna sprawność prawej ręki też. Ale nie czucie. Został także ból, ciągły, nie dający chwili wytchnienia, którego nigdy nie zrozumie człowiek, który go nie poczuł.

Po paru miesiącach zaczęłam powoli wychodzić do świata. Po roku przyzwyczaiłam się do tego, że moje życie się zmieniło. Innego życia już nie będę miała, dlatego muszę zrobić wszystko, by na miarę swoich możliwości przeżyć je jak najlepiej. Choroba wiele mi zabrała, jednak coś też mi dała. Dała mi wrażliwość na uczucia i krzywdę innych ludzi, której nie miałam wcześniej.

W tym wszystkim istotne dla mnie jest tylko jedno. To, że przez moją chorobę cierpią moi najbliżsi. Bo nie jest prawdą, że choruje się samemu. Gdy choruje jeden z członków rodziny, cała reszta przejmuje część jego bólu. A zrobiłabym wszystko, byle tylko tego bólu im oszczędzić. By dać im szczęście i spokój, którego nie zaznali już od niemal dwóch lat.
BoskaYennefer Odpowiedz

Ściskam Cię bardzo mocno:*:*

Archos Odpowiedz

faktycznie za długa, po wstępie dałem sobie siana :D

KochamLodyMietowe Odpowiedz

Kochana, nie możesz sie obwiniać za cos na co nie masz wpływu. To nie twoja wina ze jesteś chora. A bliscy są po to zeby cię wspierać. Martwia sie i to normalne, nie chcą żebyś zostala w tym sama i zwyczajnie cię kochają :)
Mówię to jako dziewczyna przewlekle chorego chłopaka.

Dodaj anonimowe wyznanie