#vRZgf

Lato 2012 roku, jako 17-latek pokonałem 250 km z miejscowej wiochy do stolicy, aby wybrać się na koncert ukochanej artystki (wielkie uczucie). Przyjechałem kilka dni wcześniej, aby zwiedzić miasto po raz pierwszy, potem cudowny koncert, na którym udało mi się zrobić zdjęcie, a na następny dzień powrót. 

Siedziałem na ławce, gdy podeszła do mnie jakaś organizacja pozarządowa, a mając kilka drobnych, postanowiłem je wpłacić. Wchodzę potem na dworzec, zaglądam do portfela... a bilet zniknął. Zaczynam szukać wszędzie, ale nie ma, wtedy zaczyna się nerwówka – podchodzę do kilku ludzi, prosząc o pomoc, ale każdy mnie zbywa. Zmarnowany i wściekły na siebie uświadamiam sobie, że koszt biletu był taki sam jak darowizna na organizację. Zniechęcony, w ostatniej chwili widząc, że podjeżdża na dworzec mój pociąg, proszę jakiegoś chłopaka, czy kupi mi bilet. Ku mojemu zdziwieniu robi to! Mogłem wrócić w spokoju do domu, nigdy nikomu tego nie powiedziałem. Chciałem przesłać mu pieniądze, podziękowanie, ale on nic nie chciał, dlatego gdy dawał mi bilet, z całego serca go przytuliłem.

Bilet z tamtej podróży noszę cały czas w portfelu, przypomina mi o bezinteresownej dobroci człowieka. Oby więcej takich osób.
Risha Odpowiedz

Następnym razem nie oddawaj ostatnich groszy będąc w obcym mieście.

Dragomir

A juz na pewno nie na żadne organizacje. Chyba że go stać na wspieranie innych, to owszem. Ale wydębianie kasy od nastolatka to też fajne nie jest.

upadlygzyms Odpowiedz

Po tym jak go przytuliłeś odszedł z własnym portfelem, czy nie?

Dodaj anonimowe wyznanie