Mieszkam w małym miasteczku, byłem wychowany w przekonaniu, że swoje obowiązki trzeba wykonywać jak najlepiej. Po skończeniu szkoły łapałem się każdej możliwej pracy, czasy były niestety ciężkie, więc brałem, co było. Ponad 20 lat temu w moim mieście otworzył się spory zakład produkcyjny. Pamiętam, jak się cieszyłem, kiedy przyjęli mnie do pracy. Pensja była jak na tamte czasy całkiem spora, no i pierwszy raz w życiu podpisałem umowę. Co prawda śmieciówkę, ale przynajmniej miałem jakąś gwarancję wypłaty. Wcześniej ze względu na młody wiek lokalni „biznesmeni” płacili mi pod stołem, a niekiedy w ogóle. I tak przeleciały mi dwie dekady. W międzyczasie wielu moich znajomych wyjechało po otwarciu granic, niektórzy namawiali mnie do otworzenia wspólnego biznesu. Ale ja bałem się zmieniać pracę, wiedziałem, że w razie niepowodzenia nie przyjmą mnie z powrotem. No i oszczędzałem na dojazdach, zakład był parę minut od mojego domu. Praca całkowicie mnie pochłonęła, robiłem zmiany po 12 h, przychodziłem w niedziele, święta, nawet podczas choroby. Przez 20 lat nie opuściłem ani jednego dnia, w praktyce wyrabiałem w każdym miesiącu co najmniej półtora etatu. Niestety nie wiązało się to z jakąś gratyfikacją finansową. Moja stawka godzinowa przez pierwsze kilkanaście lat była na żenującym poziomie, potem co roku dostawałem wyrównanie do minimalnej. Z czasem rynek pracy w mieście trochę się poprawił, ludzie zaczęli odchodzić po zorientowaniu się w sytuacji, a nowi mieli coraz bardziej wywalone. Przez ten czas miałem nad sobą łącznie ośmiu kierowników, każdy z nich był wciśnięty po znajomości i znał się na pracy gorzej niż ja (oprócz pierwszego, którego wspominam dość dobrze). Dla mnie to było nie do pomyślenia, żeby dopominać się o awans, więc tak sobie trwałem na najniższym szczeblu. Co najgorsze, postawiłem sobie za cel jak najstaranniejsze wykonywanie pracy. Początkowo ze strachu przed zwolnieniem, potem trochę z przyzwyczajenia. Zawsze przekraczałem normę i niestety donosiłem na innych. Ktoś, kto zszedł z przerwy minutę później albo na chwilę przerwał pracę, żeby napić się wody, mógł być pewien, że kierownik się dowie. Z perspektywy czasu miałem ogromne szczęście, że to byli normalni ludzie, nie żadni dresiarze.
Co się stało, że już tam nie pracuję? Otóż w połowie kwietnia złamałem nogę i trafiłem na kilka dni do szpitala. Już pierwszego dnia dostałem na maila informację, że mam nie przychodzić. Zlecenie, czyli żadnego wypowiedzenia ani L4, nic. Będąc po czterdziestce, z doświadczeniem tylko w jednej branży, ciężko znaleźć coś nowego, a zdrowie też już nie te. Przez pracę zaniedbałem życie osobiste, nie założyłem rodziny. Mieszkam w domu z rodzicami, moje oszczędności nie wystarczą na nic swojego. Do końca miesiąca mam jeszcze zasiłek, boję się, co będzie dalej.
Dodaj anonimowe wyznanie
Byłeś zwykłym jeleniem i parówą.
Niemniej jednak nawet taki jeleń i parówa ma swoje prawa i jeżeli pracowałeś pod kierownictwem (czyli odpowiadałeś przed kimś innym niż osoba z którą podpisywałeś umowę) i w narzuconych godzinach i dniach (sam nie podawałeś kiedy możesz pracować), to w uproszczeniu Twoja umowa spełniała przesłanki umowy o pracę, więc możesz iść do prawnika by spróbować wywalczyć przed sądem pracy zamianę rodzaju umowy, zapłatę przez nich zaległych składek i albo przywrócenie na stanowisko albo wypłatę odszkodowania
Jeżeli nie ogarnie sobie dobrego prawnika, to nie widzę tu żadnych szans. Jeżeli facet dawał się r... przez 20 lat, to nic nie zrobi, bo po prostu nie potrafi walczyć o swoje.
Po co robiłeś nadgodziny, skoro Ci za nie nie płacili? Skoro Twoje umiejętności i doświadczenie przewyższały umiejętności i doświadczenie reszty zespołu, to powinieneś się dopominać o wyższą stawkę, czy awans. I dopominać się o umowę o pracę. Że nie dbałeś o swoje interesy, sam jesteś sobie winien.
Bo jako społeczeństwo jesteśmy uczeni by się nie wychylać, bo cię zwolnią... I lepsza płaca niska niż żadna. Weźmy przykład milenialsów. Mówią że chcą i pracowac i żyć, i co słyszą? Banda nierobów, w d*pach im się poprzewracało. A Autor poszedłby do szefa i powiedział że chce kasy, dostałby odpowiedz "a gdzie pójdziesz, jak nie będziesz pracować u mnie?". I co wtedy? Przecież życie właśnie pokazuje, że Autor nie może znaleźć pracy i zapewniam Cię, że pracodawcy doskonale wiedzą o realiach rynku pracy w regionie. Nie mówię, że Autor dobrze robił, tylko że fajnie się ocenia zza klawiatury, jak to nie twoje życie i nie twoja praca.
Gargal , teraz to już przesadziłeś. Jak donosiłeś że ktoś przerwał pracę albo o minutę przedłużył przerwę to byś tak długo nie popracował i nie trzeba do tego dresiarzy. Zaraz by ci wlali kwasu do gumofilca albo dali gorący klucz do potrzymania ( autentyczne ). Jeszcze powinieneś dodać że skoro nie założyłeś rodziny to raz na tydzień ona nizo wałes się na widok koleżanki z Anonimowych na kamerkach.
Ze wszystkich historii, które się nie wydarzyły...