#kuJZw
Po kolei...
Często z chłopakiem jeździmy do różnych lasów, parków krajobrazowych itp. żeby pospacerować, powłóczyć się cały dzień. Nieraz wybieramy miejsca znane, nieraz patrzymy na google maps i widzimy kawałek zieleni i tam jedziemy.
Tak spędzaliśmy też weekend rok temu, we wrześniu. Po kilkugodzinnym marszu po lesie zobaczyłam duże, zwalone drzewo, jeszcze z liśćmi i powiedziałam, żebyśmy tam usiedli i zjedli. Było ładnie. Odpoczywamy, jemy, śmiejemy się jak nigdy nic, podnosimy się i już mamy zbierać do dalszego marszu, a tu widzę pod drzewem, pod liśćmi jakaś kurtka. I tak od niechcenia kopnęłam ją komentując na głos, że pewnie ktoś kurtkę zgubił.
Jednak kopnęłam coś twardego, chroboczącego tak jakby. Straszny to był odgłos. Ciary przeszły mi po całym ciele gdy zorientowałam się, że pod drzewem jest całe ciało. Dżinsy, kurtka, włosy przykryte częściowo liśćmi.
Facet upewnił się, czy to na pewno ciało i zadzwonił na policję. Nie byłam jakoś roztrzęsiona, przyjęłam to wszystko ze spokojem. Opisaliśmy jak go znaleźliśmy, a policjanci zobaczyli też piłę przy nim - nielegalnie wycinał drzewa, które go przywaliły. Miał dwadzieścia kilka lat... Zabezpieczali jeszcze jakieś ślady, a my zostaliśmy wypuszczeni i pojechaliśmy do domu.
I na początku opowiadam o tym innym, tak normalnie, a potem w mojej głowie zrodziła się przyszłość. Przyszłość, w której mnie nie ma. No bo umrzemy. To abstrakcyjne, ale tak będzie. Świat potoczy się dalej, a nas nie będzie. Nie jestem wierząca niestety, więc nie widzę siebie w jakimś niebie, tylko widzę pustkę, nicość. W pewnym momencie to co teraz robię, to kim jestem będzie bez znaczenia. po prostu zniknę.
Te myśli tak mnie pochłonęły, że boję się wychodzić z domu. Boję się choroby, boję się że potrąci mnie samochód, że będę brała udział w kolizji. Chodziłam na terapię, ale pomimo iż wróciłam do normalnego funkcjonowania w ciągu dnia, to gdy tylko zamykam oczy żeby zasnąć, myślę o tym, że zniknę. Że wszystko potoczy się dalej ale beze mnie. I nie mogę spać bez leków, bo się boję, nakręcam własnymi myślami i nie mogę przestać. Nie potrafię się cieszyć życiem. Bo wiem, że się ono skończy. Facet bardzo mnie wspiera i nie wiem co bym bez niego zrobiła, ale strach przed znikaniem, przed śmiercią jest silniejsze niż wszystko...
Już nie jeździmy na wycieczki po lasach, już w ogóle najchętniej bym nie wychodziła, z nikim się nie spotykała poza domem. Teraz, w dobie epidemii zdalna praca stała się dla mnie wybawieniem. Mogę siedzieć w czterech ścianach i nie bać się tego, co na zewnątrz. Jednak pomimo iż wiem, ze ten strach jest irracjonalny, to nie potrafię się go wyzbyć.
Towarzyszy mi cały czas...
Boisz się że znikniesz, więc przestałaś żyć?
Życie jest prezentem, jedynym w swoim rodzaju, niepowtarzalnym. Jak je zepsujesz, to drugiego nie dostaniesz. Twój wybór, chociaż moim zdaniem szkoda z niego rezygnować ze strachu, że się skończy. Skończy się na pewno, wcześniej lub później, temu kto umarł, to bez różnicy.
Jak na ironię dziewczyna funduje sobie coś, czego się boi.
Oretyrety to tak nie dziala. Ona tego nie wybrala - zrobil to za nia jej medical condition (nie wiem jak to powiedziec po polsku, nie jestem Polakiem).Twoja rada jest taka sama jak powiedziec komus z depresja ze ma isc biegac i sie usmiechnac. OP wie ze ma problem i chce go rozwiazac wiec od siebie powiem tylko jedno: dalej chodz na terapie
Czasami mam takie myśli patrząc na stare kamienice.
Ze sto,dwieście lat temu przechadzały się koło tych kamienic panie w długich sukniach,z parasolkami.Jechały dorożki z furmanami.
I ich już nie ma.
Ja idę,jeżdża auta,jadą tramwaje.Minie 20-30-40 lat i mnie już nie będzie a kamienica będzie dalej stała.I ja już nie będę wiedziała ani widziała
co się będzie działo.Mnie już nie będzie.
A może powinnaś odwrócić sytuację ?
Mając świadomość nieuniknionej śmierci, powinnaś tym bardziej cieszyć się, że w przeciwieństwie do tamtego gościa TY jeszcze jesteś na tym świecie. I cieszyć się każdym dniem, czerpać z życia całymi garściami.
Nie bój się. Ci którzy najczęściej myślą o tym, że się "zabiorą" przeważnie najdłużej żyją ;) ironia jest duszą tego świata.
Noo to jedyne czego się obawiam w lasach/pustkowiach które odkrywam. Ale uff odpukać nic jeszczo nie było. Same zwierzaki martwe..
Może to zabrzmi banalnie, ale powinnaś wybrać się na terapię. Twoje zachowanie to po prostu rodzaj stresu pourazowego- strachem przed śmiercią odreagowujesz to, co wtedy zobaczyłaś w lesie.
Też mi się tak wydaje
Nie mniej współczuję autorce ,bo taki widok to nic miłego
Tak to już jest, że po nocy przychodzi dzień, po burzy spokój, a po życiu śmierć. Nic z tym nie zrobisz. Wiele osób boi się śmierci, grunt to nie popadać w paranoję.
Teraz tez wszystko toczy sie bez ciebie skoro zamknelas sie w czterech scianach i nie wychodzisz z domu. Tak naprawde zafundowalas sobie swoj najgorszy koszmar jeszcze za zycia. Pokrecona logika.
Moim zdaniem po smierci bedzie to samo co przed urodzeniem. Pamietasz cokolwiek? No nie.
być może wiara nie jest kwestią wyboru, ale zarowno braku istnienia Boga nie da się udowodnić jak i rego że jest.Nie masz pewności co się stanie.Wykorzystuj tę krótką ulotną chwilę którą masz, ciesz się nią.
Ten cytat z wielkiej powieści "Diuna" Franka Herberta - Litania przeciw strachowi - bardzo pomaga, gdy się go medytuje przy nasileniu lęku:
"Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło, niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja."
To ja Ci napiszę inaczej. Odkąd tylko sięgam pamięcią, marzyłam o tym, żeby zniknąć. Przestać istnieć. Totalnie zmienić się w nicość. To było wręcz obsesyjne marzenie całego mojego życia. Być może wynikające z traumatycznych przeżyć w dzieciństwie, chorób i generalnie cierpienia.
Pragnienie to towarzyszyło mi prawie całe życie. Godzinami sobie wyobrażałam, że już zniknęłam, nie ma mnie i już NIGDY nie będę cierpiała. Koniec. Absolutny, definitywny koniec.
Ufff, jaka ulga...
Niestety, w przeciwieństwie do Ciebie, ja wiem, że to tylko mrzonki. Pamiętam dziesiątki swoich poprzednich żyć. Pamiętam wielu przyjaciół i wrogów z tamtych żyć. Wielu z nich spotkałam w tym życiu. Wielu z nich mnie rozpoznało. Pamiętam przechodzenie z jednego życia do drugiego. Pamiętam, jak wybierałam obecne życie, rodziców, wyzwania. Pamiętam, po co się wcieliłam w to życie. Rozumiem sens moich wcieleń.
Moje marzenie, tak jak Twój lęk, nigdy się nie ziszczą. W żadnym razie nie da się zniknąć.
Teraz już się z tym pogodziłam. Po przeżyciu prawie pół wieku.
Z drugiej strony: lepiej późno niż wcale :)
Pewnie mi nie uwierzysz. I dobrze, każdy ma własną drogę. Chcę Ci jednak pokazać, że to, czego Ty się boisz najbardziej, dla innych bywa największą nadzieją na wyzwolenie. Być może pomoże Ci to choć trochę zmienić perspektywę, i popatrzeć na swoje lęki pod innym kątem.
Oczywiście, że w tym życiu. :)
W niektórych wcieleniach dożyłam późnej starości.
Jak to wygląda? Mniej więcej tak, jak opisują to książki. Choć to zależy od stopnia świadomości istoty, która się wciela. Generalnie: dostajesz kilka rodzin do wyboru i musisz podjąć decyzję, gdzie chcesz się wcielić. Znasz główne wyzwania tej rodziny, wiesz, z jakimi chorobami będziesz się musiała zmierzyć, kogo spotkasz na swojej drodze itd. I najczęściej już się nie możesz doczekać, aż się wcielisz. Przebierasz nogami z niecierpliwości, a poważne choroby czy tragedie uznajesz za "cudowne wyzwania" i "okazje do rozwoju". Z tamtego poziomu świadomość, że wybierasz ciało, które będzie np kalekie, jest ekscytująca... Ech, dużo by pisać, ale to nie miejsce na takie dyskusje.
Skoro temat Ciebie interesuje, polecam poczytać książki Michaela Newtona. "Wędrówka dusz" i "Przeznaczenie dusz". W tej kolejności.
Na początek to świetna lektura. Na pewno znajdziesz w formacie pdf.
Albo w bibliotekach.
@Czaroit też mam kilka pytań.
Dlaczego pamiętasz takie rzeczy, a inni ludzie nie? Dlaczego ja nie pamiętam kim byłam i jaki miałam wybór?
Co było na początku, jakie miałaś pierwsze wcielenie? Czy przed nim była pustka, nicość? Kiedyś w końcu musiałaś powstać. Łączy się to też z powstaniem Wszechświata, co było zanim on powstał?
Wcielasz się w ludzi tylko na ziemi? Kiedyś, za miliardy lat ziemia zostanie unicestwiona przez śmierć naszego słońca, ludzkość przestanie istnieć. Co wtedy?
Iniz. Zadałaś dużo pytań i nie na wszystkie Ci potrafię odpowiedzieć. Odpowiem tak jak umiem, choć żadna ze mnie wyrocznia. To co piszę jest zgodne z MOJĄ wiedzą i wspomnieniami, nie musi to być wcale prawda obiektywna.
1. Dlaczego ktoś ma dar i jako pięciolatek pięknie gra na fortepianie? A inni nawet jako dorośli nie są w stanie zagrać poprawnie "Ala ma kota"? Nie wiem. Moja TEORIA jest taka, że są to umiejętności wykształcone w poprzednich życiach i z jakiegoś powodu przeniesione do obecnego. Ponieważ istota będzie ich do czegoś w tym wcieleniu potrzebowała.
2. Co ZROBIŁAŚ, żeby przypomnieć sobie swoje poprzednie wcielenia? Ile czasu medytujesz, świadomie oddychasz, pracujesz z emocjami, robisz różnego typu ćwiczenia energetyczne itd.? Ja takie rzeczy robię nieprzerwanie od 17 roku życiu. Na początku pamiętałam niewiele, z biegiem czasu i wraz z rozszerzaniem się świadomości, wspomnienia powracały coraz prędzej.
3. Pierwszego wcielenia nie pamiętam. Pamiętam istnienie w innym Wszechświecie. Bez ciała. Jako czysta świadomość. Nie wiem co to za Wszechświat i kiedy to było. Nie umiem tego określić, nie mam punktu odniesienia.
4. Nie mam bladego pojęcia, co było zanim powstał Wszechświat. Nie do mnie takie pytania.
5. Nie, nie wcielamy się tylko w ludzkie ciała. Pamiętam dziesiątki wcieleń na innych planetach. Niektórych znajomych stamtąd spotkałam tutaj. Gdy Ziemia umrze, przeniesiemy się na kolejną planetę. Po prostu. Istota jest wieczna, wciela się na różnych poziomach, w różnych wymiarach, w różne ciała. Wcielanie się to jest tak naprawdę ZABAWA. Gra. Jedynym jej sensem jest DOŚWIADCZANIE. Z czystej radości istnienia. Jako istoty doskonałe nie musimy się niczego uczyć. Ale chcemy doświadczać siebie na wszystkie możliwe sposoby. We wszystkich odsłonach. Żeby było to możliwe, gramy w grę "zapomnienie". Zapominamy, kim jesteśmy, by móc odkrywać siebie na nowo. Oddalamy się od siebie, by móc znowu do samych siebie wrócić. To przygoda:)
@Czaroit Dziękuję za odpowiedź :) w jakiejś części mój umysł w to kompletnie nie wierzy, reszta uważa to za cholernie logiczną całość. Wiem na pewno że mnie to trochę przeraża, w zasadzie przeraża mnie jak bardzo mogę być nieswiadoma i jak mało mogę wiedzieć. Dobrze, że nie spotkałam Cię na żywo, bo nie skończyła bym zadawać swoich pytań :) jeśli jest gdzieś miejsce, gdzie opisujesz swoje doświadczenia i wiedzę, podziel się proszę, jeśli nie, muszą wystarczyć mi książki wymienione przez Ciebie wyżej :)
Nienawidzę siebie za uwielbianie rozkmin 😅 ostatnie pytanie, między wcieleniami wiesz jak wszystko działa, że zaraz wybierzesz rodzinę itp, i wiesz ze stracisz swoją pamięć? Jeśli to życie przeżyjesz jak 'normalna istota' w tym przypadku nieświadomy człowiek, po śmierci odzyskujesz 'świadomość' i wszystko sobie przypominasz?
Oj tam. Ja jestem taka sama. Godzinami potrafię drążyć jakiś fascynujący temat. A że wszystkie są tak samo fascynujące... I uwielbiam to w sobie! Tylko inni jakoś tego uwielbienia nie podzielają. Ich strata ;)
Wracając do tematu: To nie takie proste. Zależy, na jakiej planecie się znajdujesz. Ziemia jest planetą o specyficznych warunkach. W dodatku o bardzo niskiej wibracji. Dlatego tutaj jest nam tak ciężko. Zatem na Ziemi wygląda to inaczej. Tutaj po wcieleniu udajesz się do swojego "nieba". Zależnie, w jakie wierzyłaś za życia. Często przychodzą po ciebie bliscy. To "niebo" to takie miejsce rekonwalescencji. Ludzie często odchodzą stąd w potężnej traumie. Gdy odsapniesz, zregenerujesz się, rada karmiczna przypomina ci, że czas na kolejną inkarnację. I cyk - do nowego ciałka. Wiesz, że stracisz pamięć. Choć dużo małych dzieci jeszcze pamięta! Dlatego maluchy mówią rodzicom, że poprzednio miały inną mamę albo umarły na serce. No i wiele maluchów ma jeszcze niezablokowane jasnowidzenie. Stąd "niewidoczni przyjaciele". Maluchy zwyczajnie widzą duchy i inne istoty.
Nie ma się jednak czego bać. W bardzo wielu rodzinach jest ktoś, kto nie odszedł po śmierci. Często np z poczucia odpowiedzialności za swoich bliskich. Albo zwyczajnie z lęku przed "sądem ostatecznym". Czasem dlatego, że za życia, jak autorka wyznania, nie wierzył w kontynuację istnienia. I zwyczajnie nie wie, co ze sobą zrobić. Choć zdarza się i tak, że ktoś nie wie, że umarł. Bardzo dużo zależy od stopnia samoświadomości i warunków śmierci. I taka babcia czy ciocia plącze się po chałupie, czasem nawet stara się pomagać w różnych drobnych sprawach. Dziecko ją widzi, bawi się z nią, śmieje do niej. Jeśli dziecko nie reaguje lękiem na to, co widzi, to i my nie mamy się czego obawiać. Najpewniej to nasza ukochana babcia Krysia czy ulubiony wujek Heniu.
Natomiast po śmierci nie odzyskujesz wszystkich wspomnień. Dlaczego, to już temat na kompletnie inną rozmowę.
O, teraz dopiero zobaczyłam Twoją wcześniejszą wypowiedź. Tak, prowadzę blog, gdzie sobie czasem skrobię o swoich różnych rozkminkach. Ale takich blogów jest pełno, jeśli temat Ciebie interesuje, znajdziesz je bez problemu.
Książki, które tu poleciłam, są naprawdę doskonałe. Odnajdziesz w nich mnóstwo odpowiedzi na swoje pytania. I powód do zadania setek kolejnych... :))
Bardzo dobrze, że w to wszystko nie wierzysz. Czytaj, sprawdzaj, porównuj wypowiedzi różnych autorów (choć zaznaczam, że ta sama rzeczywistość wygląda inaczej z punktu widzenia osób o różnym poziomie świadomości. Coś, co pozornie sobie przeczy, często jest prawdą, inaczej postrzeganą w zależności od punktu widzenia).
Przede wszystkim jednak - staraj się POCZUĆ to, co czytasz. Czy masz przy tym ciarki (ciarki to takie potwierdzenie, że to co słyszysz lub czytasz jest PRAWDĄ). Czy czujesz przy tym otwartość, zaintrygowanie? Czy jesteś rozluźniona czy spięta? Zafascynowana czy zniechęcona?
Umysły wszyscy mamy zaprogramowane, umysłowi nie wolno wierzyć. On zawsze będzie chciał nas zamknąć w klatce starych przekonań. Ale serca zaprogramować się nie da. Dlatego polecam weryfikować świat poprzez własne serce i czucie. Im większy spokój, ciekawość i otwartość przy czytaniu jakiegoś tekstu, tym bardziej warto go przeczytać.
Powodzenia w eksploracjach nieznanego. :)
@Czaroit Dziękuję za poświęcenie mi czasu :) tak, mam ciarki, sama osobiście nie jestem powiązana z żadną religią, zawsze wierzyłam w energię która mnie otacza, w energię którą mogę sterować na swoją korzyść. W przyciąganie rzeczy pozytywnych lub negatywnych odpowiednim myśleniem. To co mówisz delikatnie zbiło mnie z tropu, ale to dobrze, ponieważ chcę się wgłębić, bardzo mnie to zaintrygowało i chce wiedzieć więcej. Tyle pytań :) a tak mało odpowiedzi. Wiem na pewno, że to nie koniec, że kiedy umrzemy coś na nas czeka. Z drugiej strony chyba ciężko być świadomym takiego stanu rzeczy jak w Twoim przypadku, ponieważ osobiście zakładam że zaczęła bym tęsknić za niektórymi osobami, wcieleniami lub jeszcze czymś innym. Wiec sądząc po tym wszystkim materialność jest tylko tu, przy życiu, po śmierci zamieniamy się.. w zasadzie w energię.. ale świadomą :) miło było Cię spotkać na swojej drodze
Ciebie również miło było spotkać, Iniz.
W świecie, gdzie większość uważa, że jeśli czegoś nie doświadczyła osobiście, ani nie powiedział im tego pan w telewizji, nie ma to prawa istnieć, Twoja otwartość, ciekawość, i pasja w zgłębianiu prawdy, są tym bardziej cenne i odświeżające. :)
Czaroit, ale brednie. Zajmij się czymś porządnym, zamiast karmić ludzi bajkami na anonimowych. Każdy ma jedno życie, Iniz, nie wierz w to.
Współczuję traumy...