#jPvKX
Niedawno wynajęłam pokój w mieszkaniu, w którym jest kuchenka gazowa z piekarnikiem również na gaz. Myślałam, że takich już od dawna nie produkują i piekarniki zawsze są elektryczne. A jednak. Zazwyczaj unikam włączania piekarnika lub proszę współlokatorkę, żeby nie wyłączała, kiedy ona użyje. Gdy muszę zrobić to sama, zawsze mam wizję buchającego mi w twarz płomienia, palących się włosów i brwi. Może się przyzwyczaję. Wstydzę się przyznać nawet współlokatorce.
To, że nie produkują takich, to nie znaczy, że ich w mieszkaniach nie ma.
Wciskasz pokrętło, przekręcasz, czekasz dwie sekundy, żeby gaz wydostał się z rurki, odpalasz ogień, trzymasz tak jeszcze przez kilka sekund, żeby nie zgasło od razu. Puszczasz. I już. Żeby wybuchło ci w twarz, musiałabyś puszczać gaz przed podpaleniem go przez jakieś 20 sekund albo dłużej, żeby się zdążyło nazbierać dużo w piekarniku.
Dzięki za uspokojenie i rady, staram się zachowywać ostrożność, a ta kuchenka wygląda na w miarę nową. Lęki jeszcze nie minęły, ale powoli się przyzwyczajam
Nowoczesne kuchenki są w stanie rozpoznać czy gaz się zapalił czy też nie. W tym drugim przypadku odcinają automatycznie jego dopływ.
Ja nie lubię gazu. Nigdy nie miałam w domu, ale u dziadków i starszej cioci, zawsze mnie przerażał. Podobnie obawiam się palić świeczki, gdy jestem sama w mieszkaniu. Czasami mi się zdarza, ale rzadko. Ta ostatnia obawa jest od czasu pożaru w mojej piwnicy, w której był piec. To nie była moja wina, ani tym bardziej świeczki nie miały z tym nic wspólnego, ale i tak trochę obawiam się palenia świec, gdy nie ma nikogo w mieszkaniu.