Zawsze komplementuję ludzi. Zawsze, kiedy ktoś zrobi coś dobrze, to mówię coś miłego. Spotykam znajomego? Trzeba mu skomplementować ubiór. Gramy z przyjaciółmi w gry? Jasne, trzeba pochwalić za dobrą akcję (nawet jeśli taka dobra nie była). Znajoma chwali się, że uprawia sporty? Śmiejemy się z niej? Nieee, komplementujemy za chęci.
Wszyscy myślą, że po prostu mam taki charakter. Ale prawda jest kompletnie inna. Często to co ktoś zrobi mi się nie podoba, mam ochotę powiedzieć mu, jaki jest beznadziejny, że to co robi nie ma sensu. Mimo wszystko komplementuję innych z jednego prostego powodu.
Ostatni raz komplement usłyszałem od kolegi, dobre 3 lata temu, za dobre podanie na wf-ie. Poczułem wtedy taką radość, że ktoś jest ze mnie zadowolony. Od tego czasu zapragnąłem dawać innym w ten sposób szczęście, bo sam od zawsze jestem krytykowany za wszystko.
Takie tam wyżalanie się małolata.
Swego czasu miałam konto na deviantart. Wrzucałam tam głównie gejowskie fanarty, ale czasami wrzucałam tam też inne rzeczy. Pewnego dnia dodałam rysunek dziewczyny z kocimi uszami. Na swojej sukience miała masę różnych wzorów, które układały się w inne zwierzęta, a na prawej ręce miała tatuaż z pewnego anime.
Jakiś czas później w szkole został zorganizowany konkurs. Trzeba było narysować zwierzę, ale w jakiś "oryginalny" i ciekawy sposób. Nagrody nawet dobre - książki (ale nie jakieś edukacyjne, chyba można było wybrać pierwszy tom Harry'ego Pottera albo inną młodzieżówkę) i drogie, bardzo dobre kredki oraz cienkopis.
Zwycięskie pracę zawisły przed wejściem do sekretariatu. Przez miesiąc jakoś specjalnie się nimi nie interesowałam, ale pewnego dnia musiałam się udać do sekretariatu po nową legitymacje. Idę, idę i nagle widzę pracę. W tym jedna jest... tak, moim rysunkiem! I to jeszcze widać, że ktoś po prostu przyłożył kartkę do laptopa i jechał po liniach!
Cała zdenerwowana idę do pani od plastyki. Mówię jej o co chodzi, pokazuję oryginał. Pani idzie po osobę, która zajęła pierwsze miejsca. Pyta jej, czy faktycznie dopuściła się plagiatu. Dziewczyna stwierdza, że nie. Pani mów do mnie "No widzisz. Nie zrobiła tego".
Na lekcji WOS-u z dyrektorką poruszam ten temat. Co słyszę? "No zdarza się".
Najgorsze jest to, że ta dziewczyna jeszcze kilka razy używała moich prac. Prośby i groźby nic nie dawały (nawet zasugerowałam, że trochę "pouczę" ją rysować!). Przestała dopiero, gdy na pewnej stronie pojawił się mój oryginalny rysunek i jej splagiatowany, a ona została pod tym oznaczona, a później zalana hejtami.
Zawsze gdy chodzę na grób Mamy, kupuję jej 2 białe róże. Zawsze śmieszy mnie, gdy sprzedawcy próbują "wcisnąć mi" trzeci kwiatek, bo przecież kwiaty daje się w nieparzystej liczbie. Często potem widzę ich nieprzychylne spojrzenia, że dobrze ubrany gość z drogim zegarkiem na ręku żałuje na jeszcze jeden kwiatek.
Prawda wygląda inaczej.
Po moich narodzinach Mama wymyśliła, że co roku na urodziny będę dostawał tyle białych róż, ile mam lat. Na pierwsze urodziny jedną, na drugie dwie... i tak do osiemnastu róż na moje 18 urodziny.
Zdążyła dojść jedynie do dwóch róż, na moje drugie urodziny.
Odwiedzając ją, zawsze zabieram ze sobą tyle samo, za każdy rok dany nam spędzić razem, choć wiem, że zasługuje na wszystkie róże świata.
I mam gdzieś, że nie stosuję się do"kwiaciarnianego savoir-vivre'u" ;)
Jestem facetem, a w domu sikam na siedząco, tak o, żeby nie ochlapać ścian :)
Mój ojciec podczas moich 10 urodzin oznajmił mi, że chciałby być kobietą. Byłam zszokowana i zdziwiona, nie wiedziałam co mam zrobić.
Pewnego dnia przebrał się za moją nieżyjącą matkę. Założył jej ulubioną sukienkę, którą kupił jej na urodziny. Powiedział, że ma zamiar dokonać operacji zmiany płci. Po dwóch latach spełnił swoje marzenia, ale ja nie potrafię tego zaakceptować. Nie potrafię na niego patrzeć, czuję odrazę i obrzydzenie.
Powiedzcie mi, jestem okropną córką?
Rzecz działa się w drugiej klasie podstawówki.
Ogólnie dobrze się czułam przed wyjściem ze szkoły, ale nieco później poczułam się gorzej.
Na lekcji z wychowawczynią powiedziałam, że muszę do toalety, ale ona nie chciała mnie puścić. W szkole panowała zasada, że w czasie lekcji był zakaz wypuszczania do łazienek. Ponadto klucze do niej miał nauczyciel dyżurujący na następnej przerwie.
No i jak ławo się domyślić, puściłam pawia. Na cały stół, na moje książki... Całe szczęście, że koleżanki, która ze mną siedziała, wyjątkowo nie było.
No i taki dodatek.
Nauczycielka kazała mi przestać wymiotować i sprzątać po sobie. Iść do dyżurki po ścierki, mop i wiadro z wodą.
Książki oczywiście były w opłakanym stanie.
Wydarzenie to miało miejsce wiele lat temu.
Razem z koleżanką wracałyśmy ze szkoły, a ponieważ do domu było niedaleko, miałyśmy zgodę, by chodzić same, bez opiekunów. Miałyśmy wtedy 10 albo 11 lat (nie pamiętam dokładnie).
Tak więc wracałyśmy sobie ze szkoły, kiedy nagle zatrzymał się przy nas biały mini van. Siedział w nim ciemnowłosy mężczyzna o ciemnej karnacji w wieku może 40-50 lat. Zaczął pytać nas o to, jak dotrzeć do jednego z gimnazjów w naszym mieście. Koleżanka pozostawała bierna, za to ja ochoczo zaczęłam tłumaczyć mu jak powinien jechać. Facet twierdził, że nie słyszy co mówię i prosił, by podejść bliżej. Tak też zrobiłyśmy. I znów to samo, że nie słyszy i żeby podejść bliżej. Kiedy kolejny raz tłumaczyłam mu jak dojechać, koleżanka nagle pociągnęła mnie za rękę, powiedziała do faceta, że musimy iść i kazała mi biec jak najszybciej do domu.
Dopiero pod naszym blokiem wyjaśniła mi, dlaczego się tak zachowała. Okazało się, że widziała, jak ten mężczyzna podczas rozmowy z nami masturbował się. Ja tego nie widziałam... Patrzyłam prosto w jego oczy, za to ona rozglądała się, zwracając uwagę na to, co mi umknęło.
Od tamtej pory miałyśmy obstawę w drodze do szkoły i z powrotem. Zawsze ktoś nas odprowadzał. Nigdy nie powiedziałam o tym wydarzeniu mojej rodzinie, nawet mojej mamie. Do tej pory jak widzę białe mini vany, przechodzą mnie dreszcze.
Zastanawiam się, czy może inne dzieci miały mniej szczęścia niż my, czy ktoś padł jego ofiarą, kim on był i co by się wydarzyło, gdyby moja koleżanka nie zauważyła tego, co on robił...
Zazwyczaj słabo pamiętam ludzkie twarze, ale jego nie zapomnę nigdy.
Zimna jesienna noc, ja, kumpel i przyjaciółka stoimy na chodniku i akurat kończymy rozmowę.
Nagle z piskiem opon zatrzymuje się czarne Audi Q7, wylatuje czterech uzbrojonych dzików, rzucili nas na glebę i zabrali nam kurtki.
Dzik przystawia mi pistolet do głowy i mówi, że mam odblokować telefon. Przeszukał mi tela i odszedł.
Wrócił, powiedział "przepraszam, dzieciaki, to pomyłka", wskoczyli do samochodu i odjechali.
Kocham to miasto...
Historia o patologicznym związku.
Alę poznałem dzięki wspólnej koleżance. Była dokładne takim typem kobiety, jaki uwielbiam: pewna siebie, zawsze z nowymi pomysłami, inteligentna. Miała swoje dziwactwa, ale ignorowałem je. Bardzo przypadliśmy sobie do gustu i po kilku miesiącach związku, spontanicznie, chyba pod wpływem chwili, postanowiliśmy spróbować zamieszkać razem. Ponieważ moje mieszkanie było większe, wprowadziła się do mnie. I zaczęło się.
Jej dotychczasowe dziwactwa stawały się coraz trudniejsze do ignorowania. Narzekanie, że kupuję za dużo jedzenia z konserwantami i mam nieekologiczne kosmetyki i zatruwam nam mieszkanie było początkiem. Ogłosiła, że ubrania z nienaturalnych tkanin mają zniknąć. Potem przyłapałem ją, jak wstawia do internetu ofertę sprzedaży mojego telewizora - tłumaczyła się, że duże ekrany ogłupiają i zakłócają przepływ energii. Następnie zarządziła totalne przemeblowanie, bo sprzęty muszą być ustawione zgodnie z liniami energii Ziemi. Gdy chciałem iść do dentysty, zabroniła mi, bo "konowały tylko mnie zatrują i naszprycują prochami" i ona wyleczy mi zęby swoimi ziołowymi herbatkami i kryształami energii. OK, poszedłem w tajemnicy. Potem zażądała, bym usunął sobie swój tatuaż, bo "skoro mamy być razem już zawsze, to ona nie będzie ciągle znosić negatywnej aury bijącej od tego wzoru". Przekonałem ją, że usunę gdy tylko zbiorę pieniądze na zabieg, a tymczasem miałem nadzieję, że jej przejdzie. Nie przeszło.
Alę dopadła grypa, więc wzięła kilka dni wolnego. Została w mieszkaniu, ja poszedłem do pracy. Po powrocie spotkałem przy wejściu na klatkę zaprzyjaźnioną sąsiadkę, starszą panią, trzymającą mojego kota. Powiedziała, że gdy mnie nie było, wracając z zakupów widziała, jak Ala wyrzuca Ramzesa przez okno. Na szczęście dla niego przetrwać upadek z 2 piętra na błotnisty trawnik bez obrażeń to żaden problem. Podziękowałem sąsiadce, wziąłem Ramzesa, wróciłem do mieszkania i zażądałem wyjaśnień. Ala stwierdziła, że Ramzes "ciągle emitował negatywne emocje i miał bardzo złą aurę", więc musiała się go pozbyć - nie pytała mnie o zdanie, by oszczędzić mi żalu.
Nie wytrzymałem. Wyrzuciłem ją. Nie przez okno, choć miałem ochotę.
Związek związkiem, trzeba chodzić na ustępstwa, ale marionetki nie dam z siebie zrobić.
Kiedy miałem 6 lat i wstawałem do łazienki za potrzebą, udawałem na korytarzu, że jestem duchem i buczałem na cały głos o 3 nad ranem, żeby inne duchy mnie nie rozpoznały.
Dodaj anonimowe wyznanie