Moja córka była komunistką. Na początku myślałem, że to zwykłe śmieszki, typowe dla tego pokolenia, jednak ona coraz bardziej się wkręcała w to i coraz głośniej wyrażała swój zachwyt dla komunistów.
Miarka się przebrała, gdy zawiesiła czerwoną flagę z sierpem i młotem u siebie w pokoju.
Rozmowy o komunizmie (poważne), przykłady zbrodni komunistów na całym świecie, ich perfidie oraz zakłamanie nic nie dawało. Historie dziadka i babci, którzy doświadczyli piekła komunizmu na wschodzie kraju - olała.
Dopiero jak wprowadziliśmy cudowne hasła komunistyczne w czyn i pojawiły się konsekwencje w postaci:
- zabrania kieszonkowego jakie dostawała od nas i rozdzielenia go po równo z wszystkimi domownikami;
- równy podział pieniędzy za wykonane obowiązki domowe (córka jest najstarsza, 16 lat, wobec czego ma ich najwięcej, ale za to dostaje najwięcej pieniędzy do premii, w dobrym miesiącu jest to nawet stówka) pomiędzy całe rodzeństwo (najmłodszy, 5 lat, dostaje złotówkę za sprzątanie pokoju);
- zabranie drogiego, kapitalistycznego telefonu i danie jej zwykłego telefonu dla "plebsu";
- zabranie wszystkich oszczędności i władowanie w średniego syna (córka dobrze się uczy, synuś potrzebuje dużo korepetycji, a musi być równy poziom wiedzy, prawda?);
- wymiana garderoby na ciuchy z lumpeksu plus przymus współdzielenia ich z resztą rodziny.
Wytrzymała trzy tygodnie, po czym uznała, że jednak woli kapitalizm.
Mi i żonie ulżyło, bo został tydzień, by wprowadzić kolejna zasadę:
- wymordowanie inteligencji.
Związek z moim nowym chłopakiem był świetny i wszystko było pięknie, więc postanowiłam zaprosić go na obiad do mojej mamy. Kiedy się zobaczyli, to stanęli jak wryci, zrobili się biali, potem zieloni, potem purpurowi, a potem znowu biali.
Wyszło na to, że moja mama zerwała z nim dwa miesiące temu. Byliśmy ze sobą od roku...
Opowiem Wam historię o samotnych lwach. Cofnijmy się do roku 2007, miałem wtedy naście lat. Byłem nieśmiałym dzieckiem, trochę zagubionym w książkowym fikcyjnym świecie. I marzyłem zbyt dużo jak na typowego nastolatka, dosłownie bujałem głową w chmurach.
Z rówieśnikami nie dogadywałem się najlepiej, więc uciekłem do raczkującego wtedy świata wirtualnego.
Odnalazłem się na blogu zrzeszającym ludzi, którzy odgrywali postacie lwów.
Każdy kto chciał dołączyć, zapisywał się przez mail, umieszczał własną historię, krótki opis swojej postaci.
Rozmawialiśmy w komentarzach pod notkami, zdjęciami, wymyślaliśmy intrygi i każdy kto chciał dopisywał coś od siebie.
Później przyszedł czas na założenie chatu dla stada. Poznałem tam wspaniałych ludzi, nawiązałem przyjaźnie na odległość.
Zatraciłem się w tym.
Gdy wracałem ze szkoły, robiłem wszystko w ekspresowym tempie, by tylko móc jak najszybciej wrócić do wirtualnego świata.
Żyłem życiem moich 'przyjaciół' ze stada, fantazjowałem, że gdy będziemy samodzielni to zamieszkamy w jednym mieście i będziemy nierozłączną paczką przyjaciół.
Tylko nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie w internecie mogą kłamać, że dziewczyna, która opowiadała mi o swoim nowotworze jest całkowicie zdrowa. Że chłopaki, którym się zwierzyłem z miłości do umierającej Julii to tak naprawdę dziewczyny. Że koleżanka, z którą chciałem studiować wcale nie ma 15 lat.
Długo zajęło mi odkrycie prawdy i otrząśnięcie się z fikcyjnych relacji.
Dla większości stada, to była tylko zabawa. Ja przeżywałem wszystkie ich wymyślone problemy na sobie, podchodziłem do nich emocjonalnie.
I tylko nostalgiczna łezka kręci mi się w oku na myśl, że to były jedne z najlepszych relacji w moim życiu. Nawet jeśli nie były prawdziwe.
Wiesz, że jesteś na prawdziwym mat-fizie, gdy zamiast uczyć się do matury z polskiego całą klasą, analizujecie poprzednie matury i liczycie prawdopodobieństwo wystąpienia danej lektury i tematu.
Mam czwórkę rodzeństwa, jestem z nich wszystkich najstarsza i jako jedyna nie mam zespołu downa. Całe swoje życie spędziłam na ogarnianiu domu, wycieraniu śliny i zmienianiu pieluch, więc postanowiłam, że od razu po 18 urodzinach ucieknę z domu i zacznę żyć swoim życiem, a nie jako pomoc dla moich nieradzących sobie rodziców. Zrobiłam to.
Dzień po urodzinach poinformowałam rodziców, że wychodzę, wzięłam turystyczny plecak ze swoimi rzeczami i poszłam w świat, robić wszystko to, na co miałam ochotę, a czego nie mogłam robić nigdy wcześniej, bo rodzice mnie potrzebowali i mi nie pozwalali.
Zapisałam się więc na dodatkowe zajęcia, zaczęłam uczyć się języków obcych, spędzałam długie wieczory bibliotekach itd... Dziś mam 27 lat, a dzięki wykształceniu naprawdę dobrze zarabiam i z palcem w nosie opłacam pomoc dla młodych, pomagam finansowo rodzicom i jeszcze zostaje mi na naprawdę fajne życie. Gdybym tylko posłuchała rodziców, to wszyscy mielibyśmy dziś gorzej niż obecnie.
Wolałem uratować moją dziewczynę niż czyjeś dziecko, a ludzie mnie za to potępiają. Mieszkamy w stanach i tu doszło do całego zdarzenia. Stałem na przystanku autobusowym z moją kobietą, obok stało dziecko (chłopiec, z 10 lat może), a kilka metrów dalej jego matka, która odeszła na bok, bo kłóciła się z kimś przez telefon. Ja stałem przodem do ulicy, moja dziewczyna przodem do mnie, wiec nie widziała co dzieje się na drodze.
Ważne jest, że przystanek był tuż obok zakrętu, który zasłaniał budynek, więc nie było widać co nadjeżdża. Wracając do wydarzenia, rozmawiałem z dziewczyną i pewnej chwili zobaczyłem tira jadącego tuż na nas, wyglądało jakby kierowca stracił panowanie nad kierownicą. To były dosłownie ułamki sekund, automatycznie rzuciłem się na dziewczynę i razem upadliśmy dosłownie 10 centymetrów obok kół. Tir uderzył w przystanek, praktycznie po nim przejechał. Natomiast dziecko nie miało tyle szczęścia, tir przejechał dokładnie pomiędzy mną i dziewczyną, a tym dzieckiem, jednak w dziecko trafiły części zmasakrowanego przystanku (taka budka). Byliśmy w takim szoku, że przez chwile nie docierało do nas, co się wydarzyło.
Ocknąłem się, gdy usłyszałem krzyki matki tego dziecka (ono samo przeżyło, choć było poturbowane). Chwile później była już tam policja, pogotowie, zabrano nas do szpitala. Kwintesencją tego wydarzenia jest to, ze o tym incydencie pisano w internecie, nie była to może głośna sprawa, ale w mediach informujących o aktualnych wydarzeniach się pojawiła. Było również nagranie z monitoringu. Z różnych źródeł dowiedziałem się, że kierowca był pod wpływem narkotyków oraz jakim jestem złym człowiekiem, bo zamiast ratować dziecko, wolałem ratować siebie i dziewczynę.
Czytałem wiele komentarzy, że przecież dzieci są najważniejsze, im należałoby pomoc w pierwszej kolejności. No tak, ale to było zupełnie obce mi dziecko. Ja nawet nie zwróciłem na nie uwagi podczas całego wydarzenia. W tak niebezpiecznych sytuacjach odruchowo chce się samemu uniknąć niebezpieczeństwa oraz uchronić bliskich, a nie myśli się o ludziach dookoła. Wiec nie rozumiem, dlaczego zostałem potępiony przez wielu ludzi.
Jeśli mógłbym decydować jeszcze raz, ponownie odciągnąłbym moja ukochana kobietę, zamiast obce dziecko, za co nawet mógłbym zapłacić życiem (rzucając się w stronę dziecka byłbym na środku toru przejazdu tira). I jest mi po prostu przykro, gdy spotykam się z komentarzami w internecie, że nie mam honoru, ze zdaniem "ekspertów" z internetu, którzy obejrzeli nagranie z wypadku, mógłbym i odepchnąć dziewczynę i rzucić się na dziecko. Albo stwierdzenia, że nie uratowałem dziecka, bo jestem obcokrajowcem (?). Jestem ciekaw ja ci ludzie sami, by się zachowali na moim miejscu. I przepraszam za ewentualne błędy językowe, ale już coraz rzadziej posługuje się tym językiem.
Mam prawie 29 lat i nigdy się nie upiłem. Boję się jak się zachowam pod wpływem alkoholu oraz tego, że powybijam sobie zęby.
Jestem uzależniona od kupowania zeszytów.
Mam w tej chwili cztery duże szuflady zeszytów plus dwa sporej wielkości kartony w skrzyni łóżka. Potrafię spędzić 2-3 godziny na dziale papierniczym w markecie oglądając zeszyty. Wybierając je, oceniam nie tylko okładkę, ale też kolor kratki albo linii, to czy jest margines, szorstkość papieru. Nie zwracam uwagi na cenę, jak mi się spodoba, to biorę (przy wszystkim innym potrafię odpuścić, stwierdzić, że za drogo albo że nie jest mi to aż tak bardzo potrzebne). Zazwyczaj wychodzę z minimum pięcioma nowymi nabytkami, gorzej jest w wakacje przy okazji wszelkich "Witaj, szkoło", bo jest większy wybór i niskie, kuszące ceny. Po powrocie układam je pieczołowicie wśród innych - czasami kolorami, czasami pod względem nowości czy ceny, bo wiem skąd mam każdy z zeszytów i ile kosztował. Nie piszę w nich, chcę je po prostu mieć. Potrafię godzinami je przekładać, dotykać, przekartkowywać, wąchać. Zaglądam do nich codziennie. Mam kilku ulubieńców, z którymi jeżdżę na wakacje.
Kiedyś byłam na wycieczce na drugim końcu Polski. Totalnie nowe sklepy, a fundusze ograniczone, nie kupiłam wszystkiego co chciałam, więc co zrobiłam? W najbliższy wolny weekend po przypływie gotówki pojechałam prawie 200 km tylko po to, by kupić resztę tego, co mi się podobało.
Moja kolekcja w tej chwili warta jest kilka tysięcy złotych. Czasami mam koszmary, że w moim bloku wybucha pożar i wszystkie starannie gromadzone przez lata skarby idą z dymem. Kiedyś potrąciłam kubek i zalałam jeden z zeszytów, to zanosiłam się płaczem przez cztery godziny.
Najgorsze jest, że zdaję sobie sprawę z problemu, często w sklepie wielokrotnie mówię do siebie, że przecież mam dużo zeszytów, że ostatnio kupiłam kilka nowych albo że wezmę tylko jeden. Nie działa.
Swego czasu pracowałam z fajną dziewczyną. Dobrze się nam razem pracowało. Gdy w firmie zaczęło się dziać nieciekawie, a my miałyśmy dość napiętej sytuacji, żartowałyśmy sobie, że pozachodzimy sobie w ciąże i zamiast się wkurzać w pracy będziemy w domku z maluszkami. Jak mówiłyśmy tak się stało, choć wtedy już razem nie pracowałyśmy. Jej dziecko zmarło przy porodzie, moje ma padaczkę. Nasze wymarzone urlopy macierzyńskie zamieniły się w koszmar, ona pochowała dziecko, ja toczę wojnę o zdrowie mojego.
Nie mam z nią kontaktu, wiec nie wiem co u niej.
Ale wiem co u mnie. Mimo zabezpieczeń zaszłam w kolejną, cholerną ciążę. Chcę ją usunąć, choć mąż bardzo się tym smuci. A ja po prostu nie mam już siły. Nie mam.
Kilka lat temu spacerując po łące, znalazłem łuski po nabojach z broni palnej, zabrałem je ze sobą do domu. Pomyślałem, że to pewnie pozostałości po myśliwych.
Tydzień później przeczytałem w mediach, że w tamtym miejscu znaleziono zwłoki człowieka, a ofiara została zabita przez postrzelenie. Zamurowało mnie, ale postanowiłem zachować to w tajemnicy i nie zgłaszać na policję. Po jakimś czasie sprawca został złapany i aresztowany, a sprawa ucichła.
Dodaj anonimowe wyznanie