#eEMft

Dwa tygodnie udałam się do lekarza na łyżeczkowanie macicy w celu ewentualnego wykrycia raka endometrium. Parę godzin później siostra przywiozła mnie do domu, a sama wróciła do siebie. Dziś dostałam telefon od matki, że wydziedzicza mnie za dokonanie aborcji.

PS Od lat jestem bezpłodna, o ciąży nie było mowy.

#Gl6hK

Grywam w larpy. Dla niezorientowanych, co to, mała ściąga: http://larpownia.pl/projekty/larp/ Ten, na który najbardziej lubię jeździć, jest historyczny, dzieje się w późnym średniowieczu. Trzeba mieć siłą rzeczy do niego strój, a że wcielam się w postać bogatą, pochodzącą z wysokiego rodu, to jest on dość okazały. Wydałam na niego łącznie przez 2 lata kompletowania go (dodatki nie są od razu oczywistością, a dużo dają) jakieś 1500 zł. Wszystko to szło z mojego kieszonkowego, rodzice nie musieli kiwnąć nawet palcem. I są z tego powodu szczęśliwi, bo uważają to za głupotę, utrudniają mi z tym życie jak tylko mogą. Ale ostatnio matka przegięła.

Zeszłam niedawno do piwnicy, żeby wziąć pudło z rzeczami na grę, przejrzeć, czy nie trzeba czegoś doszyć, wyprasować, dokupić. Otwieram drzwi, a tu... pudła nie ma. Nie mogłam go przeoczyć, bo to największy karton, jaki udało mi się dostać w zaprzyjaźnionym sklepie, krawędź ma ponad metr. Idę więc na górę, pytam się mamy, czy go gdzieś nie widziała? A ona na to, że tak, ale sprzedała zawartość. Mnie zamurowuje, łzy napływają do oczu (jestem dość wrażliwą osobą), pytam się, jak mogła to zrobić. Ona beztrosko, że przecież tego nie potrzebowałam, nie będę teraz zajmowała się głupotami, a ona potrzebowała kasy na sukienki.

Jak nigdy nie przeklinam, zwłaszcza przy rodzicach, tak się zapytałam, czy jej się coś w mózgu nie popier..., bo to, co ona zrobiła, przechodzi wszelkie granice. Dostaję ochrzan, że jak się wysławiam, i dalej z lekkością mówi, że sprzedała na OLX. Za 300 zł, czyli pięciokrotnie mniejszą wartość, niż to miało. 300 zł to jedna suknia jest warta, a miałam ich dwie, to tego dwa płaszcze, w tym jeden naprawdę suty, kaptur, paski, chusty, sakiewki... Niektóre z odjechanych materiałów, jak z lnu włoskiego. Wszystko, na co tyle zbierałam, czego część uszyłam sama, poszło za psie pieniądze, bo mamusia musiała sobie kieckę kupić.

Jak ojciec wrócił do domu, przedstawiłam mu sytuację. On zachował się na szczęście normalnie, wykazuje większe zrozumienie wobec mojej pasji. Kazał jej znaleźć kupca i to odkupić, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Oby znalazła, inaczej... no nie wiem, co zrobię. Ale nadal nie mogę zrozumieć, jak mogła się tak bezmyślnie zachować.

#N4lHZ

Moja mama wychowywała mnie samotnie - a pisząc to mam na myśli, że poza nią nie mam żadnej rodziny, dalszej czy bliższej. Była z domu dziecka, a ojciec zniknął jeszcze przed moimi narodzinami, natomiast jego krewni nigdy nie chcieli utrzymywać z nami kontaktu, ale nie chcę zagłębiać się w ten temat.

Żyłyśmy w bardzo dużej biedzie, ledwie starczało nam pieniędzy do pierwszego. Po ojcu zostały długi do spłacenia, może nie były to duże sumy, ale i tak bardzo utrudniały nam życie. Zdarzały się tygodnie, że jadłyśmy tylko chleb z margaryną, a na obiad gotowane ziemniaki albo buraki, bo były tanie. Pamiętam też, że zawsze kupowałyśmy dla mnie za duże buty, żebym nie wyrosła z nich tak szybko.

Mama robiła wszystko, żeby wyciągnąć nas z tego bagna, pracowała dniami i nocami - była krawcową. Zawsze chciała, żebym miała w życiu lepiej niż ona. Ja też szybko poszłam do pracy, dokładałam się do wydatków, a raz nawet zabrałam moją kochaną mamę na wakacje życia, do miasta oddalonego o jakieś 40 kilometrów. Do dzisiaj pamiętam, że wydałam na to 72 złote - za pociąg, nocleg w tanim hotelu, obiad w barze mlecznym. Pożyczyłam od koleżanki aparat, zrobiłam nam kilka zdjęć.

Obecnie mam męża, dwójkę dzieci, fajną pracę zgodną z tym, co studiowałam. Moja mama niestety kilka lat temu przegrała walkę z nowotworem, ale ostatnie lata życia spędziła nie musząc martwić się o to, czy będzie za co przeżyć kolejny dzień - i to chyba moje największe osiągnięcie.

Nikt nie wie (nawet mąż), że do dzisiaj, kiedy za nią tęsknię, robię sobie nasz niedzielny "deser" z kiepskich czasów - kawę zbożową z cukrem i zwykłą bułkę. To dla mnie najlepszy "comfort food", jaki tylko może być, nieważne, jak pełna byłaby lodówka.

#ibgR7

Opowiem wam historię mojego przyjaciela.

Tomek pochodził z niezamożnej rodziny (sam pracował na studia i z rodzicami utrzymywał neutralne kontakty – od święta ich odwiedzał, ale żadnych pieniędzy od nich nie dostawał). W trakcie studiów poznał M. Bardzo sympatyczną, mądrą i ładną niewiastę. Byli ze sobą kilka lat i oczywiście mieli plany co robić w przypadku ciąży M.
Tomek z racji bardzo trudnego zawodu twierdził, że dzieci chce mieć dopiero kilka lat po skończeniu studiów. Jeżeli wyszłaby wpadka – albo aborcja, albo adopcja. M. na to przystała, sama studiowała wymagający kierunek.

Po zakończeniu studiów nieoczekiwanie zaszła w ciążę. Pierwsza reakcja Tomka – aborcja za granicą. M. nie chciała o tym słyszeć. Miała nadzieję, że mu przejdzie. Nie przeszło. Tomek groził, że jeżeli nie usunie dziecka, to ją zostawi. M. poinformowała o tym jego rodziców, którzy zadeklarowali, że nie pomogą finansowo Tomkowi, jeżeli chodzi o alimenty (co wiązało się z porzuceniem planów przez Tomka i pójściem do pracy) oraz zostanie przez nich wyklęty.
Będąc bardzo zdesperowaną, M. zagroziła, że albo Tomek będzie z nią, albo pójdzie na policję zgłosić, że namawia ją na aborcję. Warto zaznaczyć, że Tomek kochał tę kobietę, ale jeszcze bardziej swoją przyszłą pracę, która była całym jego życiem. Czując presję ze strony rodziny, M. i groźby odsiadki, nie wytrzymał. Popełnił samobójstwo.
Po jego śmierci rodzice wyrzekli się syna i nawet nie udali się na jego pogrzeb (uważali, że nie będą na pogrzebie śmiecia i moralnego dna).

M. przez przypadek pod wpływem alkoholu wygadała się, że od dłuższego czasu nie brała tabletek i przebijała prezerwatywy. Aktualnie wychowuje dziecko przy współudziale rodziców Tomka. Ma nowego faceta i ma się świetnie.
O Tomku pamięta tylko kilku kolegów ze studiów...

#9bNGW

Stoję w kolejce po mięsko w osiedlowym markecie. Kolejka jak to kolejka, zawsze za długa, ale ma też swoją gwiazdę. Gwiazda - typowa Halynka - mówi tak głośno, że właściwie krzyczy:
- PANI, A TE KURY TO ŚWIEŻO BITE?!!!
Ekspedientka grzecznie odpowiada, ile dni wg standardów jakości marketu może upłynąć od zabicia zwierzęcia do jego sprzedaży w sklepie. Szacun, bo chyba pierwszy raz kiedy w ogóle słyszę taką informację, na ile prawdziwą - nie wiem. W sumie to nigdy nawet nie sądziłam, że taką informację można uzyskać. Halynka dalej jednak swoje:
- ALE JA SIĘ PYTAM, CZY ŚWIEŻO TA KURA BITA?!!!

I tak przez niemal kwadrans. Pani z mięsnego tłumaczy jak krowie na miedzy, że dokładnej daty nie zna, ale minimum to było tyle, a maksimum tyle. Halynka wrzeszczy coraz głośniej, pani od mięsa tłumaczy tak samo cierpliwie, kolejka rośnie, bo druga pani ledwie wyrabia. Następuje kumulacja:
- PANI, A TO ŚWIEŻSZEGO NIE MA?!!!
- Przykro mi, ale nie ma.
- ALE DLACZEGO WY JE TAK PÓŹNO BIJECIE?!!!
Ekspedientce puściły nerwy.
- A BO, PROSZĘ PANI, SINIAKI BY NIE ZESZŁY DO DNIA SPRZEDAŻY!

Halynka zamilkła, zamrugała i sobie poszła. :D

#wsa8C

Jakiś czas temu odkryłam, że mam wszawicę.
Od razu poszłam do apteki, kupiłam szampon leczniczy, w domu umyłam włosy, odczekując, jak kazali na ulotce, 15 minut.
Ale jako że włosy mam jakoś do pasa i są one gęste, nawet po kilku razach używania szamponu rezultatu ni widu, ni słychu.

Po pewnym czasie mocno się zdenerwowałam, wzięłam odkurzacz i odkurzyłam sobie głowę.
Wszy zniknęły :)

#8XdAj

Mój chłopak jest Hiszpanem, od czterech lat mieszkamy razem w jego kraju. Jego ojciec mnie nienawidzi, tylko dlatego, że nie jestem Hiszpanką. Uważa, że Polacy to brudasy i złodzieje, a ja lecę tylko i wyłącznie na kasę jego i jego syna. W ogóle ze mną nie rozmawia, jedynie obgaduje w mojej obecności, mimo że wie, iż hiszpański znam perfekcyjnie.

Oboje z chłopakiem bardzo przez to cierpimy, mój ukochany boi się zabierać mnie do swojego rodzinnego domu, próbował wielokrotnie rozmawiać z ojcem i z matką, jednak niewiele to daje. Kiedy ich odwiedzamy, zawsze staram się być miła, pomóc coś na przykład w kuchni, stosować się do ich tradycji i kultury, którą swoją drogą uwielbiam. Co dziwne, reszta rodziny w pełni mnie akceptuje i lubi, problem jest tylko z ojcem. Doszło już nawet do tego, że z mamą ukochanego spotykamy się tylko wtedy, gdy ojca nie ma w domu. Często odwiedzamy również moich rodziców w Polsce. Mówi się, że to Polacy są nietolerancyjni, a moi rodzice bardzo lubią mojego chłopaka, nauczyli się nawet podstawowych hiszpańskich zwrotów, aby się z nim dogadać, wypytują o hiszpańskie tradycje itp.

Ostatnim razem, kiedy ojciec chłopaka podczas imprezy rodzinnej obraził cały mój naród, nie udało mi się powstrzymać łez, a chłopak zrobił taką awanturę w mojej obronie, że ojciec w końcu zdradził tak długo skrywany powód niechęci. Okazało się, że jego pierwsza dziewczyna zdradziła go z Polakiem, a on nadal ją kocha i poprzysiągł sobie, że do końca życia będzie nienawidził Polaków. Teraz matka chłopaka obraziła się na zarówno na męża, jak i na mnie, bo to niby przeze mnie tatuś przypomniał sobie o pierwszej miłości. Chłopak stwierdził, że nie odezwie się do nich, póki oni pierwsi nie wyciągną do nas ręki, a ja mam poczucie winy.

#9GsFY

Moja mama przyłapała mnie na masturbacji. Żeby było ciekawiej - stanęła w drzwiach totalnie zamurowana, a ja nie przerwałam, bo już prawie dochodziłam i po prostu nie mogłam tego zrobić. Podsumowując, jeden z najlepszych orgazmów w życiu miałam na oczach własnej matki, a to, że na mnie patrzyła jeszcze bardziej mnie podnieciło.

#BOxYR

Dzień jak co dzień. Wracałem autobusem ze szkoły. Na jednym przystanku wsiada jakaś ładna (piękna!) dziewczyna, która przez brak wolnych miejsc jest zmuszona siąść obok mnie. No to jedziemy.

Pierwszy przystanek, dziewczyna dalej obok mnie siedzi. Drugi przystanek - mój - tak się zastanawiam: wysiadać czy nie? Postanowiłem jednak, że najwyżej pojadę innym busem (w takich godzinach jeździ ich w mojej okolicy pełno). Trzeci przystanek. Wysiada cała reszta ludzi, oprócz mnie i tejże dziewczyny. Spogląda na mnie.

- Nie wysiadasz? - pyta.
- Nie, ja na następnym.

Śmieje się pod nosem, a ja nie ogarniam o co jej chodzi. Jedziemy dalej. Wreszcie kierowca się zatrzymuje, ale nie widzę nigdzie znaku przystanku autobusowego. Wychodzi dziewczyna no i ja. I wtedy zamierzam do niej zagadać, gdy wychodzi kierowca (?!), najwyraźniej zdziwiony moją obecnością.

- U, a co to? Zaspało się?

Dziewczyna nie daje sobie już rady i wybucha śmiechem.

- On się chyba we mnie zakochał! - kierowca ogarnia o co się rozchodzi i również wpada w śmiech. Gdy już mnie dosadnie wyśmiał, spojrzał się na mnie jak na siedem nieszczęść i powiedział, że już mnie zawiezie do tego domu, bo tutaj nie jeżdżą żadne autobusy, to był tylko jego ostatni kurs, więc podjechał pod dom. A ta dziewczyna jest jego córką.

PS Z dziewczyną się już nie spotkałem. Niestety ojca śmieszka widuję codziennie, a on codziennie się do mnie uśmiecha.
Dodaj anonimowe wyznanie