#2wqed

Miałam brata.
Był o trzy lata młodszy i z jakiegoś powodu okropny. Rodzice traktowali nas tak samo, zawsze byli sprawiedliwi, a jednak brat od małego potrafił tylko wszystko niszczyć i wydzierać się. Nieważne, jak wiele miłości, czułości i dobra mu dawali, on ciągle chodził powykrzywiany i wkurzony. A później było tylko gorzej.
Nie dało się z nim wyjść do sklepu, kina albo nawet parku, bo zaraz zaczynał rozkładać się na ziemi i ryczeć, bo on chce inną zabawkę, bo już nóżki bolą, bo jednak woli słodycze. A jak takie zachowanie nic nie dawało, to zaczynał wszystkich bić i gryźć.
Rodzice tłumaczyli? Pluł na nich.
Grozili? Pluł na nich.
Kazali mu iść do pokoju? Zaczynał kopać w drzwi.
Były klapsy, a nawet bicie paskiem? Też podnosił na nich rękę. Raz wykorzystał to, że mama szyła coś i wbił jej igłę w rękę.
Ignorowanie? Wrzucił naszego kota pod auto.

Do dziś pamiętam, że rodzice byli załamani. Mama płakała po nocach, chudła, coraz rzadziej się uśmiechała. Za to tata czasami nie chciał wracać do domu - potrafił siedzieć przed nim albo nawet spać na ławce w parku, byleby nie musieć oglądać swojego syna.
Kiedy już tata był w domu, były też awantury - ciągle kłócił się z moim bratem. Czasami dochodziło do szarpanin, w których tata bronił się przed własnym dzieckiem, bo to w napadzie furii próbowało rozorać mu twarz paznokciami.
Kiedy brat miał 14 lat, dobierał się do mojej koleżanki (nazwijmy ją Asia). Mój ojciec musiał go siłą odciągać. Asia skończyła z podbitym okiem. Z naszego domu uciekła półnaga i wrzeszcząc, a później przestała przychodzić do nas i pomimo prób skontaktowania się z nią, nie odzywała się, a jej rodzice nie chcieli nikogo do niej wpuścić.

Rodzice zaciągnęli brata do psychologa. Tata miał dużo "okrutniejszy" pomysł, ale mama wciąż kochała mojego brata i wierzyła, że da się coś zrobić i nie trzeba go nigdzie zamykać/wysyłać itd.
Mój brat nazmyślał psychologowi, że ja się nad nim znęcam. Chociaż unikałam go, a wręcz bałam się do niego zbliżyć (a kiedy już to robiłam, to zazwyczaj obrywałam. Raz złamał mi rękę, a rodzicom kazał powiedzieć, że sama sobie to zrobiłam. Kiedy odmówiłam, wepchnął mi żyletkę do ust i prawie zmusił do połknięcia jej), to ja według niego byłam tą, która biłam, zastraszałam i zmuszałam go do robienia wielu złych rzeczy. Przez niego miałam później duże problemy, zwłaszcza z mamą, która była na tym etapie rozdarta i nie wiedziała komu wierzyć, co robić.

Rok temu w styczniu brat ukradł ojcu auto i uciekł z domu. Zmarł w wypadku, który sam spowodował, gdy pijany wracał do domu.
Może to okrutne, ale tamten dzień był najpiękniejszym dniem w moim życiu.

#GtPPp

Wiecie co? Od trzech dni cieszę japę.
Ale po kolei.

Mieszkam na wsi w domu z dużym ogrodem. Mam sporego i bardzo kochanego kota, zwykły dachowiec, całymi dniami łazi gdzie mu się podoba, a wraca jak zgłodnieje. 😆
Ogród jest na tyle duży i "ciekawy", że rzadko wychodzi poza posesję.

Pewnego dnia do sąsiadki przyjechała jej siostra. Wielka pani, madka dwóch synów. Dzieciaki poszły się bawić z tutejszymi, a madka popijała kawkę na tarasie.
Nagle słyszę wrzask. I przeraźliwe miauczenie. Okazało się, że dwa gówniaki znalazły sobie zabawę. Zabawę w przygniatanie kota (ściskanie mu boków) drzwiami od furtki, bo to przecież takie zabawne. Mój kot, niestety, przyjdzie zawołany do każdego.

W pewnym momencie udało mu się podrapać jednego z nich, więc dzieciak w odwecie kopnął kota w bok. I wiecie, co się stało?
Z domu obok wybiegł dzieciak, z którym przed chwilą się bawili, a który poszedł na chwilę do domu. Chwycił tamtego za włosy i jak nie trzaśnie nim o ziemię.
Normalnie lepsze niż Avengersi…
Oczywiście wybuchła wielka draka z madką w roli głównej.

Koniec końców rozwrzeszczana madka i jej dwa pomioty odjechały obrażone, a chłopak sąsiadów dostał ode mnie największe lody, jakie tylko były w sklepie. :)
PS Kotu nic nie jest. :)

#TKDsY

Historia o tym, jak poznałam mojego chłopaka, jest chyba najbardziej upokarzającą w moim życiu. Do tej pory nikt, oprócz nas, nie wie, jak naprawdę się poznaliśmy.

Rano, w dzień pierwszej randki z chłopakiem, z którym wtedy pisałam, dostałam potwornej biegunki. Nie będę opisywać więcej, ale lało się ze mnie co 5 minut. Za późno już jednak na odwołanie randki, więc szybko do apteki po stoperan i, myślę, jakoś to będzie. Umówiliśmy się w kawiarni, ja wyszykowana, w krótkiej sukience (było lato), koleś sympatyczny, gadka się kleiła, skowronki śpiewały, gdy nagle poczułam niebezpieczne kręcenie w brzuchu.

Wiedząc, co się święci, przeprosiłam chłopaka i szybkim krokiem udałam się do łazienki. Siedzieliśmy na zewnątrz przed lokalem, więc do pokonania miałam 3 małe schodki i drzwi. Już miałam sięgać za klamkę, gdy nagle drzwi się otworzyły i dosłownie wypadł z nich kelner. Ja, śpiesząc się do łazienki, chciałam go wyminąć, ale zrobiłam to tak nieudolnie, że potrąciłam jego tacę. Koleś się potknął i wywalił tacę na mnie, a mi w tym momencie niestety puściły zwieracze.

Wyobraźcie sobie, jak żałośnie wyglądałam, siedząc na schodach, po nogach cieknie mi rzadkie gówno, zostawiając ładną plamę zarówno na sukience, jak i stopniach, a dodatkowo moje włosy i ubranie są oblane kawą i lodami. Kelner w szoku, randkowicz dosłownie uciekł, ludzie patrzą z obrzydzeniem, ja bliska płaczu, ogólnie katastrofa. Kelner najszybciej się opamiętał, pomógł mi wstać, zaprowadził do łazienki, przyniósł z kuchni ręczniki i umył całe schody. Kiedy wyszłam z łazienki, poprosił mnie o numer, następnego dnia napisał, zaczęliśmy się spotykać i od dwóch lat jesteśmy w szczęśliwym związku. :) Teraz z całej sytuacji się śmiejemy, żartując, że widział mnie już w takim stanie, że nic go już nie przerazi, ale wtedy nie marzyłam o niczym innym, niż zapaść się pod ziemię.

#kN5T2

Kolekcjonuję broń białą. Głównie noże i sztylety, ale w swojej kolekcji mam również m.in. halabardę. I o halabardzie będzie to wyznanie.
Zaznaczę jeszcze, że nie ostrzę mojej broni (chociaż jest to możliwe), po prostu cieszę się ładnymi replikami.
Sytuacja życiowa zmusiła mnie do przeprowadzki na wieś, do domu rodzinnego. To jedna z tych wsi, w których wszyscy wszystkich znają, a drzwi są wiecznie otwarte, bo przecież "kto nas okradnie?".

Rodzice wyszli na jakiegoś grilla - który przeciągnął się do późnych godzin nocnych - a ja zostałam sama. I nagle słyszę, że ktoś wchodzi do domu. W pierwszej chwili pomyślałam oczywiście o rodzicach, ale usłyszałam hałasy (trzask drzwi, przewrócony stolik w korytarzu) i pijacki bełkot, co nie pasowało do moich rodzicieli. Wyjrzałam z pokoju, a tam jakiś obcy, pijany facet! Zobaczył mnie i zaczął iść w moim kierunku, niewyraźnie coś mamrocząc pod nosem. Wystraszyłam się, chwyciłam halabardę i z okrzykiem bojowym wyskoczyłam na korytarz. W pierwszej chwili faceta zamurowało, a potem... posikał się i uciekł.

Rano dowiedziałam się, że to osiedlowy pijaczyna, pan Zdzisiu, który albo się pomylił, albo szukał alkoholu. W każdym razie niegroźny.

Rodzice są na mnie wkurzeni, bo narobiłam im wstydu. Sąsiedzi uważają, że jestem groźną psychopatką (ich dzieci nawet nie mogą przechodzić obok naszego domu). Pan Zdzisiu jest oburzony, że "rzuciłam się na niego z kosą". Wszyscy zgodnie twierdzą, że jestem głupia, bo przecież "kto miałby u nas we wsi kraść?".
Mam nadzieję, że moja sytuacja życiowa szybko się poprawi, bo nie mam tutaj życia...

#8P0v1

Myśleliście, że pracownik ma w korporacji jakiekolwiek prawa? Że ktoś go obroni? Ja przez jakiś czas byłam taka naiwna...

Po 1,5 roku mojej pracy w tej firmie odeszła moja bezpośrednia przełożona - cudowna kobieta, bardzo zaangażowana w pracę, ale w końcu nie wytrzymała nerwowo. Po tygodniu pracy z nową przełożoną P. zaliczyłam rozmowę dyscyplinującą, bo... jestem za młoda, by pracować jako samodzielny specjalista i mam poważnie przemyśleć, czy nie chciałabym może spróbować swoich sił jako stażystka w naszym dziale (na zleceniu za 2,5 raza mniejszą stawkę niż aktualna), a obecna przy tym kobieta z kadr w ogóle nie zareagowała na ten tekst. Do P. jakby nie dotarło, że pracowałam jako specjalista od 20 miesięcy. Po tej rozmowie potrafiła mi stać nad głową całymi dniami i co 5 minut pytać co i jak robię, byleby tylko znaleźć jakąś pierdołę, którą ona robi inaczej, a inaczej=lepiej, co dowodzić miało mojej niekompetencji.

Po pół roku, kiedy żadne leki na uspokojenie mi nie pomagały, miarka się przebrała. Zebrałam dowody (kilka czy kilkanaście maili, kilka godzin nagrań dyktafonem) i zwróciłam się z nimi do szefowej działu - usłyszałam, że jestem przewrażliwiona i może faktycznie sobie nie radzę... Z tym samym poszłam do kadr, gdzie z kolei dowiedziałam się, że odnoszenie się do pracownika per "niedouczona gówniara" to widocznie styl kierowniczy szefowej i każdy ma prawo czasem reagować nerwowo. W związkach zawodowych powiedzieli, że nie pomogą, bo przełożona jest protegowaną dyrektora generalnego naszego oddziału i jest nie do ruszenia.

Byłam u prawnika, jutro składam wypowiedzenie wraz z kopią pozwu do sądu pracy. Trzymajcie kciuki.

#jxSXc

Uwierzcie mi, chciałabym, żeby moje wyznanie było wymyślone. Nie wie o tym nikt, a ja się tego bardzo wstydzę i gdybym mogła się przenieść w czasie, to powiedziałabym młodszej mnie, że będę tego żałować!

Gdy popularne stały się komunikatory, tzw. czaty na Onecie i Wp, to jako młodziutkie dziewczątko używałam ich do poznawania nowych ludzi. To były czasy, że kręcili się tam normalni ludzie i nie było tylu zboczeńców co teraz (widać to po dzisiejszych zboczonych nickach, a kiedyś takich nie było).
Poznałam tam chłopaka, który zaproponował mi 50 zł za dotykanie moich nóg w rajstopach. Napisał, że kręcą go nogi w rajstopach i wiecie co? Zgodziłam się... Dla mnie wtedy 50 zł to było baardzo dużo, a co może być aż tak złego w dotykaniu nóg, i to jeszcze w rajstopach?

Umówiłam się z nim, okazał się ok. 30-letnim, długowłosym i chyba niebrzydkim facetem. Poszliśmy do schowka w moim bloku. Schowka, który był przypisany do mieszkania moich rodziców. I jak się pewnie domyślacie, na samym dotykaniu nóg się nie skończyło... Facet wyciągnął penisa i chciał, żebym go tam dotknęła. Wziął moją rękę i pokierował tak, żebym ścisnęła mu penisa. Zrobiłam to, ale wtedy poczułam się dziwnie i zdecydowałam się zakończyć to spotkanie.
Miałam więcej szczęścia niż rozumu, bo facet grzecznie wyszedł... I tak, dostałam te 50 zł.
Było to najdziwniejsze i najbardziej wstydliwe zdarzenie w moim życiu.

#LYRdf

Bardzo nie lubię tańczyć. Jest to wręcz niechęć granicząca z odrazą. Nigdy nie lubiłem i nie polubię.Trudno, nie afiszuję się z tym, siedzę cicho, nie chodzę na imprezy i dyskoteki, bo nie mam ochoty psuć ludziom zabawy. W pełni rozumiem, że ludzie uwielbiają tańcować i nie przeszkadzam im, szanuję to, jednakże to nie znaczy, że oni też dali mi święty spokój. Zawsze odmawiałem tańczenia na weselach. Uwierzcie mi, że tłumaczenie ludziom, że "nie chcę, nie potrafię i nie lubię tańczyć" to jak rzucanie grochem o ścianę. Do ciotek, kuzynek i całej reszty widocznie nie dociera szokująca informacja, że na świecie uchował się taki wybryk natury jak ja, bo przecież "Jak można nie lubić tańczyć?! Chodź, zatańczymy, przejdzie ci".

W podstawówce był zwyczaj robienia układów tanecznych na imprezę choinkową całą klasą. Ja jako jedyny odmawiałem występu i choćby uczestniczenia w próbach. Na nic zdawały się prośby i tłumaczenia, że czuję wstręt do tańca. Wuefistka zmuszała mnie do brania w próbach udziału, nawet wtedy, gdy byłem zalany łzami i trząsłem się z histerii. Dała mi spokój w czwartej klasie, kiedy pochorowałem się ze stresu i wreszcie powiedziałem mamie o wszystkim. Na koniec każdej klasy i tak miałem odejmowane punkty z zachowania, za brak wsparcia dla klasy.

W gimnazjum na zakończenie klas trzecich mieliśmy tańczyć poloneza. Już wcześniej poinformowałem panią od etyki, że nie będę brał w nich udziału, gdyż nie lubię tańczyć i nie chcę sprawiać kłopotu. No cóż... nie przyjęła tego do wiadomości. Raz nawet powiedziała, że gardzi takimi, co nie potrafią tańczyć i "chłop, co nie tańczy, to na pewno jakiś homoś czy co". Podwójnie mnie to zabolało, nie powiem. Bardzo chciałem jakoś jej się odpłacić za dwa miesiące obrażania mnie, więc wpadłem na pewien pomysł. Udawałem, że dałem za wygraną i choć mnie mdliło, brałem udział w tych próbach (koleżankę z pary poinformowałem wcześniej o swoim zamiarze, zaaprobowała go bardzo entuzjastycznie).

Wielki dzień, wszyscy rodzice, nauczyciele, goście i uczniowie na sali gimnastycznej. Wkracza nasza klasa w rytm poloneza, a jako ostatnia para... ja z wielkim, kartonowym plakatem z napisem "Gardzę tańcem, jak pani X moją osobą".

Takiego aplauzu od uczniów nigdy się nie spodziewałem (nie za bardzo lubili tę kobietę). Potem parę osób podeszło do mnie i pogratulowało kreatywności, a pani X się zapowietrzyła i gdzieś uciekła.

Nadal nienawidzę tańczyć, ale już nikt mnie do tego nie zmusza. Na koniec dodam, że wielu ludzi kocha taniec, ale powinni też uszanować wolę tych, którzy go nie lubią.
Pozdrawiam i miłego dnia :)

#K9I2F

Jestem uczciwa - nie łamię prawa, płacę podatki, nawet mandatu nigdy nie dostałam.
Aż do niedawna.

W sklepie zobaczyłam sukienkę. Najgenialniejszą, najpiękniejszą, dokładnie taką, zawsze chciałam mieć. Niestety, nie było mnie stać. Wrodzona niechęć do długów nie pozwoliła mi się zapożyczyć. Ale, cholera, za tę sukienkę dałabym sobie odciąć rękę. Zamroczyło mnie, musiałam ją mieć.

Opracowałam plan. Znalazłam wszystkie kamery w sklepie, rozrysowałam ich rozkład. Wiedziałam, gdzie nie iść.
Przebrałam się w ciuchy, których nigdy nie noszę, zrobiłam zupełnie inny makijaż niż zwykle, przefarbowałam sobie włosy, żeby nikt mnie nie rozpoznał.
W sklepie wzięłam całe naręcze ubrań. Moja sukienka wisiała jednak w zasięgu kamer. Nie chciałam, żeby był dowód, że ją wzięłam. Poza kamerami spytałam zmienionym głosem nową sprzedawczynię, czy jest sukienka, którą jej opisałam. Udało się, przyniosła mi ją.
Schowałam ją pod naręczem ubrań. W przymierzalni był tłum, prześlizgnęłam się bez brania numerka. Sukienkę składam, chowam pod kurtkę. Resztę ciuchów odkładam na miejsca.

Moment prawdy - bramki z alarmem. Udaję, że coś oglądam, czekam, aż będzie wychodził ktoś z mnóstwem zakupów. Takim często nie rozmagnesują czegoś. Przechodzę przez bramki jednocześnie z obładowaną kobietą. Włącza się alarm, ona się zatrzymuje, czeka na ochronę. Ja spokojnie idę dalej, przecież nic nie kupiłam. Udało się, nikt mnie nie goni.

Serce mi wali, idę do autobusu. Przekonana, że śledzą mnie wszystkie satelity i służby porządkowe świata, przesiadam się 4 razy i dojeżdżam do lasku pod miastem. Chowam się w krzakach. Narzędziami zdejmuję zabezpieczenia z sukienki i rozbijam na kawałki. Rozrzucam je po okolicy. Pewnie rozwalając ten plastik uruchomiłam wszystkie alarmy świata, więc łapię szybko autobus i wracam do domu. Zdejmuję przebranie. Miałam moją sukienkę.


Tamtego wieczora, pewna, że zaraz zapuka do mnie policja, wypiłam pół litra czystej. Przez tydzień bałam się własnego cienia. Ale uszło mi to na sucho.

Raz w życiu coś zwędziłam, minęło pół roku, a nadal o tym myślę.

#0hTqb

Pierwszego dnia po przeprowadzce do mieszkania kupionego "pod klucz" postanowiłam od razu przetestować prysznic, podekscytowana jak dziecko (w poprzednim mieszkaniu mieliśmy tylko wannę). Nawet nie zdążyłam dobrze obejrzeć półeczek zamontowanych na ścianie. Pech chciał, że się - kolokwialnie mówiąc - wypieprzyłam. Centralnie na zadek, gdzie później nosiłam pięknego, soczystego siniaka.

Bilans strat? W sumie siedem szwów, jeden palec kiepsko mi się zgina, rozbita ścianka od prysznica, kilka pękniętych kafelków, krew wżarta w fugi (domywaliśmy to pół roku). Oprócz tego - oberwana umywalka, której próbowałam się złapać, zanim wpadł mąż. Umywalka pociągnęła za sobą na dno kilka kafelków. Mąż natomiast, nie mogąc dostać się do łazienki, w przypływie adrenaliny po prostu zdewastował zamek. Jakby tornado przeszło.

Dostaliśmy za to odszkodowanie od firmy, która wykańczała mieszkanie. Fachowiec stwierdził, że wyposażenie łazienki było wadliwe, materiały bez atestów, brodzik też jakiś nie ten - nie pamiętam już dokładnie.

Najważniejsza jest anonimowa część: to nie były żadne wady porcelany łazienkowej. To po prostu kurki w nowym prysznicu kręciły się w odwrotną stronę niż w starym - i ja, chcąc zakręcić zimną wodę, przez przypadek odkręciłam ją do oporu. Był to taki szok, że przewróciłam się i zniszczyłam pół łazienki.

Nie wie nikt - teraz Wy. Nie podkablujecie mnie nikomu - mąż nie czyta anonimowych, rodzina zna inną wersję mojego wypadku, sprawa z ubezpieczeniem jest prawnie przedawniona.
Pozdrawiam, jednoosobowy zakład wyburzeniowy :)
Dodaj anonimowe wyznanie