Pewnego razu w niedzielę handlową wybrałam się na szybkie zakupki. Jak się domyślić można kolejki do kasy były olbrzymie, a ludzie mieli zakupów na pół taśmy. Kiedy zajęłam miejsce i dzielnie czekałam na swoją kolej do skasowania, usłyszałam taki dialog starszego małżeństwa (mężczyzna ogólnie cały czas marudził):
- Ja nie wiem ileż można czekać! Jakie łosie robią zakupy w niedzielę o tej godzinie!
- No my.
I tak kolejne 10 minut nie usłyszałam już ani słówka z ust dziadziusia. :) Chyba go zatkało.
Jak co roku Wielkanoc spędziliśmy u mojej babci. Wszystko wyglądało jak zwykle, aż do momentu, kiedy moja mama niespodziewanie oznajmiła, że wracamy do domu. Od tego czasu nie odwiedziliśmy babci ani razu. Teoretycznie nie wiem, co się stało, w praktyce - wiem doskonale.
Będąc u babci, udałem się na stronę, a że babcia ma bardzo dziwny układ mieszkania i cienkie ściany, doskonale słyszałem o czym rozmawiała z mamą. Zainteresowałem się tą dyskusją, kiedy usłyszałem moje imię. Mama żaliła się babci, że mam problemy z nauką, a zbliża się koniec gimnazjum i trudny wybór szkoły itp. Babcia wtedy odpowiedziała, że widocznie mam złe geny.
To, co usłyszałem chwilę później, zapamiętam do końca życia. Babcia powiedziała: "takiego sobie wybraliście, nie wasza wina, skąd mogliście wiedzieć".
To chyba nie pozostawia wiele miejsca na wątpliwości. Jej dalsze słowa tylko upewniły mnie w tym, że jestem adoptowany. Mama odpowiedziała jej z klasą, że nie ma zamiaru dyskutować z nią na ten temat, zwłaszcza w święta. Dodała jeszcze, że to nie jej sprawa. Wtedy też pojechaliśmy do domu.
Od jakiegoś czasu mam zamiar powiedzieć rodzicom, że wiem, ale zawsze, gdy chcę już to zrobić, brakuje mi odwagi.
Dwa lata temu byłyśmy z przyjaciółką na cmentarzu i znalazłyśmy mój nagrobek.
To był grób dziecięcy. Było na nim moje nazwisko i data urodzenia, a data śmierci z tego samego dnia, tego samego roku.
Do dziś zastawiam się nad sensem tego co widziałyśmy. To małe miasteczko. Jakie jest prawdopodobieństwo, że tego samego dnia co ja urodziła się i zmarła jakaś dziewczynka, nazywająca się tak jak ja? Mam dreszcze.
Gdy chodziłem do zerówki, razem z rówieśnikami zauważyliśmy, że są różne wzorki na sztućcach. Niby nic, ale średnio na 25 osób tylko 3 miały z małą koroną. W związku z czym ten kto ma akurat np. widelec z koroną jest królem! Chęć posiadania właśnie widelca z koroną przerodziła się w rywalizację o miejsce właśnie z tym widelcem, więc gdy już stół był nakryty, a jakaś zabawa jeszcze trwała, to każdy patrzył kątem oka gdzie jest ten królewski widelec lub łyżka i chciał tak się ustawić, aby na słowa "siadamy do stołu" zająć wymarzone miejsce. I było tak za każdym :).
Ja jednak chciałem mieć królewski widelec tylko dla siebie, więc wyczekałem momentu, gdy nikt nie będzie patrzył, zabrałem widelec i schowałem między zabawki. Później usiadłem na innym miejscu, a tam ktoś zgłosił, że brakuje jednego widelca, co każdy wziął za błąd pani kucharki. Gdy już miałem jechać do domu szybkim ruchem wsunąłem widelec w spodnie, tak aby gumka od spodni go dociskała i żeby nie wypadł. Już w trakcie drogi z zerówki do samochodu babcia zauważyła, że idę jakoś skrzywiony (a to dlatego, że widelec się poluzował). Babci powiedziałem, że to dlatego, że mnie brzuch boli, i jakoś do domu dojechałem.
Później nikt nie wiedział skąd się wziął zupełnie inny widelec w domu, a ja mogłem być królem codziennie.
Mam poparzoną rękę i od niedawna pracuję w miejscu, gdzie muszę nosić koszulkę z krótkim rękawem, co ani dla mnie, ani dla przełożonych nie stanowi problemu.
W naszym zespole jest Monika, która ma podobny defekt do mojego. Pewnego dnia przed rozpoczęciem zmiany siedziałyśmy w pokoju wypoczynkowym i wymieniałyśmy się doświadczeniami związanymi z bliznami. Rozmowie przysłuchiwał się kolega, Tomek, który postanowił pocieszyć Monikę, opowiadającą o tym, jak w wieku nastoletnim chodziła w upalne dni w swetrach, bo wstydziła się swojego wyglądu; miałam dokładnie tak samo, czym się z nią zresztą podzieliłam. Tomek powiedział jej coś, co sama bardzo chciałabym kiedyś usłyszeć – żeby się nie przejmowała, bo pomimo tych blizn wygląda świetnie. Trochę poczułam żal, że tylko jej tak dodał otuchy, ale jako posiadaczka supermocy bycia niewidzialną dla mężczyzn nie ubolewałam nad tym jakoś bardzo – zdążyłam się przyzwyczaić, a zresztą dopiero się poznaliśmy. Prawdziwą przykrość sprawiło mi to, co zdarzyło się parę dni później.
Spędzałam przerwę z tym samym kolegą. Najpierw uświadomił mnie, że zapomniał jak mam na imię – w sumie to moja codzienność, mężczyźni nie zawracają sobie głowy zapamiętywaniem mnie. Po chwili zauważył, że moja ręka wygląda nietypowo, zapytał co mi się stało, opowiedziałam więc skrótowo jak doszło do wypadku.
Czy usłyszałam standardowo wypowiadane w takiej sytuacji przez ludzi słowa, że ojej, jak to przykro, musiało bardzo boleć, albo cokolwiek neutralnego? Nie. Popatrzył z obrzydzeniem, zaczął wodzić palcem tuż nad moimi bliznami, po czym powiedział: „Boże, ta rana wygląda okropnie... Nawet mnie przebijasz pod względem ran, he, he” [pracujemy w gastronomii, gdzie łatwo o oparzenia] i pokazał mi swoje praktycznie gładkie ręce. Zbił mnie z tropu, po chwili zbierania myśli powiedziałam, że to trochę chamsko powiedzieć coś takiego kobiecie, ale chyba nawet mnie nie usłyszał, po prostu się odwrócił i poszedł.
Teksty koleżanek, że powinnam zakryć blizny tatuażem, nie zabolały tak bardzo jak to. Do tej pory jakoś akceptowałam tę swoją cechę, postanowiłam nie wykonywać już więcej żadnych zabiegów poprawiających wygląd skóry, byłam z siebie bardzo dumna na studniówce, kiedy zrzuciłam bolerko i zatańczyłam poloneza bez niego (swoją drogą, i tak wycięto fragmenty, gdzie widać tę gorszą połowę mojego ciała). A takie słowa od mężczyzny sprawiły, że ta moja budowana latami samoakceptacja porządnie się zachwiała.
Za chwilę wychodzę do pracy i zastanawiam się, czy wszyscy mężczyźni – koledzy z pracy i goście, których obsługuję – czy oni myślą tak samo, że wyglądam obrzydliwie... I wątpię, że w ogóle spotkam kiedyś takiego księcia, który powie, że pomimo tych blizn jestem fajną dziewczyną.
Trzy miesiące temu wziąłem ślub. Oczywiście kumple zorganizowali mi kawalerski, wiadomo, tradycja.
Pracuję w dużym korpo, tematy finansowe. Dziś poznałem córkę mojego przełożonego. Wiedziałem, że skądś znam tę twarz... To była jedna ze striptizerek.
Teraz za każdym razem kiedy go widzę zastanawiam się, czy wie.
Zatrudniłam się jako stewardessa. Na początku dokuczał mi problem ze snem, ze zmianami czasowymi. Po kilkunastogodzinnym dniu pracy dostałam wiadomość, że pracuję też dnia następnego, zaczynam skoro świt, bo koleżanka wypadła nagle z grafiku a ja akurat byłam w tym mieście.
Zaspałam.
Nic dziwnego?
Poczekali. :D
Mój mąż uwielbia rybki. Kiedyś kupował roślinki do akwarium na jednym z serwisów online, odbiór osobisty w prywatnym mieszkaniu. Policjanci akurat schodzili w dół kamienicy, kiedy mąż stał w drzwiach i przedstawiał się: „dzień dobry, ja po zielone, z ogłoszenia”. Wyobraźcie sobie miny policjantów, którzy postanowili na niego poczekać na dole i go zrewidować.
Zdradzę Wam mój sekret, o którym do tej pory wie tylko kot.
Za każdym razem, gdy mam pewność, że przez dłuższy czas będę sama w domu - np. gdy mój mąż i synek urządzają sobie męski wyjazd na ryby - ubieram się w intensywnie kolorowe ciuchy, czeszę sobie kitki jak mała dziewczynka i zamykam w sypialni.
Tam przed lustrem tańczę i śpiewam na głos piosenki Arki Noego.
Nigdy oficjalnie się do tego nie przyznam.
Mam 32 lata i na co dzień pracuję jako księgowa.
Jestem sprzątaczką w europejskim kraju.
Sprzątam w prywatnych domach i nie narzekam na swoją pracę, wręcz bardzo ją lubię. Wiem, że mój zawód ma złą sławę i wiele koleżanek po fachu ma naprawdę przerąbaną sytuację, a być może to tylko ja tak szczęśliwie trafiłam, jednak chciałam ukazać, że nie każdy pracodawca jest takim stereotypowym, złym i chamskim bałaganiarzem.
Moi klienci są bardzo bogatymi ludźmi. Są wśród nich m.in.: para polityków, właścicielka sieci knajp, właścicielka banku, dyrektor jakiejś firmy technologicznej, dyrektorka kanału telewizyjnego, projektanci wnętrz... i inni pracujący w dość prestiżowych zawodach.
Wszyscy mają czyste domy, szczególnie pod względem "ogarnięcia" rzeczy, żeby leżały na swoim miejscu. Jest im bardzo głupio, kiedy nie zdążą posprzątać domu przed sprzątaniem...
Wszyscy mają masę zajęć, łącznie z ich dziećmi. Dzieciaki mają w pokojach wszystko - gry, książki, instrumenty, puchary za osiągnięcia sportowe. Rodzice mają mnóstwo książek z dziedziny biznesu, zarabiania pieniędzy, celów życiowych, poprawy charakteru, biografie inspirujących ludzi... i naprawdę je czytają, bo co tydzień lub dwa widzę zmieniające się tytuły na stolikach nocnych.
Wszyscy dbają o relacje ze swoimi dziećmi. Grają z nimi w planszówki, gotują, idą na basen, weekendy i święta spędzają tylko z nimi.
Wszyscy szanują mój czas i płacą w terminie, czasem rzucają coś ekstra. Na święta dostaję prezenty. Mogę pić kawę, jeść słodycze, a nawet po prostu wziąć cokolwiek z lodówki, jeśli jestem głodna.
Nikt nie dał mi nigdy odczuć, że ja tu tylko sprzątam. Naprawdę interesują się moim życiem i zawsze dziękują za pracę - choć może to tylko ich umiejętność prowadzenia konwersacji. Nie wnikam, jest miło i tyle. :)
Czy mam powód do narzekania? Zapewne, bo to w końcu SPRZĄTANIE, wstyd i hańba. Czasem słyszę komentarze o tych osławionych już osranych, cudzych kiblach, ale... jestem honorową księżniczką, jedną ręką sprzątam, a drugą trzymam koronę. :)
Dodaj anonimowe wyznanie