Pracuję jako fryzjerka. Ostatnio przydarzyła mi się komiczna sytuacja, jak z jakiegoś kawału, tyle że naprawdę.
Wchodzi 10-, 11-letni chłopczyk z panem (jak myślałam, kimś z rodziny). Okej, chłopczyka mam ostrzyc i nic więcej. W trakcie roboty pan zapytał, czy może skoczyć do bankomatu, zgodziłam się, bo jest dosłownie parę metrów dalej. Czekam, czekam i nic. Robotę skończyłam i zaczęłam się już stresować (panu mogło się coś stać). Zaczęłam wypytywać chłopczyka, a ten trochę kręcił, wyglądał na rozbawionego i mówi, że to nie był jego tatuś, tylko obcy pan zaproponował strzyżenie za darmo. Ja w szoku, nie wiem co powiedzieć... W końcu wydarłam od niego numer do rodziców, na szczęście odebrali telefon, przyjechali po niego i zapłacili przepraszając.
Po jakimś tygodniu przyszedł ten pan z kwiatami i przeprosił. Okazało się, że wyczytał to gdzieś w Internecie i razem z chłopczykiem (który był jego siostrzeńca) postanowili zrobić taką akcję... Domyślam się, że moja mina była bezcenna.
Był czas, że pracowałem i jednocześnie studiowałem zaocznie w mieście oddalonym o 70 km.
Żeby było taniej, w czasie zjazdów nocowałem u kumpla. Zresztą często zajęcia kończyły się po ostatnim autobusie powrotnym.
I to był jeden z takich dni. Wracaliśmy nocnym z zajęć, kiedy na przystanku wsiadło dwóch bandziorów z owego czasu: adasie na nogach, ortalionowe spodnie, skórzane kurtki i tona złota w formie różnych łańcuchów. W autobusie tylko ja, mój kumpel, u którego nocowałem i kierowca. Panowie podeszli i grzecznie poprosili, żebyśmy wyskoczyli z fantów.
Mój kolega sięgnął prawą ręką do lewej kieszeni (nie wiem dlaczego to nie wydało się oprychom podejrzane. Naprawdę nie wiem...), po czym ją wyprostował. Jeden z panów bezwładnie obalił się na ziemię, gdzie zaczął brudzić krwią podłogę. Kolega miał w ręku pałkę teleskopową.
Przez chwilę zapadła taka cisza, że myślałem, że silnik przestał działać i autobus stoi w miejscu. Po chwili jednak autobus naprawdę się zatrzymał na najbliższym przystanku. Kierowca otworzył drzwi, pomimo że nikogo na przystanku nie było, i grzecznie poczekał, aż pan przytomny wywlecze pana krwawiącego z autobusu, zostawiając za sobą malowniczy krwawy ślad.
Wysiedliśmy na swoim przystanku jakieś 10 minut później.
Nie słyszałem o żadnych doniesieniach w mediach o tym zdarzeniu, żadne służby nas nie szukały, nikt się nie mścił.
U mnie w domu nie mogę mówić do rodziców np. "podaj", muszę mówić "czy może mi mama podać", nie mogę też mówić "chodź", tylko "czy może mama/tata podejść" albo "tata, może już tata przyjść". To jest okropne, czasem w jednym zdaniu muszę mówić użyć słów mama/tata (gdybym tak nie powiedziała, uznane by to było za brak szacunku).
Czasem wychodzą zdania typu "czy może mama kupić X, bo ja nie mogę z mamą jechać do sklepu". Mam 22 lata i mam 3 dorosłych braci. Każdy z nas musi tak mówić. Kiedyś znajoma rozmawiała z mamą przez telefon i powiedziała "to otwórz garaż", byłam w szoku, że mówi do mamy tak bezpośrednio, u mnie musiałabym powiedzieć "może mama otworzyć garaż".
Miałam 16 lat, gdy przyszedł na świat mój brat. W ten dzień czułam, jakbym to ja urodziła dziecko. Wiedziałam, że to ja będę się nim opiekowała i że muszę go chronić. Niestety przed naszą matką.
Odkąd pamiętałam w domu było piekło. Melina zmieniała się choć na chwilę w normalny dom tylko przed wizytą pani z MOPS-u. Co chwilę inny "tatuś" w domu, wizyty znajomych zakrapiane alkoholem, bicie, wyzywanie od najgorszych, przypalanie mojego ciała papierosami czy dawanie mi piwa dla zabawy przy kolegach było codziennością. Nie raz musiałam chodzić po różnych innych "domostwach" tego typu i szukać matki, gdy nie wracała po 22 do domu, bo bałam się zostawać sama w nocy, albo spać w zamkniętej łazience, żeby nie dobierał się do mnie kolejny kolega matki, która w tym czasie spała pijana lub naćpana.
I do takiego domu trafiło niewinne maleństwo. Matka całą odpowiedzialność za dziecko od razu zrzuciła na mnie. Wiele razy nie szłam do szkoły, tylko zostawałam w domu, bo na przykład dziecko było chore. W końcu brat zaczął nazywać mnie mamą. Zajmowałam się nim najlepiej jak umiałam.
Gdy skończyłam technikum, poszłam do pracy, znalazłam kawalerkę i wystąpiłam o bycie matką zastępczą. Sprawę wygrałam, a nasza rodzicielka skwitowała to słowami - w końcu mam tego bachora z głowy.
Kiedy ktoś pyta, czy to moje dziecko, to zawsze odpowiadam, że tak.
Wiedziałam o tym już w dniu jego narodzin.
To była trzecia klasa szkoły podstawowej, zielona szkoła, byłem w pokoju razem z 4 kolegami. Byliśmy tam przez tydzień, więc były wyznaczone specjalne dni, w których mieliśmy odkurzać i sprzątać nasze pokoje. Gdy przyszedł czas na nas, jednemu z kolegów wpadł do głowy pomysł żeby wessać sobie rurą od odkurzacza swoje przyrodzenie. Gdy pierwszy bardzo podniecony skończył, pozostali po kolei zabawiali się z odkurzaczem (jakkolwiek to brzmi), a ja stałem w drzwiach i patrzyłem, czy ktoś nie idzie. Doszło do tego, że "odkurzaliśmy" codziennie.
Kiedyś to, k...a, było.
Jestem po dwóch operacjach i mam blizny wzdłuż ręki. Dzisiaj w sklepie jakaś wredna baba zaczęła się drzeć, że skoro mi nie wyszło samobójstwo, powinnam spróbować jeszcze raz.
Mam znajomego z pracy, pracujemy w dwóch różnych działach, czasami (trzy, cztery razy w miesiącu) wracamy razem tramwajem i gadamy o pierdołach, pracy i życiu.
I tak od czterech lat.
Jest tylko jeden problem.
Nie pamiętam, jak ma na imię.
Serio. Nie mam pojęcia.
Pewnie przedstawiał się na początku, ja zapomniałam, a teraz mi głupio zapytać kogokolwiek, a tym bardziej jego.
Na początku roku straciłam bliską mi osobę. Nie potrafiłam poradzić sobie ze stratą, całymi dniami siedziałam na kanapie wgapiając się w przestrzeń. Pod koniec kwietnia koleżanki zaprosiły mnie do kina. Zgodziłam się, chociaż wcale nie miałam na to ochoty. Wychodząc z domu przewróciłam i rozdarłam sukienkę. Uciekł mi przez to autobus, więc musiałam wydać niemałą ilość pieniędzy na taksówkę, żeby nie spóźnić się na film. Idąc do kina postanowiłam poprawić sobie humor kupując kwiaty. Gdy weszłam, koleżanek jeszcze nie było. Okazało się, że wszystkie trzy będą spóźnione. Kupiłam bilety i uświadomiłam sobie, że podczas seansu kwiaty będą mi przeszkadzać. Zapytałam pierwszą napotkaną osobę z obsługi, czy może je gdzieś dla mnie przechować. Dziewczyna okazała się niezwykle uprzejma, wyjaśniła komu je zostawić i gdzie potem odebrać (sama nie mogła ich wziąć, ponieważ sprawdzała bilety). Jej koleżanka nie była tak miła, z niekrytą irytacją wzięła kwiaty i oznajmiła, że wychodzi z pracy, więc nie wie, co się z nimi potem stanie.
Wróciłam do holu głównego, żeby poczekać na koleżanki. Bileterka zaoferowała, że wpuści mnie na film, a bilety dla koleżanek przekaże im, gdy się pojawią, ale postanowiłam na nie zaczekać. Kolejne dwadzieścia minut spędziłam rozmawiając z nią. Mimo młodego wieku wydawała się niezwykle inteligenta, poleciła mi kilka filmów na przyszłość, opowiedziała parę zabawnych anegdotek. Potem pojawiły się koleżanki i udałyśmy się do odpowiedniej sali.
Wychodząc, poszłam odebrać kwiaty. Okazało się, że bileterka włożyła je do wody, żeby nie zwiędły. Niby drobny gest, ale niesamowicie mnie rozczulił. Potem nie wiedzieć czemu zwierzyłam się jej z tego, co mnie od dłuższego czasu męczy, choć nie jestem specjalnie wylewna. Bileterka uścisnęła moją dłoń i powiedziała: "Nic nie trwa wiecznie. Ból też kiedyś się skończy, a wtedy dostrzeże pani, że nawet cierpienie ma sens".
Czemu o tym piszę? Otóż na kilka dni przed tym wyjściem postanowiłam, że nie chcę już dłużej żyć. Wyjście z koleżankami miało być formą pożegnania z nimi, a bezinteresowny gest całkowicie obcej osoby sprawił, że postanowiłam spróbować dać życiu szansę. Tak więc, jeśli to czytasz bileterko, chcę Ci powiedzieć, że mnie uratowałaś. Dziękuję.
Początek tego roku.
Zaczynam się spotykać ze wspaniałą dziewczyną. Od początku pokochałem jej charakter, jest dobra, miła, mądra i ładna. Rozmawiamy ze sobą o wszystkim, oglądamy razem seriale, gotujemy kolacje i chodzimy na spacery. Asia świetnie dogaduje się z moją mamą, nawet chodzą razem na zakupy. Jedyne, co mnie martwi, to że Asia nie znosi mojego najlepszego przyjaciela. Rafał jest trochę specyficzny, dość trudny w kontaktach, niezbyt towarzyski, ale znamy się całe życie i skoczyłbym za nim w ogień.
Jakiś czas później.
Asia chce spędzać ze mną każdą wolną chwilę. Przychodzi na moją uczelnię, do pracy, nawet na wieczorne treningi z chłopakami. Czasem przynosi kanapki, a czasem po prostu chce mnie zobaczyć i wrócić ze mną do domu. Niby miłe, ale zaczynam czuć się osaczony. Asia kontroluje to, co robię i z kim, więc proszę, aby dała mi więcej swobody.
Asia robi się coraz bardziej zazdrosna. Chce, żebym spędzał czas tylko z nią, rozmawiał tylko z nią, najlepiej patrzył tylko na nią. Dla niej opuszczam niektóre swoje zajęcia i przestaję wychodzić z kumplami. Z Asią spędzam każdą wolną chwilę, przez co zaniedbuję moją przyjaźń z Rafałem.
Dalej leci standard, historia jakich wiele przewinęło się przez tę stronę. Sceny zazdrości, ciągłe kontrolowanie, a w centrum – ona.
Zeszły piątek.
Po wielu tygodniach w końcu udało mi się umówić z Rafałem. Męski wieczór we dwóch, jak za dawnych czasów. Cieszę się na spotkanie, bo dawno się nie widzieliśmy. Pół godziny później słychać dzwonek do drzwi. Asia stoi z winem i sałatką w plastikowym pojemniku. Wchodzi do środka i od progu:
- Kochanie, czas na romantyczny wieczór!
Dobrze wiedziała, że spotykam się z Rafałem, ale nawija swoje:
- A to nie możecie się spotkać kiedy indziej? Zobacz, kochany, zrobiłam twoją ulubioną sałatkę. Rafał, ty już chyba wychodzisz.
Mówię stanowczo, że umówiłem się z Rafałem i ona o tym wiedziała, więc Rafał nigdzie nie wychodzi.
I jej jedyny argument:
- Ale to ja jestem twoją dziewczyną!
Asia przestaje być miła, robi mi wyrzuty, że w ogóle mi na niej nie zależy i nie chcę z nią spędzać czasu, a ona się tak stara. W końcu Asia stawia ultimatum. Mówi, że zaraz ktoś stąd wyjdzie i to będzie albo ona, albo „ten przygłup Rafał”, ale jeśli ona wyjdzie, to już więcej nie wróci. Myślałem, że żartuje. Nie żartowała. Kazała mi się przestać głupkowato uśmiechać i w tej sekundzie wybierać.
Co więc miałem zrobić? Dla mnie wybór był prosty.
W taki oto sposób zostawiłem dziewczynę dla najlepszego kumpla.
Minęło kilka dni, a ja czuję ulgę, że znowu jestem singlem.
Źle, że tak postąpiłem?
30 lat temu, mając po 7 lat, ja i moja kuzynka Aleksandra znaleźliśmy na strychu mojego dziadka stary karabin. Był to bodajże jakiś mosin. Jako dzieci uznaliśmy, że fajnie będzie się nim pobawić - robiliśmy z nim różne rzeczy, dopóki nie uznaliśmy, nie wiedzieć czemu, że fajnie będzie dostać postrzał.
Tak. Siedmioletnie dzieci uznały, że fajnie będzie się postrzelić by zobaczyć, czy naprawdę jest tak źle jak na filmach.
Na samym początku miała strzelać moja kuzynka, która jednak nie miała na tyle siły, by załadować karabin znalezioną amunicją, wobec czego zamieniliśmy się miejscami.
Przyłożyłem wylot lufy do jej kolana (byliśmy na tyle mądrzy by wiedzieć, że gdzieś wyżej można umrzeć) i nacisnąłem spust.
Kuzynka nie oddała mi strzału, czekał ją długi czas kosztownej rehabilitacji, ja przez dwa tygodnie nie mogłem siedzieć na tyłku, rodzina przez rok była skłócona. Do dzisiaj Aleksandra utyka, ale jako że mieszkaliśmy na jednej wiosce, dorastaliśmy tam i osiedliliśmy się, mamy świetny kontakt.
Na tyle świetny, że moja córeczka (5 lat) uznała, że to będzie świetny pomysł sprawdzić, czy uderzenie 5-kilogramowym młotkiem przez swojego kuzyna (8 lat) w kolano rzeczywiście boli. Położyła się nawet na podłodze, by mieć pewność, że kuzyn trafi w odpowiednie miejsce.
Efekt: Prawdopodobnie jej kolano już nigdy nie odzyska sprawności
No cóż. Co w rodzinie, to nie zginie.
Dodaj anonimowe wyznanie