W drugiej klasie podstawówki chodziłam do klasy z paskudnym dzieciakiem. Wszystkich popychał, bił, na przerwach skakał po ławkach, dziewczynom wcierał rzepy we włosy, kradł rzeczy.
Nazwijmy sobie typka A.
Już nawet nie pamiętam, czemu nikt z tym tak długo nic nie robił (to było ponad 20 lat temu).
Któregoś dnia A. po szkole gonił mnie i koleżankę, jak zawsze z rzepami w łapie.
Ja biegnę w swoją stronę, koleżanka w swoją. Gdy przebiegałam przez ulicę, potrącił mnie maluch. Kierowca zwiał, ja też.
Nic aż tak poważnego mi się nie stało, miałam "tylko" sporo otarć, siniaków i coś z kostką.
Nie przyznałam się do wypadku, rodzicom wmówiłam, że A. zepchnął mnie ze schodów niedaleko szkoły.
A. się bronił, ale nikt mu nie wierzył, zwłaszcza że inni widzieli, jak nas gonił.
Zrobiła się afera, odezwało więcej wkurzonych rodziców.
A. wyleciał ze szkoły.
Do tej pory nikt nie zna prawdy.
Z pozoru jestem normalnym Kowalskim - pracuję, płacę podatki, mam żonę, itp.
W głębi duszy z całego serca nienawidzę ludzi, uważam, że ludzie to najgorsze co mogło przytrafić się tej planecie i z rozkoszą przyjąłbym jakąś ogólnoświatową apokalipsę.
Im dłużej patrzę na to, co się wokół mnie dzieje, tym mocniejsze to uczucie się staje.
Babcia ma 98 lat, dziadek 99. Oboje zawsze kochali książki, ale wzrok już nie ten, klasyki znają na pamięć, a nowa literatura w większej mierze nie za bardzo im odpowiadała. Dlatego razem z kuzynami zrzuciliśmy się na solidnego lapka z bardzo dużym ekranem, by przynosić dziadkom filmy na DVD czy USB. Dziadkowie ledwie ogarniali najprostszą komórkową cegiełkę, ale uznaliśmy, że jeśli dobrze wszystko ustawimy i będziemy regularnie odwiedzać, to będzie dobrze.
Tydzień od podarowania im sprzętu, dziadki same ogarnęły sobie umowę na najszybszy dostępny Internet, Netflixa, CDA, ściągają audiobooki i całymi dniami coś oglądają albo słuchają z krótką przerwą na sen. Dziadek opatentował też, jak podpinać laptopa do dużego, płaskiego TV, który kiedyś podarowali im rodzice (a który w sumie głównie się kurzył), by móc organizować seanse filmowe dla przyjaciół. Z przyjemnością oglądają nowe adaptacje znanych sobie historii.
Ostatnio babcia godzinę dobijała się do łazienki, gdzie na porcelanowym tronie zasiadał dziadek. Gdy wyszedł, mimo wcześniejszego lamentu, nie udała się tam od razu, tylko dalej oglądała film. Mówię "Babciu, wolne, czemu nie idziesz?", na co babcia patrząc na mnie wilkiem "Nie można tak po prostu wejść sobie do Mordoru".
Kocham moich dziadków i chciałabym zestarzeć się tak jak oni!
Dzisiaj odezwała się do mnie mama. Po ośmiu latach odkąd uciekłam z domu do Szkocji. Założyłam rano Facebooka i dodałam kilka zdjęć z moim już narzeczonym na naszej łajbie i kilka z wakacji w Meksyku. To zapewne skłoniło ją, żeby po ośmiu latach odkąd po raz kolejny zwyzywała 18-letnią już wtedy mnie od szmat, odezwać się z prośba o pożyczkę "bo Tomasz wyszedł z wiezienia i chciałaby mu jakieś auto kupić, coby do roboty mógł jeździć".
Gdy w miarę grzecznie wyperswadowałam jej to mówiąc, że za lata poniewierki nie dostanie ode mnie złamanego grosza, usłyszałam jak zawsze, że jestem niewdzięczną szmatą, a jak mi się powodzi i się z rodziną nie chcę podzielić dobrowolnie, to sąd mnie z pieniędzy lepiej ogołoci, bo ona jutro idzie do prawnika po alimenty.
Fantastycznie.
Zawsze miałam konkretny temperament do "tych spraw". Generalnie ma być często i dobrze.
Ciąża... Eh, ciąża zwielokrotniła mój apetyt w szczególności na pewien typ zabaw, żeby delikatnie dać do zrozumienia o jaki typ zabaw chodzi - mąż nazywa mnie Algida. Nieważna pora: dzień czy noc, przynajmniej jeden raz codziennie - tak dla zdrowotności musiał być.
Był wieczór i jak zawsze z mężem oglądaliśmy tv. Szybka orientacja w terenie - a mieszkamy z moimi teściami - czysto. Ja ubrałam najbardziej nieprzyzwoity strój jaki miałam, no i co? Do roboty! Samo się nie ukręci... Nagle niespodziewanie do pokoju weszła teściowa i ups... wypadła jak poparzona.
Ja pod kołdrę i ryk "jaki wstyyyyyd!" i słyszę mamę zza drzwi: "Kochanieńka, nie bój nic, najważniejsze, że się dzieje".
Biedna mama, gdyby pukała tak jak robi to zawsze nie widziałaby pukających się nas.
No ale reasumując: nigdy nie czułam się bardziej zażenowana schodząc na śniadanie rano i widząc, jak teściowa puszcza do mnie oko.
Najgorsze wspomnienie jakie pamiętam?
Jak moja pijana, bełkocząca matka leży półprzytomna na łóżku, a jakiś obcy facet głaszcze ją po pipie.
Morału nie ma, ale zazdroszczę tym ludziom, których rodzice wysilili się na tyle, że nie zafundowali swoim dzieciom podobnych wspomnień.
Całkiem niedawno postanowiłam zjeść obiad w tak zwanej restauracji biznesowej. Pełna klasa i kulturka.
Przy jednym stoliku siedziała kobieta z małym dzieckiem, niemowlakiem. Raczej w takich miejscach nie spotyka się dzieci, ze względu na charakter restauracji, ale nikomu ono nie przeszkadzało, było grzeczne i spokojne.
Nagle kobieta z lekkim hukiem zatrzasnęła laptopa, na którym do tej pory pracowała, na stoliku ułożyła butelkę, wywaliła cyca i zaczęła go ugniatać.
Po krótkiej chwili podeszła do niej kelnerka i poprosiła o zaprzestanie tej czynności, ewentualnie udanie się w celu dokończenia jej w pokoiku socjalnym, który na tę sytuację mogą jej udostępnić.
Madka zaczęła podnosić głos i tłumaczyć, że to naturalne i kelnerka powinna się od niej odpieprzyć, to jej sposób na życie i inne dyrdymały. Dodała również, że w tej restauracji wszyscy są dorośli i każdy cycka widział, chociażby w łóżku. I nie będzie się gotować pod żadną chustą. A kelnerka jest pewnie dupą, która niejedno widziała, a tutaj udaje taką pruderyjną.
Nagle ze stolika obok wstał mężczyzna z garniturze, koło pięćdziesiątki. Aby dojść do stolika matki, musiał minąć mój stolik.
W restauracji tylko 3 stoliki były zajęte.
Uśmiechnął się lekko do mnie i cicho powiedział:
- Bardzo panią przepraszam za to co zrobię, ale czasami trzeba.
Przeszedł obok mnie, podszedł do stolika madki, odsunął wózek, po czym ściągnął gacie i majtki i tak stał z półtora metra przed twarzą madki, która zaczęła się niemiłosiernie drzeć na widok penisa starszego pana.
Zaczęła go wyzywać od zboczeńców, a starszy pan bez słowa usiadł przy stoliku obok niej, nadal z gaciami i majtkami w kolanach i dopiero wtedy przemówił:
- Przecież jak dziecko robiłaś to, też to widziałaś. To naturalne! A mi tak wygodnie, przewiewnie, nie będę się gotował pod jakimiś spodniami.
Kelnerka milczała, spojrzała na mnie chyba szukając niemego wsparcia w tej wojnie nagości. Mnie zatkało i starałam się nie roześmiać.
Po chwili madka wyszła z restauracji. W momencie jak tylko zatrzasnęły się za nią drzwi, starszy pan założył spodnie, przeprosił mnie i kelnerkę za widoki, jakie nam zaoferował i jakby nigdy nic usiadł przy stoliku i wrócił do pracy.
Miałam kiedyś przyjaciela. Był dla mnie jak brat. Człowiek do rany przyłóż. Zawsze kiedy go potrzebowałam mogłam na niego liczyć i vice versa. Również zawsze moi wtedy aktualni chłopacy byli o niego zazdrośni, ale nigdy nie mieli nic do gadania. To był mój brat, nie zrezygnowałabym z tej przyjaźni nigdy. Nawet jeśli miałoby to oznaczać rozstanie. To była moja bratnia dusza.
Taki stan trwał ponad 10 lat. On przez ten okres raczej nie miał żadnej dziewczyny, były randki, spotkania itp., ale nigdy nic poważniejszego. Do czasu aż pojawiła się Ona. Ucieleśnienie zazdrości w jednej osobie. Z dnia na dzień dostałam informację, że Ona nie życzy sobie, żeby on dalej kontynuował ze mną znajomość. Skończyły się rozmowy, SMS-y... wszystko. Zostałam zablokowana na fejsie. Na początku próbowałam walczyć, ale jaką byłabym siostrą, gdybym nie dała za wygraną? Ja straciłam cząstkę siebie, ale przynajmniej on jest szczęśliwy z osobą, którą naprawdę kocha.
Chociaż minęły już 2 lata, dalej nie mogę się z tym pogodzić. Szczerze wpisał się w moje życie jako starszy braciszek, w pewien sposób nawet ważniejszy niż ten rodzony. Nie gadajcie nic o friendzonie - ta relacja była inna. Nie wiem dlaczego Ona od początku tak mnie znienawidziła. Przecież cieszyłam się z ich szczęścia, sama będąc mega zakochana. Cieszyłam się, że w końcu znalazł swoją miłość. Kibicowałam im. Teraz jednak nawet nie mogę mu wysłać SMS-a z życzeniami z okazji świąt, bo zaraz otrzymuję odpowiedź, że mam im nie zatruwać życia + epitety (oczywiście Ona odpisuje zamiast niego - widzę to po sposobie pisania).
Czy kiedyś o nim zapomnę? Wątpię. Brata nigdy nie wymażę z pamięci. Cały czas mam nadzieję, że się kiedyś odezwie do mnie. Nie gniewam się na niego. Jest mi po prostu bardzo smutno.
Zastanawiam się, czy on jeszcze czasem o mnie pomyśli. Czy ma ochotę odezwać się, napisać, że żyje, że jest OK. Czy całkiem zapomniał o osobie, którą kiedyś nazywał siostrą...
Szukanie pracy z punktu widzenia pracodawcy.
Stanowisko: pracownik magazynowy.
1. Przesyłanie oferty na znanym serwisie, bez CV. Nagminne.
2. Adres e-mailowy typu: goracysamiec@przeleje.pl albo buziaczek@ruchaczek - niemal na co drugiej ofercie, szczególnie dotyczy młodych facetów.
3. Brak numeru telefonu w CV. Częste.
4. Wpisywanie w CV całej kariery od przedszkola począwszy. Co dwa miesiące inna fucha...
Zatem jeśli pracodawca nie odpowiada na Twoje ogłoszenie - sprawdź, co mu wysłałeś. Serio.
Wakacje spędziłam w psychiatryku, nie będę opisywała co się tam działo, bo jest rzecz, która przeraziła mnie o wiele bardziej.
Dwa tygodnie po moim przybyciu mury tego zacnego wariatkowa opuściła anorektyczka, która została utuczona do minimalnej akceptowalnej wagi. Utuczona, ponieważ jej nie wyleczyli i nigdy nie wyleczą.
Zdążyłam z nią parę razy porozmawiać. To był już któryś jej pobyt z kolei. Wydaje mi się, że choruje już bardzo długo, w tym roku poszła do liceum, jednak wciąż ma dziecięcą budowę działa, żadnych bioder czy biustu, głodzić się mogła zacząć już w podstawówce. Sama powiedziała mi, że jak wyjdzie, to znowu zacznie się odchudzać, bo jest gruba i nie podda się, dopóki nie będzie ładna. Skąd wie, że jest gruba? Koledzy ze szkoły mówią jej tak od 3 klasy podstawówki.
Sęk w tym, że w jej miejscu zamieszkania jest jeden zespół szkół, do którego uczęszcza jakieś 80% wszystkich dzieci i nastolatków, w mojej klasie jest dziewczyna stamtąd, więc wiem. Wspomniana wcześniej anorektyczka chodziła tam do podstawówki, do gimnazjum, a teraz idzie tam do liceum. Ani rodzice, ani nauczyciele, ani psychiatra, ani psycholog, ani ktokolwiek kto powinien jej pomóc, nie wpadł na to, że powinno się ją stamtąd zabrać.
Mówiła, że się z niej śmieją, że podbiegają do niej i łapią ją za tłuszcz, że jak raz nauczyciel zostawił ich samych w sali, wskaźnikiem pokazywali jej gdzie powinna schudnąć. Było tego o wiele więcej, a ona im wierzy. Nam za to nie uwierzyła, gdy mówiliśmy, że to wszystko nie jest w porządku. Ona nie chce chodzić do tej szkoły, ale rodzice nie pozwalają jej iść gdzie indziej, do tego zespołu szkół ma 10 minut spacerkiem, ich zdaniem gdziekolwiek indziej będzie za daleko.
Jak mówiłam, mam w klasie dziewczynę z tamtego miasta, do naszej szkoły dojeżdża jakieś 40 minut pociągiem, a potem jeszcze 10 minut tramwajem. Mam też dwie koleżanki, które ze szkoły do domu mają ponad półtorej godziny pociągiem, dlatego mieszkają w akademiku, a do domu jeżdżą tylko na weekend. To wcale nie jest odległość nie do pokonania.
Niestety zanim ta dziewczyna będzie mogła o sobie decydować, minie jeszcze trochę czasu, a nawet jeśli dotrwa, to nie sądzę, by mogła się postawić, już teraz była strasznie zniszczona. Nie jestem pewna nawet, czy dożyje osiemnastki, czy nie wykończy się wcześniej.
Dodaj anonimowe wyznanie