#52jma

Jestem osobą niepełnosprawną ruchowo od urodzenia, po kilku operacjach. Mam też problemy z nerkami. W związku z moimi przeżyciami, musiałem dorosnąć nieco szybciej niż większość moich rówieśników. Jakaś część mnie jednak zawsze się przed tym broniła...

Dzieci są odpieluchowywane zazwyczaj mając 1,5 roku. Czasem wcześniej, czasem później. Przynajmniej tak słyszałem.

U mnie to trwało "nieco" dłużej. Pampersy nosiłem z przerwami do 8. roku życia. Ze względu na problemy z nerkami, nosiłem sporadycznie także później, w czasach nastoletnich. I przyznam, że do pewnego stopnia mi się to podobało :)

W pewnym sensie zaprzyjaźniłem się z pieluchami. Nikomu nie mogłem o tym powiedzieć. Że poza powodami stricte medycznymi, noszę pieluchy, bo po prostu lubię to uczucie między nogami. Lubię tę miękkość i rzepy, lubię powracać do dzieciństwa.

Nikomu nie mogę o tym powiedzieć, chociaż czasami bardzo bym chciał. Zawsze kiedy próbowałem, spotykałem się z najróżniejszymi reakcjami - od akceptacji (rzadko), po potępienie i sugestie leczenia psychiatrycznego.

Niezbyt to przyjemne, gdy cię wyzywają, potępiają i gardzą twoimi marzeniami i fantazjami (choćby nie wiem jak odstawały od tego, co inni uważają za "normę").

Może przynajmniej tutaj będę mógł czasami opowiedzieć Wam parę rzeczy...

#UNmU4

Kilka lat temu, gdy zbliżał się termin mojego stawiennictwa na komisji wojskowej, nasłuchałem się dużo od starszych roczników o parawanie i słynnej zimnej łyżce, na którą są brane jądra badanego.

Byłem już w samych bokserkach i nadeszła ta chwila, że lekarz poprosił mnie za parawan. Mimo skrępowania całą sytuacją starałem się wypaść naturalnie i na pewnego siebie.
Lekarz spokojnym głosem kazał mi opuścić bokserki, po czym powiedział słowa "w górę". Pamiętając opowieści o słynnej łyżce, wziąłem sprzęt w dłoń i uniosłem go do góry... Na to lekarz tłumiąc śmiech i zażenowanie rzekł do mnie: "chodziło mi o bokserki...".

Moja twarz chyba nie mogła być bardziej czerwona :D.

#lxDXU

Wraz z mężem stwierdziliśmy, że już mądrzejsi nie będziemy i bardziej dojrzali i że to mimo wszystko najlepszy moment na potomka. 
Nasza mądrość nam podopowiadała, że to nie może być takie skomplikowane i po prostu codziennie zachowywaliśmy się jak niewyżyte króliki. Ale ciąży brak. Po 3 miesiącach, gdy już przerobiliśmy całą Kamasutrę i wszystkie genialne pomysły z internetu, poszliśmy do lekarza. Badania mówiły, że wszystko OK i że to może być psychika. 
Dostaliśmy coś, co ma ułatwić zajście i do roboty. Minęło kolejnych 5 miesięcy, a ciąży brak. Lekko już zmartwieni i smutni pojechaliśmy na święta do rodziny. Przy okazji czerwonego grzanego wina rozkleiłam się i wygadałam się mojej babci. 
Babulka sędziwa, wstała i gdzieś poszła, łupiąc kulą o podłogę. Wróciła ze słoikiem z jakimś suszonym czymś. Wyjaśniła jak to pić i kiedy i dodatkowo po każdej "robocie" poduszka pod tyłek i leżeć na wznak. 
3 miesiące później byłam w ciąży. Babcia wiedziała jako pierwsza.

Zapytałam co to było? Bo to jakiś może przełom w leczeniu takich przypadków...
Babcia na mnie popatrzyła i mówi, że wymieszała zwykła herbatę ze wszystkimi herbatkami ziołowymi, jakie miała w szafce. Poduszka, jak stwierdziła, ułatwiała "robotę", ale nie wie, czy coś dała... Patrzę na nią, oczy mam jak 5 zł, a ona, że to wszystko było w mojej głowie i że to jest efekt placebo i słyszała o tym w TV.

Synek ma na imię Aleksander, po ojcu babci. ;) 
Taka historia, o.

#n9XbI

Pracuję w biurze wraz z kilkunastoma osobami. Jest normalny dzień, jak to w korpo. Góra papierów i milion telefonów. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie pewna dziewoja.
Od roku pracuje u nas typowa blondynka. Ma już na koncie kilka dziwnych akcji, ale dzisiejsza przebija wszystko.

Siedząc przy swoim biurku, mam zaszczyt widzieć jej monitor i w sumie wszystko co pisze. Dostała dzisiaj za zadanie napisać życzenia świąteczne na stronę - nic prostszego!
Ale nie dla niej. Patrzę, co ona robi: napisała tekst, wrzuciła jakąś grafikę i jedyne co jej zostało, to marginesy. Jako że nasza strona ma określone wymogi i czcionkę, blondi stara się do niej zastosować.

I tu nadchodzi czas na kulminację wyznania. Dziewoja marginesy wyznacza... od linijki. Normalnie przykłada 30-centymetrową linijkę do monitora i sprawdza ile cm ma margines i jak to na blondi przystało, przesuwa całe linijki spacją.

Poplułam się z wrażenia. :D

#ZIl89

Kilka ładnych lat temu, jeszcze jako nastolatka, zostałam zaproszona na randkę przez chłopaka ze szkoły.
Poszliśmy do kawiarni, ja wzięłam kawę i jakąś bezę, a on ciasto z truskawkami.

W pewnym momencie nadział jedną z truskawek na widelec i podstawił mi ją pod nos.
Za Chiny nie zorientowałam się o co mu chodzi i zamiast ją zjeść, powiedziałam "no widzę przecież, że to truskawka, nie musisz tak tego do mnie przysuwać".

Chłopak się speszył, ja nie wiedziałam o co chodzi.

Doszło to do mnie dopiero dziś wieczorem, kiedy opowiedziałam o tym mojej koleżance, a ona uświadomiła mi moją tępotę.

PS Drugiej randki nie było.

#unx6k

W zeszłym tygodniu spotkałem się ze starym kolegą, miałem zostać u niego na noc. Przed snem postanowiłem umyć zęby. Kolega ma osobno łazienkę i ubikację, ja poszedłem do łazienki. Zacząłem myć zęby, a przez cieknącą z kranu wodę i już parę piw w sobie strasznie zachciało mi się sikać. Padło na umywalkę...

Kolega niestety też chciał umyć zęby i z zaskoczenia wparował mi do łazienki w momencie, kiedy załatwiałem się do jego błyszczącej umywalki.

Wstyd jak diabli.

#BTVdb

Urodziłam córkę przez przedwczesne ratunkowe cesarskie cięcie. Było ze mną źle, tak zwana rzucawka. Mała trafiła do inkubatora, bo nie umiała samodzielnie oddychać i utrzymać ciepła. Gdy doszłam do siebie jedyne co czułam to rozgoryczenie, bo nie tak miało to wyglądać, miała być radość, a nie strach i walka o życie. Z zazdrością patrzyłam na mamy wychodzące ze szpitala, ze swoimi maluchami, gdy ja przechodziłam na noworodkowy OIOM.

Na początku mogłam dziecko tylko oglądać, potem na chwilę dotknąć, po kilku tygodniach dawano mi ją na chwilę na ręce. Oczywiście nie karmiłam piersią, odciągałam mleko, którego prawie w ogóle nie było. Na początku czułam ogromną złość, potem przywykłam, wpadłam w rutynę. Ograniczony kontakt z córeczką bolał coraz mniej. Jej postępy w drodze do wyjścia ze szpitala oczywiście cieszyły.

Aż nadszedł ten wielki i wyczekiwany dzień. Powrót do domu. Jakoś to po mnie spłynęło. Patrzyłam na to małe zawiniątko śpiące w łóżeczku jak na kogoś obcego. Nie czułam więzi. Opiekowałam się, karmiłam, przewijałam, ale robiłam to na automacie. Jej płacz doprowadzał mnie do wewnętrznego szału. Nie raz miałam nadzieje, że przestanie oddychać, gdy będę spała. Czułam się najgorszym człowiekiem na świecie. Gardziłam sobą. Jednocześnie czułam się okradziona z tego pięknego macierzyństwa, ogromu miłości i bliskości, karmienia piersią, które za nic nam nie wychodziło - z tej lukrowej wizji macierzyństwa pokazywanej wszędzie.

Jednak to nie moje emocje były najgorsze. Najbardziej bolały komentarze i uwagi innych matek, teściowej, rodziny. Jak mogę karmić mlekiem modyfikowanym, dlaczego odbijam ją tak, a nie inaczej, to robię źle, tamto źle, czemu jej nie śpiewam do snu, pieluszki to powinny być naturalne, a nie taki syf, "teraz to matki są leniwe". Powodowały, że czułam się jeszcze większym potworem wobec mojego dziecka. Chciałam oddać małą, lub odejść. Uratowała mnie daleka znajoma, która któregoś razu wspomniała o tym jak okropnie czuła się po porodzie, jak nie radziła sobie z emocjami.

Dzięki jednej rozmowie przestałam czuć się tak okropnym człowiekiem, zaakceptowałam swoje emocje, i mimo, ze było ciężko powoli oswajałam się ze swoją rolą, ciężkim początkiem, uczyłam się kochać swoje dziecko. Żałuję, że dałam się nabrać na przesłodzony obraz macierzyństwa, mimo, że wiedziałam, że będzie ciężko nie spodziewałam się tego co działo się potem, tego co czułam i wiele czasu zajęło mi wychodzenie ze stanu "jestem potworem, moja córką zasługuje na lepszą matkę", który najbardziej blokował mnie w budowaniu relacji z dzieckiem.

#JvEIT

Mój tato jest spokojnym człowiekiem. Po pracy zawsze wraca prosto do domu. Nigdy nie sprawiał żadnych problemów, chętnie zajmował się dziećmi, pomaga w obowiązkach domowych. Ideał? Nie do końca. Tato nie ma zdania na żaden temat, nie ma kolegów ani znajomych. Nie potrafi samodzielnie podjąć żadnej decyzji. Do sklepu chodzi zawsze z kartką, pomimo to zawsze dzwoni po kilka razy i pyta o każdą rzecz. Plus tej sytuacji jest taki, że od niedawna ma telefon komórkowy, wcześniej wracał do domu tylko po to, by zapytać, czy skoro nie ma zwykłych kajzerek, to może wziąć podłużne. Nie potrafi sam załatwić najprostszych czynności urzędowych - nie wie w jakich bankach mają pieniądze, jak zapłacić rachunek za prąd ani jak kupić bilet na autobus. Nawet ubrania na następny dzień zawsze wieczorem szykuje mu mama, jeśli zapomni wyjąć skarpetek, to budzi ją rano, bo sam nie wie, które ma ubrać.

Wbrew pozorom to wcale nie jest wina rodziców mojego taty. Wychowywał się na wsi, pomagał przy gospodarstwie i młodszym rodzeństwie. Szybko się usamodzielnił. Skąd ta nagła zmiana? To efekt "wychowania" mojej mamy. Jest autorytarną osobą, wszystko musi być tak jak ona chce, nie znosi sprzeciwu. Wszystko sama robi najlepiej. Tato z biegiem czasu zatracił wszystkie zdolności "ogarniania się", skoro od tylu lat słuchał, że wszystko co robi jest źle. Mam wrażenie, że z roku na rok wręcz cofa się w rozwoju. Mama powinna być z siebie dumna, że wychowała takiego "kapcia", jakiego chciała.

Najbardziej boję się, że matka umrze przed ojcem, a on sam nie poradzi sobie z codziennym życiem.

#IWwxa

Kilkanaście lat temu, gdy miałam około 14 lat, moi rodzice za wszelką cenę próbowali dalej wmawiać mi, że Mikołaj istnieje.


Podczas Wigilii mój tata "poszedł za potrzebą". Tak naprawdę wyszedł na dwór i w wielkich drewnianych butach skakał po śniegu, robiąc "ślady Mikołaja", w międzyczasie plując pogryzioną marchewką na śnieg.
Jak się o tym dowiedziałam?
Gdy przyjechało pogotowie.

Okazało się, że mój tata robiąc swoje akrobację w drewnianych butach przewrócił się o psią kupę i wpadł do dziury wykonanej przez naszego owczarka. Całe ferie zimowe spędziłam odwiedzając połamanego tatę w szpitalu.

Wesołych świąt, anonimowi!

#QEO0b

Dzisiaj opowiem Wam o zdarzeniu, którego do końca życia nie zapomnę.
Miałam wtedy 9 lub 10 lat, byłam bardzo młodziutka i głupiutka.

Moja siostra pokazała mi pewną stronkę. W zasadzie sama podpatrzyłam co robi, w końcu bardzo zainteresowało mnie to, że non stop z kimś pisała. Ja jako młoda i ciekawa życia dziewczynka postanowiłam, że sama spróbuję do kogoś napisać - w końcu miałam swój telefon - bardzo słaby, ale jakaż to ja byłam dumna, w końcu kupiłam go za swoje oszczędności. To był cholerny błąd.

Myślałam, że wszystko jest okej. Poznałam chłopaka z Żor, niby fajnie nam się gadało itd. Podał mi swój numer i powiedział, że zostaniemy przyjaciółmi.
Napisałam do niego i właśnie od tego się zaczęło. Zapytał, czy chcę doświadczyć czegoś przyjemnego.

Kazał mi dotykać się i pisać mu, czy mi się to podoba. Kłamałam, bo nie miałam wiedzy i ochoty na takie rzeczy. Ale potem było gorzej.
Kazał mi wysyłać moje nagie zdjęcia. Groził, że zadzwoni do moich rodziców i powie, jakie rzeczy z nim wypisywałam. Jako dziecko, nie powiem, wystraszyłam się - i zrobiłam sobie zdjęcie. Kazał zrobić takie, gdzie widać będzie moją twarz. Całe szczęście, że mój telefon nie potrafił wysyłać MMS-ów. Nie wiem, co by się stało.

Przez rok miałam traumę, tym bardziej, że opisałam mu swój wygląd, wiek, miasteczko, w którym mieszkałam. Bałam się, że ''ten z Żor'' mnie znajdzie.
Nie wiedziałam wtedy, że nawet jeśli ktoś by się dowiedział, to on będzie miał kłopoty, a nie ja. Byłby posądzony o pedofilię i wyłudzanie - co wiąże się z kilkoma latami w więzieniu.

Nikt o tym nie wie. Jednak ja nie zapomnę.
Dodaj anonimowe wyznanie