#RcUNM

Nie lubię gdy ktoś przeklina więc sama też staram się tego nie robić. Wydawało mi się, że znam może ze trzy przekleństwa i chociaż nie raz się słyszało jak ktoś rzuca soczystym mięsem to ja po prostu po jakimś czasie zapominam te zasłyszane słowa bo nie przywiązuję do nich uwagi. 

Niestety tylko mi się wydawało, jak wszyscy wiemy mózg przechowuje miliardy zdobytych w ciągu życia informacji ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę z ich posiadania, w tym też przekleństwa. 

Od urodzenia miałam problemy z zatokami.
Wreszcie po latach walki, kiedy miałam 15 lat zdecydowano się zrobić mi zabieg pod narkozą który raz na zawsze miał pozbyć się problemów. 
Zawsze byłam grzeczną dziewczyną a dorośli mnie lubili dlatego tak mi wstyd tego co się stało zaraz po zabiegu.

Wybudzono mnie z narkozy i zaczęłam być na wpół świadoma tego co się dzieje, więc kiedy wyciągali mi rurkę intubacyjną czułam ból i strach. Kiedy wreszcie mogłam złapać powietrze,( będąc na ponarkozowym haju) moje ciało jakby coś opętało i zaczęłam w złości klnąć na te biedne pielęgniarki i lekarzy, wyzywać ich wypowiadając przekleństwa i wyzwiska których teraz nie mogę sobie przypomnieć, pamiętam tylko, że była to bardzo elokwentna wiązanka oraz, że takie wydarzenie miało miejsce. Nic więcej nie potrafię sobie przypomnieć.

Do tej pory mi wstyd.

#hUmL7

Miałam niedawno okrągłe urodziny. Co dostałam od męża i dzieci?
NIC! kompletnie nic, zaśpiewali mi 100 lat - to było wszystko. Bardzo wszyscy byli zdziwieni, dlaczego nie mam humoru w swoje urodziny.

A mi jest tak bardzo przykro, bo ja zawsze o nich pamiętam. Nawet gdy było bardzo krucho z pieniędzmi, to coś odłożyłam, żeby kupić choć drobnostkę.

#V29a4

Żałuję, że zdałam prawo jazdy.

Mam 21 lat i na kurs zapisałam się pod naporem rodziny. "Zrób teraz, bo potem nie będziesz miała czasu", mówili i dali mi pieniądze. Wahałam się, bałam, no ale poszłam. Stwierdziłam, że to nie może być trudne i na pewno będzie fajnie.

Podobały mi się pierwsze 3h jazd, a z każdą kolejną wiedziałam, że ja nie chcę tego prawa jazdy. Ogólnie powiedziałabym, że szło mi średnio. Praktykę zdałam za 4 razem, trzy razy oblewając na placu. Udało mi się zdać tylko i wyłącznie dlatego, że był niewielki ruch i miałam absolutnie najprostszą trasę. Same skręty w prawo, na rondzie pierwsze zjazdy, skrzyżowania ze światłami bezkolizyjnymi, parkowanie na pustym parkingu.


Pierwsza jazda po zdaniu prawka była okropna. Ja nie umiem jeździć. I to nie tylko dlatego, że nie mam wprawy, ale ja naprawdę nie umiem. Już zwykła górka powoduje, że nie jestem w stanie ruszyć. Skrzyżowanie pod górkę? Nie ma mowy. Skręcić na wąskiej drodze? Niewykonalne. Do tego dochodzi strach. Wręcz panicznie boję się jeździć. Fakt, że to ja muszę nad wszystkim panować mnie przeraża.
Ogólnie nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam alkoholu, ale obecnie wręcz zmuszam się do wypicia, żeby tylko nie być "opcją kierowcy".
Podziwiam ludzi którzy jeżdżą i od razu po zdaniu prawka robią to bez drugiej osoby obok. Dla mnie jest to czynność zbyt trudna i przerażająca.
Żałuję, że zrobiłam prawo jazdy, żałuję wydanych pieniędzy. Mam ochotę wyrzucić mój nieużywany plastik do kosza. Jest mi z tym bardzo źle.

#sut2t

Niedawno były Mikołajki, a, że mamy dwójkę dzieci, to do prezentów z tej okazji dorabiamy otoczkę, by było to bardziej "magiczne" wydarzenie dla dzieciaków. Żeby uniknąć zdemaskowania przebranego za Mikołaja członka rodziny, to postawiliśmy z mężem na dzwonek, którym dzwoni któreś z nas na podwórku, że niby sam Święty przybył na swych saniach i zadzwonił, by dać znać, że przywiózł im paczki.



Dzieci są zachwycone, opowiadają potem rodzinie o tym, jak to słyszały Mikołajowy dzwonek i w ogóle łaaał... Lata temu, jeszcze zanim przyszły na świat nasze dzieci, dostałam na urodziny od męża dzwonek z napisem: "Dzwonek na sex". I jest to jedyny dzwonek w naszym domu.

#8u1LH

Nie wiem jak skomentować to, co mi se przytrafiło, po prostu brakuje mi słów.

Mam półroczne dziecko, gdy wracaliśmy ze spaceru maluch smacznie sobie spał. Przechodziłam drogą pod samymi kamienicami i nawet nie wiem kiedy do wózka wpadł niedopałek papierosa. Szybko zareagowałam i na szczęście skończyło się tylko na przepalonym kocyku i lekko zniszczonym kombinezonie oraz niewielkiej dziurze w wózku.

Gdyby nie to, że jest już zimno, gdyby to zdarzyło się latem, dziecko skończyłoby z poparzeniami. Przecież taki niedopałek wyrzucony z okna może zrobić komuś krzywdę, spaść na głowę. Dlaczego niektórzy w ogóle nie myślą?

#kJQwK

Byłam kiedyś z moim narzeczonym i grupką znajomych na piwie. Zabawa trwa, piwo się leje, śmiejmy się grając w karty przeciwko ludzkości, jednak sielanka musi się kiedyś skończyć. Rozeszliśmy się do domów, powrotu nie zapomni nigdy żadne z nas.


Z moim M. nie mieszkaliśmy wtedy razem więc odprowadzał mnie do domu rodziców przez park, o chwała bogom, że akurat tamtędy! W pewnym momencie zaczął boleć mnie brzuch, kiszki grają marsza, ja prawie płaczę i czuję, że nadchodzi laksa stulecia... Myślałam, że dam radę do domu, myliłam się... Mówię, kotku nie dam rady zesram się, masz jakieś chusteczki? Niestety mój rycerz nie miał, więc powoli godziłam się z kleksem w spodniach. Jednak rycerz miał plan inny, zdjął skarpetki i kazał mi lecieć w krzaki! Jaka ja mu wdzięczna za te skarpetki wtedy byłam! Zrobiłam swoje, myślałam, że razem ze sraczką wyleciała ze mnie dusza i pół jelit, ale przeżyłam.



Wszystko byłoby okay, gdyby nie fakt, że krzaki które wybrałam, były centralnie odsłonięte na alejkę, zaraz obok lampa, a odgłos siarczystego bąka niósł się na 3 kilometry. Uciekliśmy stamtąd szybko, nie oglądając się za siebie. I tak oto do dziś mamy ulubioną historię o Aduni srającej przy alejce, podcierającej się skarpetami dzielnego rycerza.



P.S. Mój luby zesrał się w spodnie wracając autobusem ode mnie, a cała paczka znajomych miała ten sam problem z atakiem sraczki. Więcej nie poszliśmy do tego pubu, ale dalej wszyscy się śmiejemy, że napadła nas zagłada jelitowa. :D
P.S.2. Okazało się potem, że oboje mieliśmy chusteczki.

#k4ytF

Razem z kumplem Andrzejem pracowaliśmy jako "kanarzy" w jednym z większych miast w Polsce. Andrzej był dobrym współpracownikiem, lecz wyjątkowo chciwym i pazernym. Podczas kontroli trafił na Ukrainkę jadącą bez biletu. Nie miała pieniędzy, by zapłacić mandat. Andrzej zauważył, że ma na szyi złoty łańcuszek. Powiedział, że nie wypisze jej mandatu, jeśli mu go odda. Ukrainka bez wahania zgodziła się na ten układ.
Andrzej cały dzień podniecał się tym, jaki dobry interes zrobił. Że jest do przodu dobrych kilka stówek.

Szkoda, że nie widzieliście jego miny, gdy usłyszał od pani z lombardu, że łańcuszek wcale nie jest ze złota.
Łańcuszek okazał się dla Andrzeja jeszcze bardziej pechowy. Bo całą sytuację nagrał z ukrycia jeden z pasażerów. I jeszcze tego samego dnia Andrzej wyleciał z pracy.

#6DbsN

Pracuję w korporacji, gdzie panują pewne sztywne zasady. Jedną z nich jest absolutny zakaz używania Facebooka w godzinach pracy. Mimo to większość uzależnionych od tego serwisu kolegów i koleżanek dyskretnie korzysta z tego „zakazanego owocu”. Ja również, gdy nikt nie patrzy, zerknę sobie na walla, albo odpiszę na jakąś wiadomość.

Wczoraj, podczas szybkiego sprawdzania fejsowych aktualności, gdzieś pomiędzy robieniem nudnych raportów, trochę przycisnęła mnie poranna kawa i musiałem awaryjnie pobiec do świątyni dymania.
I kiedy tak siedziałem sobie na ceramicznym tronie dowiedziałem się, że właśnie zostałem wyrzucony z pracy. Na telefon przyszło powiadomienie o zmianie mojego statusu zawodowego na „bezrobotny”. Najwyraźniej, w mojej bezdennej głupocie, zostawiłem na biurku komputer z uruchomionym Facebookiem.

#K0rnq

Pewnego jesiennego dnia wracałam od koleżanki z sąsiedniego miasta do domu. Miałam tak połamane autobusy, że na styk byłabym o wyznaczonej godzinie powrotu w domu. Było już ciemno, a autobus o tej godzinie nie jechał standardową trasą tylko objeżdżał po drodze kilka wiosek...


W pewnym momencie poczułam parcie na jelito grube. Pomyślałam, że spokojnie dojadę do domu mimo tego, że miałam jeszcze po drodze przesiadkę. Moje szacunkowe obliczenia były błędne. Coraz bardziej czułam, że moje jelita szykują coś płynniejszego od tradycyjnego klocka, oblały mnie poty i wiedziałam, że mam tylko 2 wyjścia. Albo wysiąść na najbliższym przystanku, lecieć w krzaki i czekać na kolejny autobus albo srać w zbroję. Wybrałam pierwszą opcję, czego potem bardzo szybko pożałowałam.

Wysiadłam, pędem poleciałam za krzaki i zrobiłam co swoje, wróciłam.... I wtedy zaczął się mój horror. Okazało się, że nie wiem gdzie jestem, bo wieś była mi bliżej nieznana, na przystanku oprócz znaku "przystanek autobusowy" i latarni nie było nic. Przystanek był umiejscowiony w polach. Zimno, ciemno, nie wiedziałam kiedy przyjedzie kolejny autobus i na dodatek rozładował mi się telefon. Spanikowałam, a w głowie tysiąc złych myśli.
Dupa piecze i zarazem swędzi, bo nie było czym się podetrzeć. Usiadłam na chodniku i zaczęłam ryczeć. Nie wiedziałam ile przesiedziałam, ale autobus w końcu przyjechał. Usiadłam tuż za kierowcą. Jadę. Nagle poczułam, że teraz to nie krecik chce wyjść na wolność tylko porządny paw. Siedzę spocona i modlę się żebym tylko dojechała na swój przystanek, albo chociaż wyjechała z tej wioski. Moim oczom w końcu ukazało się miasto, ale do przystanku jeszcze kawałek... Ściągnęłam z szyi arafatkę zrobiłam z niej "worek" i narzygałam... Ulga była natychmiastowa. W końcu wysiadłam z autobusu na docelowym przystanku, podeszłam do kosza i zamiast wyrzucić tą orzyganą chustkę, to z całej siły wytrzepałam zawartość... między innymi na siebie.

Podjechał akurat ostatni autobus na moje osiedle. Widząc ludzi w autobusie stwierdziłam, że poświęcę się i do niego nie wsiądę tylko wrócę na nogach. Wiedziałam, że w domu i tak będzie zjebka za trzygodzinne spóźnienie. Idę, zapłakana i orzygana, a w ręku ciągnę po chodniku tą brudną chustkę. Resztkami sił doszłam 4 kilometry na swoje osiedle. Widzę z daleka blok i świecące się u mnie w mieszkaniu światło w kuchni.... No to ja już wiedziałam, że będzie awantura. Wchodzę do klatki i znowu mnie sranie spięło, biegnę do windy, weszłam do niej i zwieracze nie wytrzymały. Zesrałam się w pory. Zanim wyszłam z windy, to co nieco wypadło przez nogawkę.

Dzwonię dzwonkiem do drzwi i czekam na swoją egzekucję, chociaż już mi było wszystko jedno.... Tata otworzył mi drzwi, zobaczył mnie całą w rzygach, osraną i zapłakaną. Nie odezwał się ani słowem.
Ot, zasrana historia ;)

#aKS43

W drodze do szkoły szłam sobie dość rzadko uczęszczanym skrótem. W czasie mojego melancholijnego spaceru zerknęłam odruchowo w prawo, a z racji tego, że w Anglii firanki czy zasłonki na okna nie są zbyt częstym zjawiskiem, miałam doskonały widok na 55-calową plazmę i film dla dorosłych na niej. No niby nic, sama czasem oglądnę, każdy ma do tego prawo, więc idę dalej.

Nagle coś uroiło mi się w moim niewyspanym, poniedziałkowym mózgu, zawróciłam i przez chwilę z oddali przyglądałam się całemu pomieszczeniu. Koło telewizora stała byle jaka choinka, a nad nim obrazek z Jezusem... Niewiele myśląc podeszłam do okna i zapukałam w szybę, wystraszony i zdezorientowany facet spojrzał na mnie, a ja z bananem na twarzy pomachałam mu palcem, że nieładnie. Na koniec wskazałam na zdjęcie Jezusa i na migi pokazałam mu, że go widzi. Facet był mega zmieszany i cały czerwony na twarzy. Żeby przypadkiem nie dostać, za przeproszeniem, zjebki, wzięłam dupę w troki i uciekłam.

Tak a propos, chodzę do jednej z największych szkół katolickich w mieście, a ze względu na to, że jestem seniorem, miałam jeszcze mundurek z logo szkoły, który raczej każdy rozpoznaje... Pewnie pomyślał, że mam manię na punkcie grzechu i Jezusa.

Na szczęście facet miał na sobie koc ;)
Dodaj anonimowe wyznanie