W 2015 roku urodziła nam się córeczka Hania. Od 12 tygodnia ciąży wiedzieliśmy, że mała urodzi się z wadą serca. Po wielu przepłakanych nocach i po kilkudziesięciu wizytach u wspaniałych lekarzy dowiedzieliśmy się, że Hania będzie potrzebować stymulatora serca. Jakoś zebraliśmy siły i pogodziliśmy się z tym.
Mam wielki żal do teściowej, którą wcześniej traktowałam jak matkę, za te słowa: "Dziecko z rozrusznikiem serca to kaleka do końca życia, lepiej, żeby takie dziecko od razu umarło". Aż do dzisiaj na samo wspomnienie tych słów mam ciarki.
Teściowa obwinia nas za chorobę córki. Twierdzi, że ludzie się z nas śmieją, bo mamy chore dziecko. Cóż, to wszystko co nas spotkało tylko umocniło nasz związek. Dajemy radę, a córka to prawdziwy skarb. Tylko teściowa teraz siedzi sama w swoim mieszkaniu, nikt nie chce jej znać. Ot, na taką starość sobie zapracowała ...
Zacznę od tego, że po szkole i na weekendy czasem sobie dorabiam w jednym z hipermarketów na kasie.
Ciągle wysłuchuję jaka to młodzież jest niewychowana, bo w busie miejsca nie ustąpi, bo to, bo tamto, bo sramto.
Ale przechodząc do rzeczy. Zdarzenie miało miejsce kilka dni temu.
Była dość długa kolejka, a ludzi ciągle przybywało. No i w kolejce stała pani, która miała no problem z nogami i ledwo chodziła, a miała jeszcze wózek z zakupami i dzieckiem w środku. Za panią w kolejce stało małżeństwo, wydaje mi się dobrze po 60-tce było. W/w pani podeszła do mnie do kasy i ludzie robili tak ogromne zakupy, że stety bądź niestety owe małżeństwo także.
I wtedy pani do szanownego państwa powiedziała grzecznie, że jeżeli już chcą ją obgadywać, to niech przynajmniej robią to ciszej, bo to, że ma nogi chore nie znaczy, że uszy także. A ten ku#wa stary dziad wyjechał do niej z tekstem "to po ch#j pani słucha jak z żoną rozmawiam." No aż się zagotowałam. A ta jego żonka w ryk i patrzy na mnie licząc, że też się zacznę śmiać. Ale mi do śmiechu nie było. Gdyby wzrok mógł zabijać, to oboje by kur*a leżeli już martwi. Bardziej zabolało mnie to, że nie mogłam się nawet odezwać, bo ludzi w cholerę, a obok dyrektor :)
Staram się mieć jakikolwiek szacunek do ludzi, ale do takich osób na pewno mieć go nie będę. Nie rozumiem tylko jak można być tak je*anym hipokrytą, który poucza młodzież, by się zachowywała z szacunkiem do innych, zwłaszcza starszych osób, samemu śmiejąc się z osoby niepełnosprawnej.
PS. Przepraszam za język, ale aż mnie nosi jak ktoś odpier*ala takie rzeczy. Brzydzę się ludźmi.
Jakiś czas temu spędzałam weekend u mojego przyjaciela w domu. Nigdy więcej tego nie zrobię, ale nigdy mu się nie przyznam dlaczego.
Z góry uprzedzam, że z dość obrzydliwego, przynajmniej dla mnie powodu.
Przeraża mnie jego matka, a najgorsze w tym jest to, że kobieta jest bardzo miła, ale przeraża mnie jej niepełnosprawność. A raczej obrzydza.
Kobieta ma wyciętą krtań. Ma na szyi taki jakby guzik(nie mam pojęcia jak to się nazywa). Musi zatykać to palcem by móc mówić, a jej głos brzmi strasznie. Jeśli ktoś tego nigdy nie słyszał to brzmi on tak hmmm.. Robotycznie.
Najbardziej mnie jednak obrzydza to, że z tej dziury w gardle ciągle wycieka jej coś w rodzaju ropy i po całym domu zostawiała chusteczki. Najgorzej jednak było przy posiłkach albo jak w ogóle przy mnie stała bo ciągle tą dziurę czyściła. To wygląda trochę jakby smarkała przez dziurę w gardle i tak też to brzmi. Ciągle jej te gluty wyciekały z chusteczki, a czasem, gdy nie zasłoniła tej dziury to ta wydzielina jej się rozpryskiwała po dekolcie, a czasem i dookoła. Raz nawet poleciało na stół w trakcie posiłku. Nie byłam w stanie tam za dużo jeść i cały czas miałam wrażenie, że wszystko jest brudne.
To był jeden z najbardziej niekomfortowych weekendów w moim życiu, a ja nigdy bym się nie przyznała, że obrzydza mnie czyjaś niepełnosprawność. Nikt nie decyduje o chorobie ale i tak nie mogłam wyprzeć tego z głowy. Miałam myśl, że jakbym ja miała coś takiego to bym starała się tego nie robić, chociażby przy gościach.
No ale jednak ona ma tak cały czas, dzień w dzień i bez przerwy, a to pewnie jest mega uprzykrzające życie już wystarczająco by jeszcze dbać o to by przypadkiem jakiejś Panienki z miasta nie wprowadzać w dyskomfort.
Potrzebowałam to z siebie wyrzucić..
Robiąc zakupy w sklepach, mam taką małą grę przy kasie:
1. Wykładam towary w kolejności pakowania, kodami do kasjerki.
2. Zanim zapyta o reklamówkę, mówię czy ją chcę.
3. Pakuję wszystko tak szybko, żeby ostatni zeskanowany towar od razu znalazł się w torbie.
4. Zanim kasjerka zapyta o płatność, mówię czy kartą czy gotówką.
Zawsze zaczynam od "dzień dobry" i kończę na "do widzenia", z uśmiechem i patrząc kasjerce w oczy.
Sprawia mi przyjemność obserwowanie, jak twarz dziewczyny się rozjaśnia, w czasie kiedy mnie obsługuje :-)
Co ciekawe, nie ma znaczenia, czy to kasjerka, czy kasjer. Sprawia mi dodatkową frajdę, kiedy za którymś razem wyprzedza mnie pytaniem "siatki nie trzeba, prawda?".
Czwartkowy wieczór.
Siedzę sobie z tatą na kanapie, w telewizji leci jakiś film. Tata od czasu do czasu lubi sobie przysypiać po męczącej pracy i w ten właśnie wieczór postanowił uciąć sobie drzemkę.
A skoro śpi, to pewnie nie usłyszy, więc wykorzystałam okazję i puściłam bąka o średniej głośności.
On patrzy na mnie wyrwany ze snu i pyta:
- Co mówiłaś?
Moja siostra zawsze wysłuchiwała tekstów w stylu "Kiedy dzieci?". Zawsze odpowiadała, że nigdy, bo ich nie lubiła i doskonale wiedziała, że ich nie pokocha. Jej mąż miał podobne myślenie, ale pod presją (i po wielu groźbach) rodziny w końcu zdecydowali się na dziecko.
Dziewięć miesięcy później na świat przyszła dziewczynka. Przy porodzie były ogromne problemy. Było tak, jak mówiła moja siostra - nie kochała dziecka. Dom był dla niej klatką, ciągle mówiła, że chętnie wyszłaby z mieszkania i już nie wróciła. Do tego była w tym wszystkim sama - mąż musiał pracować, rodzina zjawiła się jedynie raz na miesiąc (tylko ja do niej przychodziłam ot tak), dawali dziecko prezenty i sobie szli.
Rok później okazało się, że dziecko jest poważnie chore. Minęło kilka miesięcy i pomimo starań lekarzy zmarło. Rodzina zapłakana, a siostra i jej mąż przyjęli to spokojnie. Rodzina się wkurzyła, zwyzywali siostrę. Nagle moja siostra stała się okropną matką, chociaż nigdy nie skrzywdziła swojego dziecka, opiekowała się nim wzorowo. Po prostu nie była smutna po pogrzebie.
Mam 18 lat. Też nie lubię dzieci. Od roku mam chłopaka i teraz to ja dostaję pytania o dzieci...
Mój syn ma 15 lat i dużo gra w gry komputerowe ze znajomymi. Nawet kiedy przychodzą do naszego domu, to gadają głownie o grach. Mój syn ma dobre oceny w w szkole, trenuje koszykówkę, więc nie ograniczam mu komputera.
Pewnego dnia usłyszałam z pokoju syna, że strasznie się zdenerwował, bo dostał zakaz grania w tę grę na zawsze za to, że kogoś tam obrażał. Strasznie mnie to zdziwiło i zasmuciło jednocześnie. On naprawdę był zrozpaczony, w tej grze kolekcjonował jakieś postacie i różne rzeczy od 2 lat.
Napisałam więc jako rodzic gracza do firmy tej gry z prośbą o zniesienie zakazu grania dla mojego syna, ponieważ poniosły go nerwy, bo miał trudny okres w życiu. Napisałam również, że dopilnuję, aby mój syn zachowywał się od tej pory należycie.
Powiedziałam o tym synowi, ale z uśmiechem na twarzy powiedział, że każdy mógłby sobie takie coś napisać, podszyć się pod rodzica. W sumie miał rację.
Po około 2 tygodniach jednak dostałam odpowiedź, że Kacpra konto zostało odblokowane i mają nadzieję, że dotrzymam obietnicy.
Od tej pory syn patrzy na mnie, jakbym uratowała mu życie :)
Prawie półtora roku temu moja sytuacja finansowa uległa definitywnemu pogorszeniu. Muszę spłacać ratę wspólnego z moim już byłym mężem ratę kredytu, bo biedaczek jest bezrobotny i nie ma z czego. Do tego za jego długi komornik zajął moje wynagrodzenie. Sprawa jest w sądzie, ale jak to bywa wcześniej spłacę jego długi niż zapadnie wyrok.
Tak czy siak na życie po zapłacenie rachunków zostaje mi naprawdę niewiele. W związku z tym faktem musiałam całkiem przeorganizować swoje dotychczasowe życie. W zasadzie całe pozostałe pieniądze wydaje na jedzenie bo na nic innego nie starczy. Stałam się mistrzem w wyłapywaniu promocji, dokładnie wiem w którym sklepie w okolicy są najtańsze ziemniaki, buraki czy też kapusta.
Potrafię z tego wyczarować naprawdę mistrzowskie kulinarne dania. Do pracy od momentu pogorszenia noszę sobie pudełka ze swoim jedzeniem, skończyło się zamawianie chińczyka czy też innych rarytasów. Nie kupuję żadnych ubrań, tylko niezbędne kosmetyki, żeby jakoś wyglądać. Odstawiłam na bok samochód, bo zwyczajnie nie stać mnie żeby to zaatakować. Wszędzie chodzę na piechotę,na szczęście do pracy mam blisko.
Moja sylwetka stała się dzięki temu zdecydowanie lepsza. Wszyscy w pracy myślą że jestem taka ekologiczna i fit, a ją po prostu nie mam kasy. I ostatnio wypadła mi plomba, musiałam iść do stomatologa, wydatek całkowicie niespodziewany i nie przewidziany w budżecie.
Do pracy już nie miałam co zabrać do jedzenia i byłam po prostu głodna a do wypłaty jeszcze kilkanaście dni. Kolega zamówił jedzenie, ale nie dojadł, i wyszedł do domu. Wstyd się przyznać ale zjadłam te resztki po nim, bo byłam tak głodna. I wstyd się przyznać, ukradłam z pracy papier toaletowy i kilka torebek herbaty.
Wstyd mi. Ale naprawdę nie miałam wyjścia. Jeszcze dwa miesiące totalnego biedowania i komornik zejdzie mi z wypłaty. A co w tym anonimowego? Nikt nie wie jakie mam problemy, boi po co? Co mi dała ta lekcja? Żeby się nie poddawać. Jeszcze wyjdę na swoje. Zobaczyłam też plusy, np moja nowa sylwetka. I może już zawsze będę jadła kartofle buraki i kapustę?
Gdy byłam małym dzieckiem często myślałam, że jestem niesamowicie sprytna i zaradna. Niestety nie do końca.
Któregoś razu moja mama wychodziła z domu, aby odebrać moją dwa lata starszą siostrę ze szkoły. Ja jeszcze nie chodziłam do podstawówki, ale bardzo nie mogłam się tego doczekać, dlatego zawsze chodziłam z mamą ją odebrać, aby móc choć chwilę tam pobyć i powiedzieć "dzień dobry" jakiejś nauczycielce.
Tego razu było inaczej. Oznajmiłam rodzicielce, że dzisiaj chcę zostać sama (podstawówka była 5 minut drogi od mojego domu), więc mama zaśmiała się i upewniła dwa razy, czy moja decyzja jest ostateczna. Potwierdziłam, więc mama wyszła oznajmiając, że za 15 minut będzie.
Po pięciu minutach zdałam sobie sprawę, że zmieniłam zdanie i nie chcę być sama, więc zerwałam się, ubrałam buty i wyleciałam z domu. Poprosiłam obcą kobietę o przeprowadzenie mnie przez jezdnię i po chwili stałam przy wejściu do szkoły u boku mojej mamy, która przerażona ukucnęła przy mnie, otwierając szeroko oczy i nie mogąc wydusić z siebie słowa. Widząc jej minę, postanowiłam ją uspokoić: "Mamo, ty się nic nie martw, pani przeprowadziła mnie przez ulicę". Mama w końcu wydusiła z siebie "A dom, drzwi?!", a ja na to "Spokojnie, o wszystkim pomyślałam. Drzwi zastawiłam kapciem".
Poznaliśmy się, kiedy byłam małolatą, a on dorosłym facetem. Miałam 17, a on 24 lata. Pracował, dobrze zarabiał. Ja chodziłam jeszcze do liceum. Przez 7 lat tylko się spotykaliśmy. Po tym czasie stwierdziliśmy, że czas najwyższy zamieszkać razem, bo ile można czekać? Akurat nasza decyzja zbiegła się w czasie z wyjazdem moich rodziców za granicę, na jakiś czas. Zostawili mi dom, Maks się wprowadził, ja byłam przeszczęśliwa.
Na początku było idealnie. Radziliśmy sobie świetnie, on miał dobrą pracę, ja też. Tylko że polegała ona na ciągłych wyjazdach, wyjeżdżałam z domu o 8, a wracałam o 20. Po 12 h zapieprzu człowiek jednak oczekuje od drugiej połówki pomocy i zaangażowania. A kiedy wracałam do domu i wszystko było dokładnie w takim samym stanie jak rano, to szlag mnie trafiał. Brudne pranie, skarpety walające się w przedpokoju, jemu się nawet nie chciało włożyć brudnych naczyń do zmywarki. Na kolację nie miałam co liczyć, bo księciuniowi nawet nie chciało się nic ugotować, za to był na tyle bezczelny, żeby mnie zapytać "co ugotujesz?". I żeby nie było - rozmawiałam z nim, robiłam tabelki, podziały obowiązków, prosiłam, błagałam. Było dobrze przez 3 dni, a później znowu wracaliśmy do punktu wyjścia.
Pewnego wieczoru, kiedy znowu wróciłam utyrana z pracy do domu (on skończył o 16, ja o 20 i jeszcze po pracy pojechałam na zakupy, bo lodówka świeciła pustkami), a on leżał na kanapie przed telewizorem w totalnym chlewie, coś we mnie pękło i powiedziałam mu "pakuj się". On do mnie "ha, ha, kochanie, bardzo śmieszne". Wpadłam w szał. Zaczęłam się drzeć. Wyrzuciłam mu, że ze wszystkim jestem sama. Urabiam się po łokcie, czuję się jak jego gosposia, a on od siebie nie daje kompletnie nic. "Pakuj się i znikaj stąd z całym tym swoim chlewem. Mam tego kurwa dość" - to były moje ostatnie słowa. Maks jeszcze przez chwilę stał i patrzył na mnie z niedowierzaniem. W końcu dotarło do niego, że mówię serio. Wziął kilka swoich rzeczy i wyszedł. Oczywiście później do mnie wydzwaniał, przepraszał, obiecywał poprawę, a jak byłam nieugięta, mówił, że jestem nienormalna, że zostawiłam go przez taką pierdołę...
Jak to, że jesteś pasożytem, leniem, egoistą nazywasz pierdołą, to OK. Ja już wolę być sama, niż skakać nad wygodnym nierobem i prać jego brudy.
Dodaj anonimowe wyznanie