#UmF7P
Na początku było idealnie. Radziliśmy sobie świetnie, on miał dobrą pracę, ja też. Tylko że polegała ona na ciągłych wyjazdach, wyjeżdżałam z domu o 8, a wracałam o 20. Po 12 h zapieprzu człowiek jednak oczekuje od drugiej połówki pomocy i zaangażowania. A kiedy wracałam do domu i wszystko było dokładnie w takim samym stanie jak rano, to szlag mnie trafiał. Brudne pranie, skarpety walające się w przedpokoju, jemu się nawet nie chciało włożyć brudnych naczyń do zmywarki. Na kolację nie miałam co liczyć, bo księciuniowi nawet nie chciało się nic ugotować, za to był na tyle bezczelny, żeby mnie zapytać "co ugotujesz?". I żeby nie było - rozmawiałam z nim, robiłam tabelki, podziały obowiązków, prosiłam, błagałam. Było dobrze przez 3 dni, a później znowu wracaliśmy do punktu wyjścia.
Pewnego wieczoru, kiedy znowu wróciłam utyrana z pracy do domu (on skończył o 16, ja o 20 i jeszcze po pracy pojechałam na zakupy, bo lodówka świeciła pustkami), a on leżał na kanapie przed telewizorem w totalnym chlewie, coś we mnie pękło i powiedziałam mu "pakuj się". On do mnie "ha, ha, kochanie, bardzo śmieszne". Wpadłam w szał. Zaczęłam się drzeć. Wyrzuciłam mu, że ze wszystkim jestem sama. Urabiam się po łokcie, czuję się jak jego gosposia, a on od siebie nie daje kompletnie nic. "Pakuj się i znikaj stąd z całym tym swoim chlewem. Mam tego kurwa dość" - to były moje ostatnie słowa. Maks jeszcze przez chwilę stał i patrzył na mnie z niedowierzaniem. W końcu dotarło do niego, że mówię serio. Wziął kilka swoich rzeczy i wyszedł. Oczywiście później do mnie wydzwaniał, przepraszał, obiecywał poprawę, a jak byłam nieugięta, mówił, że jestem nienormalna, że zostawiłam go przez taką pierdołę...
Jak to, że jesteś pasożytem, leniem, egoistą nazywasz pierdołą, to OK. Ja już wolę być sama, niż skakać nad wygodnym nierobem i prać jego brudy.
Bardzo dobrze zrobiłaś. Takie rzeczy wynosi się z domu i jeśli przez całe swoje życie nauczony byl że ktoś robi wszystko za niego to ciezko te nawyki zmienić. Może na początku by się staral, ale później na pewno wróciłoby wszystko do normy.
Brawo, w końcu prawidłowa reakcja kobiety. :)
Pięknie, i tak powinny zrobić wszystkie kobiety, którym to nie pasuje, a nie potem do końca życia jęczeć, że facet im ani w domu, ani przy dzieciach nie pomaga. Sama za młodu (16-19 lat) byłam z facetem starszym ode mnie o dwa lata. W jego domu rodzinnym syf, który nawet by się do perfekcyjnej pani domu nie nadawał. Gruba matka przed komputerem, zamawiane żarcie z knajp, z lodówki jedzenie samo wychodziło, a do podłogi szło się przykleić. W sezonie letnim jego brat jeździł na motorze, zdarzało się, że te brudne opony razem z ciuchami leżały przez miesiąc w wannie, przez co można było używać tylko prysznica... Myślałam, że go zmienię, pomagałam mu sprzątać pokój, ale czysto było tylko przed max dwa dni. Nie wytrzymałam, jak wyjechaliśmy na wspólne wakacje z parą znajomych na 2 tygodnie. Jemu zaginął ręcznik - znalazłyśmy go z koleżanką mokrego, za pralką, pod koniec wyjazdu. Nawet nie chcę sobie przypominać, jak bardzo śmierdział. To było wydarzenie, które uchroniło mnie od bycia służącą i w chu toksycznego związku. Dzięki ci, ręczniku!
Jeżeli ktoś patrzy na bałagan całe życie to wydaje mu się normalny. Mój mąż też uważa, że odkurzanie to tylko w sobotę bo tak nauczyła go mama. A ja odkurzam codziennie i dla mnie to jest normalne
Mój z kolei uwarza, ze sprzątanie polega TYLKO na ogarnięciu podłóg. Właśnie dlatego, ze jego obowiązki jak mieszkał z rodzicami sprowadzały się do odkurzenia, czasami naprawdę czasami przetarcia kurzu. Resztę robię ja, no chyba, ze na niego naskoczę, to się zmobilizuje, ale sam z siebie? Nigdy w życiu.
Nie zauważyłam, ze zrobiłam błąd. Uważa* nie uwarza o,O
Jak odkurzasz codziennie to masz obsesje... 3 razy w tyg max
@pelikanowa mam małe dziecko, które jest na etapie "każdy okruszek wezmę do buzi" jak tylko przestanie to wrócę do trybu odkurzania jak jest brudno
brawo! w końcu jakaś mądra! dziewczyny bierzcie z niej przykład! 👍👍👍
Kurde a kościół zabrania wspólnego mieszkania przed ślubem, a potem zdziwieni skąd tyle rozwodów !
Jeżeli jest małżeństwo wierzące, to istnieje niewielka szansa na rozwód. Jedna wierząca połówka zmniejsza tę szansę o ładnych parę procent.
Jeśli małżeństwo jest wierzące, to istnieje taka sama szansa na rozwód. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest wierzący czy nie, jeśli jedna strona nie robi zupełnie nic, tylko się leni, a druga zapieprza na dwa etaty (jeden w pracy, drugi w domu), to w końcu ma dość. Niby się przysięga, że w zdrowiu i w chorobie, że póki śmierć nas nie rozłączy, ale w związku powinny pracować dwie strony, nie jedna. Oboje powinni pracować nad związkiem, oboje powinni dawać coś od siebie.
Statystycznie małżeństwa wierzące rozwodzą się rzadziej od niewierzących. Wg badań w USA kilka lat temu różnica wynosiła ok. 12 pkt.proc. (28 a 40 proc.), we Włoszech różnica była kilkukrotna (w próbie 2000 małżeństw zawartych w tym samym roku w ciągu 7 lat rozwiodło się 67 par wierzących i ponad 200 niewierzących).
Zgadzam się, że rozwodów z pewnością byłoby mniej, gdyby każdy przed ślubem zweryfikował chęć i gotowość partnera do dzielenia nie tylko łóżka, ale też obowiązków domowych.
Może masz rację, ale wg mnie dzieje się tak dlatego, że niektórzy przekładają przysięgę małżeńską nad swoje dobro, co nie jest w porządku. Faktycznie, było kilka historii, w których mąż-alkoholik terroryzował rodzinę (w sumie... Nie tylko alkoholik), a babka nie odeszła, bo "co ludzie powiedzą, przecież ślubowałam". To, że takie małżeństwa przetrwały nie znaczy, że przetrwały z miłości... O kobietach terrorystkach mówi się mniej, ale być może jest ich tyle samo, a faceci nie odchodzą z tego samego powodu- przecież ślubowałem. Ale ślubowali nie tylko to, że nie opuszczą aż do śmierci, ślubowali też miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Przemoc się do tego nie zalicza, więc skoro jedna strona nie spełnia tego, co przysięgała, to... Czemu ta druga osoba nie może nie spełnić warunku bycia ze sobą do śmierci? Wygląda to tak, jakby pewna część społeczeństwa za większą hańbę uważała rozwód, niż przemoc.
Ale ja się absolutnie zgadzam
I uważam, że dobre i szczęśliwe małżeństwo (i w ogóle związek) może powstać tylko na gruncie miłości, wzajemnego szacunku i współpracy, a sytuacja, gdy jedna strona tylko żąda, nie dając nic w zamian, jest patologiczna. Jak takie sprawy wychodzą po ślubie, a rozmowy nic nie dają, to rzeczywiście rozwód wydaje się jedyną sensowną opcją.
Chciałam tylko wskazać, że keanna ma rację, że jest związek między wyznaniem małżonków a szansą na rozwód.
@AmziToizma
"Ale ślubowali nie tylko to, że nie opuszczą aż do śmierci, ślubowali też miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Przemoc się do tego nie zalicza, więc skoro jedna strona nie spełnia tego, co przysięgała, to... Czemu ta druga osoba nie może nie spełnić warunku bycia ze sobą do śmierci?"
Generalizując - ślub kościelny z założenia ma być świadomą i wiążącą decyzją osoby wierzącej, zawartą we wspólnocie Kościoła. Jeśli dobrowolnie składasz jakieś przyrzeczenie, to bierzesz za nie odpowiedzialność i nie ma znaczenia, czy "druga połówka" tej samej obietnicy dotrzymuje, bo jej obietnica nie jest twoją - kwestia sumienia ludzi wierzących i inne takie. Jeśli nie ktoś nie zamierza się tego trzymać, to nei powinien brać kościenego - jak dla mnie dosyć proste.
@Shireal - Aha. No słabo to brzmi :'| Czyli jak bierze się ślub kościelny z osobą, która przez powiedzmy kilka lat była super, dobra i ogólnie wspaniała, a potem, już po zawarciu małżeństwa, ten ktoś zmienia się o 180 stopni, łamiąc zasady, które ślubował... To jego małżonek dalej ma czuć się zobowiązany do trwania w swojej przysiędze? Osobiście w takiej sytuacji absolutnie nie poczuwałabym się do dotrzymywania swojej części obietnic. Z tego prostego powodu, że nie taka była umowa, a umowy są obustronne. Tak to działa co nie? Oczywiście wiem, każdy ma inne podejście i moralność. Ktoś religijny może rzeczywiście woleć nie złamać takiej "obietnicy przed bogiem" i żyć dalej w nieszczęściu, niż rozstać się i poprawić swoją sytuację (choć jak dla mnie właśnie takie świadome szkodzenie sobie samemu jest większym "grzechem", skoro bóg uczył ludzi, że mają być dla siebie dobrzy). Może faktycznie nie wszystkie takie małżeństwa trwają przy sobie ze względu na "co ludzie powiedzą", a ze względu na sumienie i poczucie zobowiązania? But still - jeśli ślubujesz coś danej osobie, to ślubujesz to danej osobie - tej, którą znasz. Zatajenie istotnych faktów, np. udawanie lepszego człowieka, żeby dobrze wypaść przed partnerem, a później, już po ślubie, zachowywanie się zupełnie inaczej, to jest zwyczajne oszustwo i powód do rozwodu 😐
Są przypadki stwierdzenia nieważności małżeńskiej i spotkałam się z sytuacjami, że właśnie taka zmiana o 180° po ślubie sprawiała, że małżeństwo uznano za nieważne. Podstawą, o ile się nie mylę, był brak dojrzałości do małżeństwa oraz "poważny brak rozeznania oceniającego co do praw i obowiązków małżeńskich".
Chyba z Lunathiel myślimy dokładnie tak samo. Ślub jest "umową" obustronną. Ślubują dwie osoby, a nie jedna. Rozumiem, że ktoś może powiedzieć "to, że on nie dotrzymał słowa nie znaczy, że musisz być taki sam" i jasne, że nie musisz, w pewnych sytuacjach to zniżanie się do poziomu tej pierwszej osoby, ale właśnie- w pewnych sytuacjach. W innych jest to być może ratowanie własnego życia i zdrowia, które w takiej sytuacji ma wg mnie większą wartość, niż ta przysięga. Dawać się bić w imię "miłości" i przysięgi? No chyba to nie tak? ;)
I bardzo dobrze. W takich sytuacjach zawsze jest nam żal, ma się potem myśli, że szkoda tych lat, całej relacji, bo tyle było dobrych chwil razem, bla bla bla. A prawda jest taka, że jeśli koleś nie potrafił ogarnąć dupy po kilku prośbach, to na 90% nie zrobiłby tego również po ogromnej kłótni i wyrzuceniu z domu. Plus, ogólnie nienawidzę jak ktoś jest na tyle bezczelny, że z góry na dół olewa to co się do niego mówi i powtarzanie mu tego samego 100 razy kompletnie nic nie daje. Tak zachowują się leniwe, rozwydrzone dzieci, a nie dorosły mężczyzna.
Bardzo dobrze zrobiłaś.
No i prawidlowo .
Popieram. Dom jest wspólny, ma być 'nasz', budowany razem a nie przez harówę jednej osoby i wygodnictwo drugiej. Dla mnie związek ma być partnerstwem. Niczyją gosposią nie będę.
Powodzenia dalej autorko!
Ja kilka miesięcy temu też rozstałam się przez takie zachowanie z narzeczonym. Byliśmy razem bardzo długo, bo niemal 13 lat, ale od kilku lat stawał się człowiekiem, którego nie lubiłam. Prosiłam żeby pomógł przy sprzątaniu -nie,bo on nie lubi i kurz mu nie przeszkadza, a jak ja mam z tym problem, to albo sama posprzątam, albo opłacamy sprzątaczkę po pół. Kubka, który leżał w zlewie umyć nie mógł, bo nie jego, a swój tylko przepłukał...rozmowy nie pomagały (zaraz się obrażał), kłótnie też nie. Kiedy po pracy zasiadał z piwem w ręce przed tv, a ja zapierdzielałam jak mały samochodzik żeby ogarnąć obiad, ogród i inne rzeczy to ze złości myślałam, że się rozlecę.
Próbowałam na spokojnie porozmawiać, ale ciężko porozumieć się z kimś, kto nie widzi w niczym swojej winy i zaraz mnie atakuje. Potem już przestaliśmy rozmawiać na jakieś poważniejsze tematy, bo jeżeli miałam inne zdanie to się obrażał lub ucinał rozmowę, bo ja i tak się nie znam i głupoty gadam. W końcu nie wytrzymałam, stwierdziłam że nie ma sensu reanimować trupa i trzeba pomyśleć o sobie, więc to zakończyłam. Strasznie był zdziwiony, bo przecież "ja bez niego się zapłaczę". Ja płakałam, a on się uśmiechał i pytał czy chcę zobaczyć jego nową dietę? Nosz...no i pierwsza miłość raczej nie będzie tą ostatnią ;) zresztą jak co chwilę słyszałam tylko co powinnam robić, jak się zachowywać, jala być żeby on mnie kochał. Szkoda, że od siebie nic nie dawał.