Moja przyjaciółka ma czwórkę dzieci (pozwoliła sobie na to, ponieważ było ją stać, a zawsze chciała mieć dużą rodzinę). Jakimś cudem, choć ja sama nie mam pojęcia jakim, bo dzieci nie posiadam, zawsze udawało jej się ogarnąć dziatwę, męża, pracę i jeszcze znaleźć czas, aby wyjść ze mną na kawę. Jednak odkąd szwagrowi (tak nazywam jej męża) zaczęły się wyjazdy służbowe, jej jedynemu synowi, jednocześnie mojemu chrześniakowi, odbiła szajba. Zaczął strasznie przeklinać, wyzywać i bić siostry (i nie było to takie bicie między rodzeństwem, a ataki szału), startować z pyskiem do matki oraz rozwalać rzeczy w domu jak popadnie.
Przyjaciółka nerwowo już z nim nie wytrzymywała, bo żadne rozmowy, zakazy, kary ani obietnice nic nie dawały. Kiedy wracał ojciec, młody zawsze był wielce obrażony i nie wychodził z pokoju, ewentualnie wyzywał i przyjaciółkę, i szwagra od najgorszych.
Uwierzcie mi, nie wiedziałam już kto pierwszy wyląduje u psychologa, on czy oni.
W końcu, kiedy koleżanka już któryś raz zadzwoniła do mnie, że nie daje rady i z zapytaniem, czy może przyjechać z dziewczynkami (szwagier znowu był na wyjeździe), zdenerwowałam się jak diabli, kazałam jej spakować siebie i młode na kilka dni i natychmiast przyjeżdżać. Mam duży dom, a mieszkam w nim sama, więc nie było z tym większych problemów.
Następnego dnia sama się spakowałam i pojechałam do jej mieszkania. Chrześniaka akurat nie było (całe szczęście chociaż szkoły nie olewał), więc zabrałam się do pracy.
Z pomocą bardzo miłego pana sąsiada wyniosłam z jego pokoju wszystko oprócz łóżka i komody z ubraniami oraz wymontowałam drzwi. Wszystko przeniosłam do składzika, a sama zabarykadowałam się w pokoju gościnnym. Wszystkie pokoje poza łazienką i kuchnią zamknęłam na klucz, który dobrze ukryłam.
Jego mina po powrocie była nie do opisania.
Oczywiście wystartował do mnie z gębą, tego się można było spodziewać, chociaż zawsze czuł do mnie raczej respekt, byłam jego "ulubioną ciocią". Kiedy padło pierwsze wyzwisko w moją stronę, uderzyłam go w twarz. Wprost powiedziałam mu, że nie ma prawa do nikogo się tak odzywać.
Obraził się i zaszył u siebie. Przez cały dzień nie wychodził. Ja w tym czasie ugotowałam obiadokolację i zmusiłam go do odrabiania lekcji w kuchni oraz jedzenia. Powiedziałam mu też wtedy, że nie zobaczy ani matki, ani sióstr do czasu, aż się nie ogarnie. Zabrałam mu telefon.
I tak minął tydzień. Niestety zabraknie mi znaków, aby opisać dokładnie wszystko co się podczas niego wydarzyło, ale w skrócie - udowodniłam gówniakowi jakie ma szczęście i na co będzie skazany, jeśli nie będzie tego doceniał.
Przeprosił rodziców i się ogarnął. Serio, zrobił się nawet miły dla sióstr, a tego nie było nawet wcześniej.
O dziwo, nadal pozostałam ulubioną ciocią.
Poniekąd jestem dumna.
Miesiąc temu zrobiłam sobie pierwszy tatuaż. Na udzie, jest całkiem spory. Czekałam na niego pół roku i... nie podoba mi się. Gdy na niego patrzę, denerwuje mnie. Myślałam nad wzorem dobry rok, a teraz myślę tylko o tym, żeby go usunąć. Nie mogę przywyknąć do tego, że mam coś takiego na skórze.
Tatuaże bardzo mi się podobały, dopiero gdy sama zrobiłam zrozumiałam, że podobają mi się one tylko u innych. Marzę o tym, żeby go usunąć, ale wstydzę się o tym komukolwiek powiedzieć.
W końcu tak się cieszyłam na nową ozdobę, wydałam na nią bardzo dużo pieniędzy. A teraz okazuje się, że dużo bardziej podoba mi się skóra bez tatuażu...
Strasznie żałuję.
Mam żal do rodziców.
Kochają mnie, dbają o mnie, traktują mnie na równi z dwójką rodzeństwa. Pozwalają mi na wiele rzeczy, których inne osoby w moim wieku nie mogą (decydowanie o wyglądzie, kieszonkowe, wybór szkoły, wybór religii i poglądów), są tolerancyjni.
Jest jedna rzecz. Jedna rzecz, która doprowadza mnie do szału, przez co nie jestem w stanie kochać i odwdzięczać się rodzicom za miłość.
Jest to kontrola nad całym moim życiem.
Dostajesz kieszonkowe? Musimy wiedzieć, na co je wydajesz! To nie jest zwykłe martwienie się o to, na co idą ciężko zarobione pieniądze, to jest robienie afery, jak zginie jakiś rachunek za batonika i oni go nie zobaczą.
Jak po raz pierwszy poszłam spędzić sylwestra z najlepszą przyjaciółką (w sumie to tylko dlatego, że mama sama zaproponowała) i planowałyśmy w sumie całą noc przesiedzieć na rozmowach i graniu na konsoli, to rodzice co godzinę dzwonili, żeby sprawdzić, czy się nie upiłam.
Mimo że ja gardzę alkoholem, zwłaszcza u nieletnich. A oni o tym wiedzą.
Jak chodzę do szkoły, to oni muszą znać plan lekcji, godziny, o których kończę i czas, jaki zajmuje mi powrót do domu. Jeśli się spóźnię chociaż 5 minut, to wyrzuty robią mi przez miesiąc.
Kolejną rzeczą jest kontrolowanie elektroniki. Obserwowanie mojej aktywności na portalach społecznościowych, aplikacje kontrolujące urządzenia, bardzo ścisłe godziny, w których mogę korzystać z komputera i telefonu.
Doprowadza mnie to do szału. Przez nich mam paranoję, że ktoś cały czas obserwuje i ocenia każde moje działanie. Przez to każda rzecz, którą robię, jest mi dodatkowo utrudniana przez wszelkie czynności, żeby ukryć swoje działania.
Nie mam zbyt wiele do ukrycia. Jestem zwykłą nastolatką, która głownie w internecie ogląda sztukę innych ludzi, albo czasami sobie gra, pieniądze wydaje na hobby, a z przyjaciółkami rozmawia. Nie robię nic, o co mogli by mieć taki problem z zaufaniem.
Jedynym efektem jest to, że czuję się tym przyduszana. Każda rzecz, którą robię, oni wiedzą. Znają każdy mój sekret, każdą lokalizację w jakiej byłam, każdą stronę internetową, jaką odwiedzam, każdą moją przyjaciółkę.
Boję się odzywać, cokolwiek sobą pokazywać. Jak tylko mogę, korzystam z każdej luki w "obserwacji", by poczuć na chwilę wolność.
Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Robię to dlatego, żeby przestać czuć się obserwowaną.
Teraz siedzę na wycieczce szkolnej, na fałszywym koncie z drugiego konta na urządzeniu (telefon ma opcję kilku użytkowników) i piszę to wyznanie. Modląc się, by moi rodzice nie odkryli kolejnego sposobu na kontrolę dziecka.
Byłam ostatnio u babci i dostałam 100 złotych zamiast 50, bo mam Jezusa na tapecie w telefonie. Powiedziała, że jest dumna, że ma taką wnuczkę.
Nie powiem jej, że to nie Jezus, a Keaton Henson.
Mam potwornie mieszane uczucia wobec chorej sytuacji, która ostatnio zaszła. Razem z mężem i rocznym synkiem mieszkamy w mieszkaniu, które przejściem połączone jest z mieszkaniem jego 38-letniej siostry. Oba znajdują się w jednym domu. Taki stan rzeczy wynika z tego, że duże mieszkanie zostało podzielone na dwa osobne przez jego rodziców dekady temu, z myślą, że kiedyś oni zajmą jedno, a któreś z dzieci drugie. Wyszło inaczej. Oni wyjechali do Anglii na stałe, my wykupiliśmy od nich połowę. Ważnym faktem jest to, iż owa siostra jest starą panną, nigdy nie była w związku, z marnym życiem towarzyskim i brakiem pracy, żyjąca z pieniędzy rodziców, bo ona ma jeszcze czas. Nie nasza sprawa. Unikam proszenia jej o pomoc przy dziecku, ale jak to w życiu bywa, czasem muszę. Pracuję umysłowo z domu, ale co jakiś czas muszę podjechać do biura załatwić parę rzeczy. Ważnym jest też to, że owa kobita komputera nie ma, średnio umie go obsługiwać.
Jakiś czas temu poprosiła mnie, abym udostępniła jej komputer, bo chce napisać CV. Wpuściłam ją i sama pojechałam z małym na zakupy. Tydzień później zostawiłam jej dziecko. Wróciłam szybciej niż myślałam, że będę. Zastałam szwagierkę zapinającą w popłochu koszulę i poprawiającą na szybko stanik. Tłumaczyła się, że mały koszulkę jej ubrudził. Coś mi ten pośpiech i zmieszanie na twarzy nie pasowały, ale co miała niby robić - striptiz?
Dzisiaj się dowiedziałam, szukając czegoś w historii przeglądania, znalazłam zapytania "jak rozbudzić laktację", "leki mlekopędne" sprzed około półtorej tygodnia. Siostra męża zawsze była lekko stuknięta na punkcie bratanka i chyba zazdrosna o jego przywiązanie do mnie, ale o tak chorą jazdę jej nie posądzałam - próbować karmić cudze roczne i już trochę rozumiejące dziecko? By rozwiać wszelkie wątpliwości - spytałam ją o to. Rzecz jasna nie przyznała się, ale było widać, że jest zakłopotana. Można było by mieć nadzieję, że to zbieg okoliczności, gdyby nie uwaga rzucona na koniec rozmowy - "może i ktoś powinien go tak karmić, jeśli ty się do tego nie nadawałaś i ci się nie chciało. Taka bliskość jest ważna dla dziecka, a on biedny jest jej pozbawiony".
Cóż, urodziłam wcześniaka w 26 tygodniu, sama miałam rozległy krwotok i zamiast walczyć o laktację, walczyłam o życie. Sama nie wiem, co teraz czuję - rozgoryczenie, złość, obrzydzenie czy zażenowanie.
Święta Bożego Narodzenia.
Wraz z mamą, siostrą i jej chłopakiem pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny. No i jak to bywa, ciasta pojedliśmy, ryby pojedliśmy, opłatkiem się podzieliliśmy, to dziadek pac - wódeczka na stół. No i wszyscy sobie gadamy, pomału pijemy (tu zaznaczę, że mam skończone 19 lat), ale babcia jak to babcia, co dwie minuty z tekstem "córciu, weź sobie jeszcze tego ciasta… albo rybę zjedz, bo się zmarnuje". A po chwili znowu mówi: "Mateusz, tej rolady ci nałożę, bo kto to będzie jadł… albo rybę zjedz, bo się zmarnuje!". I tak babcia co chwilę do każdego z takim tekstem. Ja już byłem po paru kieliszkach, a babcia zirytowana, że pełno jedzenia na stole, nikt nic nie je, bo my już nażarci…
W końcu wzięła mój talerz, nałożyła mi jakiejś rolady czy ryby, podstawiła pod nos i srogim głosem, jakby do dziecka, powiedziała: "Jak tego mięsa nie zjesz, to więcej wódki nie dostaniesz!" :D
Rozmawiałam ostatnio ze znajomą panią okulistką, opowiadałam mi o swoim ostatnim dyżurze w szpitalu i naprawdę nie mogę uwierzyć, że ludzie są aż tak głupi.
Przyszła na SOR dziewczyna z przeciętnym okiem i powieką całkiem na pół. Zapytana o to jak to się stało powiedziała, że malowała sobie rzęsy i jak to niektóre tusze potrafią bardzo te rzęsy skleić, więc dziewczyna długo nie myśląc poszła po żyletkę, bo przecież nada się do tego doskonale (!). I tą żyletką próbowała rozkleić, pech chciał że ręka poleciała jej za mocno... W efekcie ma przeciętą gałkę oczną, co podobno nadaje się do szycia.
No i tak jak wspominałam powieką całkiem na pół. Ludzie serio, ktoś miewa takie pomysły?
Jak ja nie znoszę starych ludzi kupujących kapustę kiszoną...
Zawsze, ale to zawsze muszą sobie wcisnąć coś do gęby. Nie da się kupić tak po prostu.
Zawsze gdy widzę starą kobietę pakującą kapustę kiszoną, to albo już coś żuje, albo zaraz ładuje kapustę do ust.
I to nie jeden mały kawałek, by spróbować. Zazwyczaj łapią w trzy palce tyle ile się da, a i tak później jeszcze dokładają.
Analogicznie jest ze starymi kobietami przy bułkach. Tylko tam zamiast zjadania jest macanie. Wszystko wymacają.
Ble!
Głupota ludzi w internecie mnie powala. Czytałam komentarze pod jakimś postem na forum o zwierzętach. Co tam się odwaliło.... Jedna babka stwierdziła, że skoro jakaś karetka jest wolna, to czemu nie miałaby pojechać np. do chorego psa, w końcu stworzenie żywe to stworzenie żywe. Oczywiście inne równie "inteligentne" osoby poparły ten pomysł.
Jeżdżę na karetce niecały rok. Tam nie ma dużo wolnego czasu. Czasami się jeździ do zawału, wypadku, ostrej trzustki i innych stanów zagrażających życiu, a czasami do bólu małego palca. Jeśli ktoś myśli, że potrafię udzielić pomocy medycznej zwierzęciu, to się chyba widział z głupim przez telefon. Ten, kto uważa, że układy są podobne, niech zamiast wsiąść za kierownicę samochodu wsiądzie za stery samolotu, w końcu środek transportu to środek transportu.
Nie ma na świecie osoby, która denerwowałaby mnie bardziej niż moja siostra.
A tak konkretniej. Siostra jest ode mnie 8 lat starsza. Gdy miała lat 19, wydała na świat swoje pierwsze dziecko, córkę. Po pół roku od jej urodzenia siostrze zostały ograniczone prawa rodzicielskie, ogólnie lubiła sobie wypić, pójść na imprezę i sypiać z nowo poznanymi mężczyznami. Pomocy od moich rodziców nie chciała, dziecko trafiło do biologicznego ojca, chłopak nie chce na siostrzenicę alimentów, siostra dziecka do tej pory widzieć nie chce.
Przez hulaszczy tryb życia siostra poroniła minimalnie 4 razy (liczę tylko te "razy", gdy moja mama chodziła do niej do szpitala przynosząc ciuchy, jedzenie itd.).
W wieku 24 lat urodziła kolejne dziecko. Ojciec nieznany. Nasza mama obiecała jej pomoc w opiece nad synem, czy też czasem wspierać finansowo, ale tylko jeżeli ograniczy imprezy. Zastosowała się.
Od tamtej pory minęły cztery lata, a ja mam zszargane nerwy. Siostra jest u nas codziennie od rana do wieczora. Gdy tylko wrócę do domu, od razu słyszę "o, przylazłaś w końcu, zajmij się nim". Siostra nie wie co to znaczy posprzątać po sobie i dziecku. Jej syn przeklina, pluje na ludzi, gryzie i bije. Gdy zwracam mu uwagę, że tak nie można, zaczyna płakać, jakbym go ze skóry obdzierała. W rezultacie słyszę "to tylko dziecko/to nie twoje dziecko, więc go nie pouczaj/weź idź do siebie/jak będziesz miała dzieci, to...".
Często też słyszę, że powinnam rzucić szkołę, znaleźć sobie faceta i urodzić dziecko. A faceta trzeba upolować, więc powinnam się zacząć ubierać w kuse spódnice czy wyuzdane bluzki, a nie w spodnie, jak facet. Żebym zaczęła się zachowywać jak normalna dziewczyna.
Szlag mnie trafia, gdy udaje taką odpowiedzialną, doświadczoną i najmądrzejszą na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie