Pracuję w Niemczech i muszę dojeżdżać do pracy pociągiem jakieś 30 km. Pociąg jak pociąg, tyle że niemiecki - czysto, klimatyzacja i kultura. Wsiadający Niemcy się witają, wysiadający żegnają.
Jechałam kiedyś już do domu w prawie pustym wagonie. Wsiada pasażer, siada naprzeciwko mnie. Guten Tag - on, Guten Tag - ja i się kolebiemy pogodnie w wagonie. Nagle dzwoni komórka tego pana i się okazuje, że to stęskniona żona, bo pan przywitał się z nią po polsku, oznajmił, że za jakieś dwie godziny będzie w domu i zaczął barwny opis tego co, gdzie, jak i czym jej zrobi, jak ją już dorwie po tak długim rozstaniu. Akcja była ognista i rozwijała się wartko, opisy erotyczno-anatomiczne przyprawiłyby o rumieniec najtwardszych słuchaczy, pani chyba nie była dłużna w obietnicach składanych panu, bo jego opowieść była coraz bardziej pornograficzna. W pewnym momencie współrozmówczyni pana chyba się zaniepokoiła o potencjalnych słuchaczy jego wywodów, bo pan jej oznajmił bezstresowym głosem "E nieeee, prawie cały wagon pusty, tylko jakaś Niemka naprzeciwko mnie siedzi, ale przecież nic nie rozumie"...
Gdy zbliżała się moja stacja, wstałam i się grzecznie pożegnałam z moim współpasażerem najczystszym polskim: "Do widzenia panu"... Pan osłupiał i czerwony jak burak zaczął mnie nieskładnie przepraszać. Powiedziałam, że nic nie szkodzi, a już stojąc przy drzwiach słyszałam, jak gęsto się tłumaczył do słuchawki :D
Rok temu razem z moim chłopakiem byliśmy na weselu u jego kuzyna. Niestety okazało się, że przyjaciel pana młodego, Kuba, przyszedł z byłą dziewczyną mojego chłopaka, Anką. Z tego co wiem to są już dosyć długo ze sobą, ale nie przeszkadzało jej to, by flirtować z moim facetem. No po prostu na każdym kroku jakieś spojrzenia w jego stronę, lub np. jak zobaczyła, że razem tańczymy, to specjalnie wyciągała swojego faceta na parkiet i ocierała się niby "przypadkiem" o mojego chłopaka. Albo co chwila prosiła mojego chłopaka do tańca, mimo że ten jej grzecznie odmawiał. Myślałam, że mnie coś trafi, gdy dosiadła się do naszego stolika, zaczęła go zagadywać "a pamiętasz to, a pamiętasz tamto...?", przy tym obmierzając mnie wzrokiem z góry na dół.
Nadszedł moment na tzw. "oczepiny", oczywiście welon złapał kto? Anka. Następnie przyszła pora na panów. Miałam tylko nadzieję, że mój chłopak nie złapie krawata, ale niestety, akurat jak na złość złapał. Mieli razem zatańczyć do jakiejś wolnej piosenki, stwierdziłam, że nie chcę widzieć, jak mój chłopak się obściskuje w tańcu z tą rurą i postanowiłam, że wyjdę. Już byłam koło drzwi wyjściowych, jak usłyszałam głos mojego chłopaka przez mikrofon "Wiem, że to Ania złapała welon, ale ten taniec chciałbym zatańczyć z moją, mam nadzieję, przyszłą żoną. Izaaaa, gdzie idziesz, chodź tu!". Wszyscy na mnie spojrzeli, zobaczyłam, że Anka idzie w moim kierunku cała czerwona na twarzy. Zdjęła sobie welon z głowy i rzucając nim we mnie powiedziała ze złością "a weź se go, k....".
Do dziś nie mam pojęcia, czy chodziło jej o welon, czy o chłopaka. :D
Kiedy byłam około pięcioletnią dziewczynką, postanowiłam przy użyciu kredek przyozdobić ściany mojego pokoju pięknymi rysunkami. Tak powstało wspaniałe dzieło przedstawiające księżniczkę w zamku i potwora, który próbuje ją zjeść (przynajmniej ja to tak widziałam, bo dla rodziców były to niezrozumiałe bazgroły). Pamiętam, że rodzice bardzo na mnie nakrzyczeli. Oczywiście usłyszałam, jak się na mnie zawiedli, że zniszczyłam ściany, etc.
Miało to miejsce jakoś w okolicy Świąt i akurat odwiedzała nas rodzina taty, która przyjechała z innego miasta. Tata postanowił pokazać bratu jakie ma ze mną utrapienie i jak zniszczyłam ściany w niedawno remontowanym pokoju. Wujek widząc te bohomazy, pocieszył ojca mówiąc, że na całe szczęście nie narysowałam tego świecówkami, bo ciężko byłoby to zamalować. Byłam zadowolona ze swojego dzieła i nie chciałam, aby zostało zamalowane, a on tymi słowami podsunął mi pomysł, jak je ocalić.
Gdy goście siedzieli przy kawie i cieście w salonie, ja pieczołowicie poprawiałam rysunki kredkami świecowymi.
Zapewne kojarzycie takie ozdobne deseczki "Na szczęście", "Kto podkowę w domu ma..." itd. Moi teściowie zawsze przywozili nam takie z urlopu (uzbierało się 13), jeśli udało im się to kupić. Mój luby uparł się, żeby wieszać to na ścianie, żeby mamie nie było przykro, a kobieta bardzo wrażliwa. Jakoś to przełknęłam, pomimo że strasznie mi się to nie podoba i uważam to za kicz, ale teściowie to złoci ludzie i zawsze bardzo się cieszyli wręczając nam te nieszczęsne pamiątki.
Tak było do momentu remontu kuchni. Meble minimalistyczne, kolory szare i te małe paskudy nie komponowały się ni w ząb (a mogły wisieć tylko tam). Wymyśliłam więc niecną intrygę... Pościągałam wszystkie ze ściany pod pretekstem potrzeby umycia. Poprosiłam o to męża, bo tego dnia miał wolne, a ja szłam do pracy. Byłam pewna, że nie będzie mu się chciało myć ręcznie i włoży je do zmywarki i się nie pomyliłam...
Wracam z pracy, a luby o la boga, deseczki połamane, co ja zrobiłem ;). Dostał udawany ochrzan, że jak można nie wiedzieć, że drewna się do zmywarki nie wkłada, a ja byłam zadowolona, że plan się udał.
Kilka dni później teściowa wpadła na kawę i od razu zauważyła brak deseczek. Opowiedziałam jej o sytuacji, wspólnie ponarzekałyśmy na męża, że nie nadaje się do domowych obowiązków, udałam zmartwioną, że szkoda, bo takie fajne pamiątki. Myślałam, że sprawa zakończona, ale jednak mój plan nie był tak idealny jak myślałam...
Pisałam już, że moi teściowie to złoci ludzie... Nazajutrz teściowa przywiozła nam swoją kolekcję...
W 8 klasie podstawówki miałam taki oto przypadek: pewnego dnia bardzo spieszyłam się na autobus, szybko chwyciłam spakowany wcześniej plecak i wybiegłam.
W autobusie odniosłam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą. Nawet czułam się z tym dobrze, stwierdziłam, że muszę nieźle wyglądać.
Kiedy weszłam do szkoły, nadal odczuwałam wzrok kolegów na sobie. I próżnie wierzyłam, że to moja uroda prowokuje taką atencję. Zmieniłam zdanie, kiedy spojrzenia zamieniły się w głośny śmiech. Dopiero moja przyjaciółka mnie uświadomiła, że coś mi się przykleiło do rzepa z tylu plecaka...
Nigdy nie byłam przesadnie porządnicka i rzucałam wszystko na ziemię. Do plecaka przyczepiły się majtki. Gdyby to jeszcze były seksowne, koronkowe majteczki, ale nie! Akurat musiały przyczepić się tak zwane „okresówki”, czyli najgorsze z majtek, ale zarazem najwygodniejsze. Wielkie, żadne fikuśne, rozciągnięte. Tak zwane barchany. Cała szkoła miała ze mnie ubaw do końca roku. Po moich wyjaśnieniach wymyślili nawet wierszyk: „majtki nosi się na dupie, a nie rzuca po chałupie”.
Pięć lata temu zerwałem zaręczyny z dziewczyną, ja dwadzieścia pięć lat, ona dwadzieścia siedem, w oczach jej rodziny i naszych wspólnych znajomych jestem potworem, który ukradł jej lata młodości, a prawda jest taka, że zdradziła mnie. Skąd to wiem? Łaskawie mnie poinformowała, że chciała mnie zdradzić, ale jednak tego nie zrobiła. Jej kochanek z kolei poinformował mnie, że nie wiedział, że jest zajęta. Więc jednak nie była taka łaskawa, jak można by było się tego spodziewać...
Teraz mam trzydzieści lat i mimo upływu czasu nikomu nie powiedziałem prawdy, bo wiem, że by to zniszczyło jej relacje z rodzicami i znajomymi, po prostu jestem ponad tym i zemsta nic by mi nie dała.
Karma mi to wynagrodziła. Teraz mam piękną żonę, kochaną córeczkę i syna w drodze.
Przed chwilą zadzwonił do mnie mój były mąż.
Facet, z którym rozwiodłam się tydzień temu płakał w słuchawkę mówiąc, że nie może beze mnie żyć, że mnie kocha i żebym wróciła do niego.
Kiedy przerwałam mu jego rzewny wywód przypominając, że to on mnie zostawił, a nie ja jego, trochę się uspokoił i w odruchu szczerości wyznał mi, że… nie umie gotować sobie obiadów.
Miałam kiedyś koleżankę, która była wychowywana przez swoich dziadków. Ojciec zmarł, a matka była alkoholiczką i ćpunką.
Kiedy miałyśmy po szesnaście lat, koleżanka zaprosiła mnie do siebie na nockę, w mieszkaniu jej zmarłego ojca. Z racji tego, że pochodzę z rodziny, która bardzo kontrolowała każde moje wyjście, powiedziałam, że śpimy u niej, a w mieszkanku będą dziadkowie. Zgodzili się.
Przyszłam o wyznaczonej godzinie, jednak okazało się, że nie byłyśmy same, a w towarzystwie jej znajomych spod ciemnej gwiazdy. Kiedy wszyscy już się upili, ja - trzeźwa - zmieniałam jej zarzygane wiadro, myłam podłogę i ogólnie sprzątałam. Wszyscy zebrali się do domów, została ona, leżąca w bezruchu na łóżku, jeden znajomy, Patryk, którego kojarzę parę lat, oraz chłopak tej dziewczyny.
Przygotowani już do spania słyszymy straszne walenie w drzwi, po otwarciu do mieszkania wpadły trzy istoty: chuda, naćpana, z obłędem w oczach matka, jej krępy partner oraz duży owczarek niemiecki.
W sekundę zaczęła krzyczeć, wyzywać i szarpać pijaną Agnieszkę. Ale coś jej odbiło. Rzuciła się na mnie. Wywróciłam się na fotel, a z fotela na ziemię, uderzając głową o komodę. Wtedy ona zaczęła mnie dusić. Kobieta niższa ode mnie, chudziutka jak patyczek, miała tak ogromna siłę, że nie byłam w stanie jej odepchnąć. Kiedy to się udało, zaczęłam krzyczeć do chłopka Agnieszki, żeby ją zabrał, bo ona mnie zabije. Stał jak słup, dopiero kiedy poczułam, że tracę przytomność, odciągnął ją, a ja rzuciłam się do wyjścia.
Zamiast wylecieć w stronę ulicy, przez nerwy pobiegłam w lewa stronę boku, gdzie był parking. Chowałam się między samochodami, a jej „ojczym” chodził po parkingu, z SIEKIERĄ w ręku, mówiąc, że i tak mnie znajdzie. Wtedy usłyszałam krzyk Patryka, a facet zerwał się do biegu. Wychodząc z bramy zaczęłam wołać kumpla „Patryk, błagam, nie zostawiaj mnie tutaj, Patryk, proszę, wróć po mnie”, a wtedy zauważyłam, że on nie ucieka przede mną, a przed tym psychopatą. Biegłam przed siebie, nawet nie wiem gdzie. Nagle zadzwonił telefon, Patryk powiedział, że jest niedaleko na jakimś placu zabaw. Kiedy do niego przyszłam, a emocje opadły, okazało się, że mam rozciętą głowę, a włosy pozlepiane krwią.
Kompletnie nie wiedziałam co mam robić, w tym momencie najważniejsze było dla mnie, żeby rodzice się nie dowiedzieli.
Pojechaliśmy z Patrykiem do jego domu, tam jego ojciec wysłuchał całej sprawy, opatrzył mi głowę i pościelił łóżko. Oczywiście próbował namówić na zgłoszenie - ale strach przed rodzicami i aresztem domowym za kłamstwo przyćmił mi umysł.
Nigdy tego nie zgłosiłam, rano wróciłam do domu, rozbitą głowę wytłumaczyłam złamaną nóżką z krzesła, a do koleżanki więcej się nie odezwałam.
Ona próbowała. Stwierdziła, że „Dramatyzujesz, mnie gdy byłam mała, kiedy myła mi włosy, nieraz próbowała utopić”.
To było około 15 lat temu. Miałem kumpla, Marcina, obaj mieszkaliśmy w jednym z większych miast Polski. Marcin mieszkał w 10-piętrowym wieżowcu, co istotne - na 9. piętrze. Miał młodszego brata, Pawła, który wtedy kończył jakoś 6 lat.
Lato, ciepło na dworze, pasowało pograć w kosza, a że brakowało nam jednego, to zostałem wybrany, żeby iść spytać Marcina, czy by z nami nie zagrał. Podochodzę do klatki, dzwonię domofonem:
- Jest Marcin?
Słyszę głos Pawła:
- Jest, wchodź.
No to idę, oczywiście jak to bywało w tamtych czasach, awaria windy, trzeba było z sandała zapierniczać na 9. piętro. Po paru minutach lekko zasapany podchodzę do drzwi Marcina i pukam. Otwiera mi nasz mały mistrz.
- Jest ten Marcin?
- No jest, jest... Na basenie.
No myślałem, że młodego rozniosę...
Pierwsze poważne śniegi tej zimy.
Jadąc z dziewczyną wpadłem w poślizg i skończyło się na barierkach. Nie potrafiłem sobie poradzić, by choć trochę ogarnąć sprawę mechaniczną, by jakoś dowlec się do domu. Sytuacja materialna nie pozwalała zbytnio na lawety, a do domu prawie 50 km. Zimno było niesamowicie i ten padający śnieg.
Dziewczyna zaproponowała telefon do jej byłego... Szczerze mówiąc, honor nie pozwalał, ale już nie miałem sił z tym wszystkim. Zadzwoniła, poprosiła i w nocy przyjechał ze znajomym nam pomóc. Dogadaliśmy się, że zapłacimy po miesiącu, może dwóch. Chłopaki pracowali prawie dwie godziny, starałem się coś im pomagać, przytrzymać głupią latarkę w to zimno. Po skończeniu stwierdzili, że ja z dziewczyną pojadę z byłym, a kolega dojedzie naszym samochodem do domu. Moja dziewczyna była tak zmęczona tym zimnem, że aż pojawiały się łzy bezsilności. W drodze do domu facet włączył radio z letnimi hitami i zaczął śpiewać, my po chwili razem z nim. Niesamowicie poprawił nam humor, a w dodatku uratował przed długami.
Nigdy w życiu nie zrobiłbym tego co on, w szczególności gdy w tej sytuacji była zdrada. Dla mnie byłoby to poniżające.
Co najgorsze... Po ponad miesiącu mieliśmy już fundusze na oddanie za pomoc.
Pukanie do drzwi... i wiadomość, że on od ponad dwóch tygodni nie żyje.
Nigdy nie myślałem, że będę płakać za byłym swojej dziewczyny, nigdy.
Niestety świadomość, że kiedyś go wyśmiewałem w każdej możliwej sytuacji zostanie u mnie w głowie. Teraz pozostało iść raz na jakiś czas zapalić świeczkę...
Dodaj anonimowe wyznanie