Od małego rodzice uczyli mnie jak reagować w sytuacjach, kiedy ktoś próbowałby mnie molestować albo ogólnie podejrzanie się w stosunku do mnie zachowywał. Robiliśmy scenki, w których jeden z rodziców wcielał się w rolę "prześladowcy", a ja miałam odpowiednio zareagować. Podczas tych lekcji zawsze się śmiałam. Po jakimś czasie okazało się, że wiedza ta była bardzo przydatna...
Miałam około 10 lat i tańczyłam z moim rówieśnikiem na weselu. Byłam ubrana w śliczną, długą, białą sukieneczkę. Najwidoczniej mojemu towarzyszowi się nie spodobała i postanowił sprawdzić co jest pod spodem... uniósł ją, a ja (jako szanująca się mała kobietka) wpadłam w histerię. Uciekłam od niego i pobiegłam do mamy krzycząc:
- MAMOOO! ON MNIE MOLESTUJE!!!
Historia śmieszna, ale morał jest taki - Rodzice, uczcie swoje dzieci takich rzeczy, kto wie, kiedy może się im to przydać, taka wiedza może im zaoszczędzić traumy, która wynika z molestowania.
Parę lat temu przyszłam na jedną z moich pierwszych w życiu rozmów o pracę, a właściwie o staż. Poważna, nowoczesna firma, wszystko lśni, strach było czegokolwiek dotknąć. Wchodząc do pokoju, w którym miałam mieć rozmowę, źle stanęłam, straciłam równowagę i padłam na szafkę, zrzucając z niej małą, złotą rzeźbę konia. Pan, który miał mnie przesłuchiwać, widząc całą akcję powiedział: "To nawet nie jest pani pierwszy dzień w pracy, a już mi pani konia zwaliła".
Dostałam ten staż! :D
Zapewne zaleje mnie fala hejtu, ale co mi tam.
Temat jest mi dość bliski, i przed chwilą trafiłam na artykuł, który mnie poruszył, z resztą jak wszystkie publikacje o tej tematyce.
Wyczytałam, że para zdecydowała się nie usunąć dziecka/płodu z szeregiem wad wrodzonych w związku z nieuleczalną chorobą genetyczną. Dziecko ma aktualnie dwa lata, za sobą kilkanaście operacji, leży, nie mówi, karmione przez rurkę.
Sama walczę o dziecko już 5 rok, mam za sobą 3 bardzo bolesne straty, a mimo to kiedy czytam o takich przypadkach, to krew się we mnie gotuje. Jako matka (w mojej głowie już gdzieś tam w środku nią jestem) nie wyobrażam sobie skazać mojego dziecka na wielomiesięczne/wieloletnie katusze, operacje, nierzadko bolesną rekonwalescencję i rehabilitację, życie pod aparaturą, ocierając mu wiecznie cieknącą ślinę. Nie wyobrażam sobie skazać moje dziecko na to, że nigdy nie będzie mogło chodzić, bawić się, mówić, jeść normalnie, a nie przez rurki podłączone do jego wątłego ciała.
Myślę, że cześć osób nie podzieli mojej opinii, ale myślę, że po trzech straconych ciążach, wiem jak to jest, kiedy twoje upragnione dziecko umiera. Tym bardziej że ostatnia stracona ciąża to ciąża pozamaciczna. Dziecko rozwijało się prawidłowo, tylko nie tam gdzie trzeba, utrzymana najdłużej ze wszystkich. Mimo to musiała zostać przerwana. To najbardziej przerażające i przytłaczające uczucie, jakiego doświadczyłam. Ogrom bólu i poczucia pustki jest nie do opisania. A jednak nie wyobrażam sobie, jak mogłabym oszczędzić sobie tego bólu kosztem cierpienia mojego dziecka.
Nie wyobrażam sobie, jak można dać urodzić się dziecku, którego życie będzie naznaczone tylko cierpieniem, chorobą i brakiem jakiejkolwiek szansy na samodzielność. Wydaje mi się to tak okrutne, samolubne ze strony rodziców, tak egoistyczne.
Wiem, że dziecko może zachorować już po narodzinach, wiem, że może mieć wypadek, który mógłby postawić je w takiej samej sytuacji zdrowotnej. MOŻE. Tego przewidzieć nie możemy, ale gdybyśmy mogli, to zapewne każdy rodzic chciałby cierpienia swojemu dziecku oszczędzić i uratować przed wypadkiem czy chorobą. Dlaczego zatem niektórzy kiedy jeszcze podczas ciąży dowiadują się o ciężkiej, nieuleczalnej chorobie dziecka, decydują się na sile utrzymywać je przy życiu? Pozwalać męczyć się, bać, cierpieć.
Mam serce matki i mimo wszystko tego nie mogę zrozumieć.
Od dzieciaka nienawidziłem psów. Po części mam tak przez rodziców. Z drugiej strony jako biegacz miałem kilka incydentów, w których pies zaczął za mną gonić...
Kilka miesięcy temu do domku naprzeciwko mojego wprowadził się sąsiad z... cerberem. Inaczej się tego nazwać nie da. Pies nie jest super wysoki, ale zbudowany niczym Herkules, a jego spojrzenie i ogólna mimika przypominają Schopenhauera wymieszanego z Terminatorem. Mina mi zrzedła. Na początku spodziewałem się, że będzie darł ryja jak wszystkie, okoliczne pimpki. Ale nie. Fąfel, bo tak ma na imię, po prostu przesiadywał przed płotem i obserwował okolicę swoim chłodnym, przerażającym wzrokiem. Często patrzył na mnie... tak jakoś... ludzko. Za każdym razem jak sąsiad przechodził z nim obok, trochę się bałem i ich przepuszczałem. Cholera, ten pies ma więcej mięśni niż ja będę miał kiedykolwiek!
Najgorsze spotkało mnie w parku. Otóż okazało się, że tam sąsiad... puszcza go luzem. Nie wytrzymałem i skomentowałem to. Usłyszałem w odpowiedzi, że Fąfel jest szkolony... Rozłożyłem ręce, ale kolejne dni faktycznie potwierdziły, że pies totalnie ignoruje biegaczy, rowerzystów, ludzi ogółem. Za to bawi się z innymi psami. Dodatkowo widziałem jak chodzi przy nodze sąsiada i odprawia no sztuczki niczym psy szkolone przez sławetnego Cezara Milana. Okej, uwierzyłem w miarę, że nad nim panuje, ale... jakiś niepokój i dystans były we mnie dalej.
Pewnego razu biegałem jak zawsze i tuż przy mojej alei puścił się za mną pędem agresywny owczarek, który nie był na smyczy. Myślałem, że zrobię pod siebie i próbowałem dobiec do domu. I wiecie co? Fąfel pierwszy raz okazał jakieś większe emocje i po prostu przeskoczył przez swój płot i przegonił owczarka dwoma, głośnymi szczekami (które obudziłyby chyba zmarłego). Pierwszy raz od wielu lat postanowiłem sam z siebie pogłaskać psa, który w dodatku ma większą głowę niż ja... Opowiedziałem wszystko sąsiadowi i dowiedziałem się od niego jaka to rasa. Teraz mam swoją ulubioną. To cane corso.
Czy ja jestem nienormalna, czy związek w którym jestem?
Otóż jestem z nim 8 lat, jesteśmy zaręczeni, mamy nawet dziecko. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jego mamusia. Czy to normalne, że dzwoni do niego 5 razy dziennie? Dzień zaczyna od telefonu, czy u niego wszystko w porządku, kończy dzień tak samo. Dzwoni z każdą głupotą i ściąga go do siebie, bo nie umie sobie sama poradzić z prostymi czynnościami np. wybrać sobie pieniędzy z bankomatu. Nie umie bez niego żyć, nie rozumie że rozwala nasza rodzinę. Jak jej synek nie odbiera, bo akurat nie może, to dzwoni po 10 razy do skutku aż odbierze. Dzwoni do niego nawet jak jesteśmy w łóżku, a najlepsze jest to, że on wtedy nawet musi odebrać, bo mama się będzie martwić czy żyje.
Czuję jakbym była zdradzana z własną teściową i jej szczerze nienawidzę, za to co nam robi. Najgorsze jest to, że on nie widzi w tym postępowaniu nic złego i nie ma zamiaru się jej przeciwstawić. Powiedzcie co robić, uciekać czy walczyć? Nie chcę tak tego zaprzepaścić, bo go kocham, ale nie dam rady dłużej znosić głupiej teściowej!
Miałam dobrą koleżankę, bardzo wierzącą. Bóg zawsze był u niej na pierwszym miejscu, regularnie chodziła do kościoła na wszystkie nabożeństwa, modliła się codziennie w domu. Co by się działo w jej życiu, moim czy kogokolwiek innego - to była zasługa Boga. Bóg tak chciał, Bóg tak zaplanował. Nawet jeśli komuś działa się krzywda, to jej zdaniem Bóg w ten sposób wystawiał na próbę. W każdej rozmowie potrafiła nawiązać do Boga, czasem tego Boga wciskała w tematy, które go w ogóle nie dotyczyły, próbowała wmówić innym jego istnienie, namawiać na nawrócenie się itp. Wierzyła we wszystko, co mówił ksiądz.
Kiedy powiedziałam jej, że lubię Harry'ego Pottera, zaczęła krzyczeć, że to dzieło szatana, pełne czarnej magii, że te książki mają na celu odciągnięcie od Boga, bo ksiądz tak powiedział, czytanie go to grzech. Kiedy usłyszała, jak znajome czytają dla beki horoskopy, zasłoniła sobie uszy i wykrzykiwała, że horoskopy to grzech, ksiądz zabronił, to czarna magia i że "nie będziesz miał bogów cudzych przede mną".
Często wciskała mi siłą swoją wiarę, udostępniała religijne posty na portalach społecznościowych. Innym też usiłowała wmówić swoje poglądy. Nieraz mówiła takie głupoty usłyszane od księdza, że nawet nie będę ich tu przytaczać, dostawała szału, kiedy nawinął się w gronie znajomych "zakazany temat", dawała mnóstwo pieniędzy na tacę.
Pewnego dnia to ją Bóg wystawił na próbę, na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale moja koleżanka po tym stwierdziła, że Boga nie ma, bo gdyby był, to by jej nie skrzywdził. Zaczęła udostępniać pseudo-ateistyczne hasła, obrażać nie tylko Boga, ale i wszystkich księży. Złodzieje, pedofile, zboczeńcy. Pod zwykłymi postami informacyjnymi typu spotted wypisywała komentarze "spalić kościół!", jawnie obrażała wiarę i wierzących, zaczęła stosować hejt w stronę innych, szczególnie wierzących, nazywając ich debilami, robiła z siebie pośmiewisko.
Próbowałam z nią rozmawiać, wytłumaczyć, że może nie wierzyć, ale niech nie obraża tych, którzy wierzą oraz ich wiary. Naskoczyła na mnie, po czym znów zaczęła wypisywać wszędzie gdzie się da, że Boga nie ma, wierzący to idioci, wdawała się w kłótnie, w których sama wychodziła na idiotkę, bo mimo tylu lat wierzenia, w ogóle nie znała tej wiary. Reagowała agresją w stosunku do każdego, kto zwrócił jej uwagę, że źle się zachowuje. Ludzie pomału zaczęli się od niej odsuwać, ja po pewnym czasie też, bo nic do niej nie docierało.
Najgorsze jest to, że jest matką dwóch synów, którym najpierw wciskała Boga, a teraz od niego odsuwa. Jest pełna absurdalnej nienawiści, którą wypluwa na ludzi i obraża się, kiedy ktoś odpłaci jej tym samym, robiąc z siebie hipokrytkę. Czekam, aż ktoś wyciągnie surowe konsekwencje z tej jawnej mowy nienawiści, bo mnie nie słucha.
O biednym pracodawcy, który nie może znaleźć pracowników.
W ogłoszeniu zaznaczone, że wynagrodzenie 4-5 tysięcy brutto. Praca na produkcji, stanowisko dla osoby o specjalnych uprawnieniach. Praca łatwa, ale w hałasie. Jednym z najbardziej absurdalnych wymagań jest dyspozycyjność, co oznacza możliwość pracowania "dobrowolnie" w dni wolne - sprowadza się to do pracy w 2 lub 3 weekendy miesięcznie. Poniżej dwa skrajne przykłady, bo takich i podobnych kandydatów przewinęło się już -naście.
Kandydat nr 1:
- Brak doświadczenia
- Świeżo po kursie
Rekruter cały czas próbuje zrobić z niego debila. Wciąż wszystko komentuje - to źle, to nie tak, szkoła nie ta, kursy nie te, źle pan patrzy, a tu niekształtna literka itd. itp. Ogólna postawa "to ja jestem najlepszy, a ty zerem - całuj stopy, że cię słucham". W związku z brakiem doświadczenia i wykształcenia, rekruter zaproponował najniższą krajową. Kandydat dostaje pracę w innym zakładzie o 800 zł lepiej płatną. Pracodawca zdziwiony, że kandydat odmówił.
Kandydat nr 2:
- Ukończenie kursów (2 lub 3)
- Doświadczenie 8-letnie, w tym 4 lata w firmie zagranicznej.
Rekruter ciągle powtarza, że u nich nie jest jak na zachodzie. Jednak lepszej pracy w regionie nie znajdzie - u nas najlepiej i och i ach. Jednak postawa buca u rekrutera nadal wyczuwalna. Proponuje - łaskawie - 500 zł brutto więcej niż najniższa krajowa. Pracodawca zdziwiony, że kandydat nie przyjmuje oferty i znajduje pracę z zarobkami takimi jak w ofercie w innym zakładzie.
A ja tego słucham i załamuję ręce. Szef codziennie mówi o tym, jacy to ludzie leniwi i wymagania z kosmosu mają. A stanowisko? Od ponad 2 lat nieobsadzone. A oni wciąż zdziwieni, że chętnych brak.
Kiedy miałam jakieś 8 lat, tuż przed wyjazdem na zimowisko, dopadła mnie ospa. Na szczęście wykurowałam się na tyle szybko, by móc odbyć wyjazd.
Podczas jakieś wycieczki zauważyłam, że starszy chłopak, może 13-, 14-letni, ma na twarzy pełno czerwonych kropek. Podeszłam do niego i z radosną beztroską powiedziałam, że ja też niedawno miałam ospę i żeby się nie martwił, bo to minie.
Nie zrozumiałam czemu chłopak się bardzo zmieszał i nic nie powiedział, a jego kolega dostał ataku śmiechu.
Jeśli to czytasz, wybacz proszę dziecku, które chciało dobrze, a wyszło mu jak zwykle... ;)
P.S. Bezwzględna karma dopadła mnie parę lat później i przez cały okres dojrzewania sama musiałam walczyć z drugą "ospą".
Nie wiem gdzie i komu się wygadać, a to chyba jest najlepsze miejsce... chodzi o moją żonę.
Mamy dwójkę dzieci, plany kupna domu, niby wszystko fajnie, jak ma być, ale... już kiedyś mnie zdradziła. OK, wybaczyłem, może dla dzieci, może chciałem, może bałem się po prostu zostać sam.
Czas leczy rany. Zaczęła prace w miejscu, gdzie przede wszystkim pracują faceci. I zaczęło się pisanie z różnymi kolesiami. Jak z nią o tym rozmawiałem, to mówiła, że chce mieć normalne życie i znajomych. Tylko że ja cały czas czuję się oszukiwany, bo pisze z nimi tak, żebym tego nie widział. Co się dzieje jak jestem w pracy nie wiem (pracuję na nocki).
Może ja jestem przewrażliwiony, już sam nie wiem, co mam o tym myśleć. Zaczynam fiksować i nie wiem, czy potrafię jej jeszcze zaufać. Ja rozumiem, że można mieć znajomych itd., nie chcę jej zamykać w klatce! Nie chcę kontrolować jej telefonu. Po prostu nie chcę być oszukiwany, bo ja tego nie robię! Nie chcę jej zostawiać, chcę z nią spędzić resztę życia, tylko nie wiem, czy potrafię. Możecie dać mi jakąś radę? I dzięki, że choć tutaj mogłem się wygadać.
Uczyłam się w jednym z liceów w szkole dla osób niepełnosprawnych. Byłam w pierwszej klasie. Pewnego dnia pani dyrektor ogłosiła, że jest możliwość, by zapisać się na tzw. paczki mikołajkowe. Jeśli by się udało, w grudniu mieliśmy jechać do pewnej miejscowości na oficjalny "bankiet" połączony z wręczeniem prezentów. Nie znałam szczegółów, jednakże z tego co słyszałam warto było, bo mogłam otrzymać, w tamtym okresie bardzo potrzebny mi, magnetofon. Poprzedni zniszczył się, więc jeszcze bardziej cieszyłam się, że udało mi się być w grupie osób, które pojadą na imprezę dobroczynną.
Doczekaliśmy się grudnia, wszyscy wybrani z naszej szkoły zapakowani w autokar, jedziemy. Na miejscu byliśmy w salonie samochodowym. Jeden z dealerów był sponsorem. Klimat typowy dla spotkań dobroczynnych - poczęstunek, gadu-gadu, wszyscy podekscytowani, ludzie się do nas uśmiechają jednocześnie widocznie współczując co niektórym z nas. W trakcie rozmowy z kolegą podeszła do nas jakaś kobieta, zupełnie obca, przedstawiła się jako redaktor gazety. Przywitała słowami: "Ale dużo was się załapało, co?". Nic nie powiedzieliśmy. Fakt, było nas około 20 osób, ale przecież o to chodziło, nie? O to, by podarować komuś coś.
Po jakimś czasie zrozumiałam, o co chodziło tej pani. Otrzymując paczkę, dostaliśmy też kartki z życzeniami świątecznymi. Brzmiały one mniej więcej tak: "Niech pustka, którą nosisz w sercu, nie odbiera radości ze Świąt Bożego Narodzenia..." plus krótki tekst o tym, że miło im współpracować z naszymi placówkami. W każdym razie sens był taki, że kartka w domyśle miała być przeznaczona dla młodzieży z domów dziecka. Z tego co wiedziałam, to 99% z naszej grupki miało oboje rodziców. Poczułam duży dyskomfort, bo byłam wciśnięta w coś, o czym nie miałam pojęcia. Żadne z nas nie wiedziało, że odbiorcami podarków miały być sieroty. Co gorsza, większość młodzieży obecnej SIEROTAMI NIE BYŁA. Żal mi tylko darczyńców, którzy zostali, najprościej pisząc, wykiwani przez oszustów. I choć wiem, że nie powinnam się obwiniać, bo byłam nieświadoma, do tej pory wspominając to zdarzenie jest mi zwyczajnie wstyd... Tyle z tego dobrego, że nasza szkoła od tamtego razu nie jeździła na podobne eventy.
Dodaj anonimowe wyznanie