Moja siostra zaginęła 15 lat temu.
Byłam na placu zabaw z moją córą. Młoda bawiła się z innymi dziećmi, a do mnie dosiadła się kobieta w moim wieku. Nieodparte wrażenie, że skądś ją znam. Zagadała do mnie, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Mówiła, że jest tu z siostrzenicą. Po jakimś czasie wstała i powiedziała, że moja córka jest piękna i żebym bardzo na nią uważała, bo nigdy nie wiadomo kto się czai na nasze dzieci. Następnie odeszła. W tym momencie się obudziłam. Tak, to był sen.
Tego samego dnia, po 12 latach znaleziono moją siostrę. Znaleziono ją w pomieszczeniu starego magazynu. Wciąż związaną. Budynek miał iść do rozbiórki, specjaliści do tego wyznaczenie ją znaleźli. Wyglądała dokładnie jak kobieta ze snu.
Tydzień później usiłowano porwać mi córkę. Na szczęście młoda była dobrze wyszkolona i jak tylko obcy mężczyzna dotknął jej ręki, zaczęła krzyczeć na cały regulator, sprawca uciekł.
Minęły 3 lata, ale nikomu nie powiedziałam o tym śnie.
Mam typowo słowiańską urodę - niebieskie oczy, blond włose, niewielkie pełne usta i niedużą wadę wymowy, która powoduje, że akcentuję ,,sz", ,,cz" i ,,dz" trochę inaczej niż wszyscy. Jestem Polką z krwi i kości.
Wczoraj zostałam pobita, bo rozmawiałam przez telefon na przystanku i cały mój wygląd oraz wymowa złożyły się na to, że zostałam uznana za Ukrainkę przez dwóch mężczyzn i kobietę, którzy nawet nie wyglądali na patologię. Choć przystanek był trochę na odludziu, znalazło się kilku przechodniów, którzy nie zareagowali.
Bilans: złamany nos, mnóstwo siniaków i poczucie przerażenia ludzką nietolerancją.
Tym razem coś pozytywnego i radosnego :)
Miałam bardzo traumatyczne i patologiczne dzieciństwo. Całe 5 lat studiów w dalekim mieście spędziłam na kształtowaniu siebie od nowa. Bardzo pomogła mi praca w której byłam wystawiona na oddziaływanie ludzkiej gawiedzi - zobaczyłam że nie jestem od nikogo gorsza. Teraz podjęłam pracę dzięki której powoli pada jeden z ostatnich bastionów moich traum - mianowicie jest to prowadzenie auta. Zdawanie prawa jazdy to była droga przez mękę do tego stopnia, że potrafiłam płakać na ulicy gdzie w obecności stojącej z boku wściekłej matki pocieszali mnie obcy ludzie. Po kilku tygodniach jazdy z rodzicami stwierdziłam że to pi...le bo za każdym razem wychodziłam z auta z płaczem.
A teraz co? Muszę wozić ludzi i sprzęt autem gabarytu 3,5 tony i jeżdżę normalnie po mieście jak człowiek!!!!!! Nikt na mnie ryja za nic nie drze, nie mylę pasów, nie jeżdżę wbrew znakom, na nikogo nie wjechałam. Jezu umiem prowadzić i to takie duże auta!!!
Czuję dużą ulgę i radość z tego, że udało mi się wydostać z błędnego koła patologii i agresji w rodzinie. To przełamanie strachu i niechęci do prowadzenia auta jest chyba ostatnim krokiem milowym na mojej drodze "samowychowania". Jestem z siebie dumna. Cały ten proces zajął około 6 lat i obfitował w wiele różnych przygód. Udało się.
Historia o tym, jak niektórzy ludzie potrafią jednocześnie rozbawić, ale sprawiają też, że rozmyśla się głęboko nad zakamarkami ewolucji.
Parę lat temu wyjechałam do Warszawy w celu odbycia praktyk studenckich. Lokum zaoferował mi mój kolega. Gdy jednak przyjechałam w wyznaczone miejsce, rozpoczął się ciąg dość... specyficznych wydarzeń.
Od początku: niedawno zmarły dziadek mojego kolegi, przepisał w testamencie połowę domu temuż koledze (swojemu wnukowi), a drugą swojej wnuczce, tylko że z innych rodziców. Od razu zaznaczę, że połowy już dość dawno temu zostały od siebie oddzielone, tworząc z domu swoistego bliźniaka. Wnuczka od początku, będąc najogólniej rzecz biorąc roszczeniową kutwą - uważała, że dziadek powinien jej zapisać cały dom, a wnuk "sam by sobie poradził". Wytoczyła nawet w tym celu koledze sprawę w sądzie, ale jej starania spełzły na niczym.
Gdy zobaczyła, że ktoś przyjechał z walizkami i odkryła, że mam zamieszkać w drugiej połowie domu - zadzwoniła po resztę swojej rodziny. I tu zaczyna się zabawa.
W niedługim czasie pod dom podjechał samochód, z którego wyszła parka: mocno otyły mężczyzna i dość elegancko ubrana blondynka. Z drugiej połowy domu - najwyraźniej wcześniej czekała na wspomniane posiłki - wyszła również rzeczona wnuczka, będąca całkowitym przeciwieństwem pani z samochodu (generalnie typowa Karyna - dresowa bluza, mocno schodzone leginsy, mocny makijaż i przetłuszczone włosy spięte w kok). Obie panie obskoczyły nagle mojego kolegę i zaczęły wykrzykiwać piskliwymi, rozhisteryzowanymi głosikami, że oto ich zdaniem chłopak rozbija rodzinę i sprasza do ICH domu obcych ludzi, że sprzeniewierzył się bogu (?). Karyna rzuciła tekstem, który pamiętam do dziś najlepiej - otóż imitując płacz stwierdziła, że "on ją zmusza, żeby musiała słuchać, jak obcy człowiek w domu obok spuszcza wodę w kiblu". Ogólnie obie wyglądały jak rozjuszone pieski chihuahua. Kolega próbował coś tłumaczyć, ale w końcu machnął ręką i wszedł do domu, a ja - mocno w szoku, że tacy ludzie istnieją - za nim.
Po jakimś czasie wyszłam, stwierdzając, że może sytuację uda się jakoś wyjaśnić. Obie panie oczywiście nie dały sobie nic wytłumaczyć, tylko wyskoczyły z bluzgami, że "co ja się, ku*wa, gapię", że "chyba chcę dostać w ryj". Blondynka zaczęła w pewnym momencie wymachiwać mi rękoma przed twarzą, więc w pierwszym odruchu ją odepchnęłam. Pani zatoczyła się lekko, popatrzyła na mnie wyraźnie zszokowana, po czym... "O mój boże, uderzyła mnie! UDERZYŁA! Boli! Będę mieć siniaka, o patrz, tu mnie uderzyła!!"
Ostatecznie rodzina w końcu się rozjechała, ale ja również znalazłam sobie inne lokum, ponieważ bałam się, że podczas mojej nieobecności dwie panie, które wyraźnie miały nie po kolei pod kopułą, zrobią krzywdę kotu, którego zabrałam jako kompana.
Dwa lata temu przed świętami Bożego Narodzenia kupiłam w sklepie taką małą ozdobną choineczkę, żeby postawić sobie pod telewizorem. Święta minęły, więc przeniosłam ją do sypialni, bo szkoda mi było wyrzucić. Zaczął się marzec, ja ogrodnik jak z koziej du*y trąba, patrzę na tę choineczkę i mówię do męża - wiesz, nawet jej nie podlewałam od świąt, a zobacz jak się trzyma. On spojrzał na tę choinkę i zaczął się śmiać, że to przecież sztuczne i jak plastik miał zeschnąć? Jego nabijania się ze mnie nie było końca, nawet przy rodzinnym obiedzie opowiedział jaki ze mnie ogrodnik, a może nawet jest gdzieś tu wyznanie o głupiej żonie, która hodowała sztuczną roślinę.
Przyszedł czas Wielkanocy, stwierdziłam, że plastikową choinkę zachowam do następnych świat, ale doniczkę sobie użyczę na rzeżuchę. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że choineczka jednak jest prawdziwa. Choinkę przesadziłam do innej doniczki i podstawiłam na balkonie, rok temu, i w te święta prezentowała się na balkonie. Wczoraj mąż zauważył, że moja roślinka stoi na balkonie i powiedział - wiesz, ona jakby szersza i większa, przysięgam, że pamiętam ją mniejszą. Odpowiedziałam mu, że ma omamy, jest taka jak zawsze. Wyszedł na balkon, pomacał, powąchał, wrócił i mówi "nie no, sztuczna, co ty z nią zrobiłaś?".
Dzisiaj na obiedzie u jego rodziny opowiedziałam, jak to mój mąż widzi rosnące sztuczne rośliny. :D
17 marca minęło dokładnie 5 lat od mojej nieudanej próby samobójczej spowodowanej rozstaniem i złamanym sercem.
Miałem wtedy 23 lata, był to mój pierwszy poważny związek i po rozstaniu załamałem się do tego stopnia, że po dwóch miesiącach od niego postanowiłem się zabić, po prostu nie wytrzymałem psychicznego bólu i poczucia bycia śmieciem. Chciałem się powiesić, więc poszedłem w miejsce, gdzie często chodziłem z moją byłą, przywiązałem linę do gałęzi, założyłem na szyję pętlę, stanąłem na kamieniu i powiedziałem do siebie "przynajmniej to mi wyjdzie"...
Jak widać nie wyszło, gałąź się złamała, a ja upadając skręciłem nadgarstek zamiast karku.
Dzisiaj się z tego śmieję i myślę jaki głupi wtedy byłem, że rozstanie doprowadziło mnie do załamania.
Uwielbiam zmywać podłogę do tego stopnia, że w wakacje codziennie przychodziłam przed samym zamknięciem do restauracji, w której pracował mój chłopak, żeby im "po znajomości" pozmywać podłogę. Szef był młody i sympatyczny, więc mi na to pozwalał. Wszyscy byli zadowoleni, w szczególności ja, bo mieli mój ulubiony rodzaj mopa, z dredami.
W mojej pracy, na zapleczu, bardzo długo stał taki fajny, duży kubek. Taki naprawdę wielki, czarno-biały, idealny na poranną kawę. Ale nigdy go nie dotykałam, bo myślałam, że to czyjś, więc co będę czepiać się czyjejś własności.
Ale tak mijały miesiące, a on ciągle stał w jednym miejscu, nikt go nie używał, nie pił z niego, zbierał się w nim kurz, więc bardzo prawdopodobne, że zostawił go ktoś, kto pracował tu jeszcze przede mną.
W końcu uznałam, że zrobię sobie w nim kawę, i nikt raczej nie widział, że go wzięłam, monitoringu też nie ma u nas. W końcu to żadna sensacja, że ktoś wziął w końcu ten kubek.
A jednak... Okazało się, że jest to kubek jakiegoś szefa szefów, który przyjeżdża raz na jakiś czas jak mu się zachce i nikt tego kubka nie dotyka, bo to JEGO i tylko ON z niego pije. To zabrzmi głupio, ale ludzie naprawdę zaczęli siać panikę, a że jest nas w pracy blisko 40, to trudno było zweryfikować kto go wziął. Ze stresu i zaćmienia umysłu wrzuciłam go sobie do torebki i chciałam go podrzucić incognito do kuchni, ale po kilku godzinach siania paniki sytuacja umilkła i poszłam do domu.
Tak się wystraszyłam, że go wzięłam ze sobą, i myśląc, że ktoś kiedyś może do mnie przyjdzie i może zobaczy ten durny kubek, postanowiłam go wyrzucić... Bałam się go odnieść.
Potem kupiłam sobie swój, równie duży kubek i zawsze noszę go w torebce. Śmieją się ze mnie, że pewnie boję się złodzieja kubków.
Tiaaa....
Czasy studenckie, pierwszy albo drugi rok.
Laboratorium z elektrotechniki. Robiliśmy jakieś zajęcia z silnikiem pod obciążeniem.
Ogólnie było kilka grup, każda na innym stanowisku w jednej sali. Jedna pani profesor, która ogarniała wszystkich. Podchodziła do każdego stanowiska co jakiś czas. Gdy była dalej, z racji, że mi się nudziło, zacząłem sobie gwizdać. Tak, wiem, niegrzeczne, ale uwierzcie, wtedy nawet nie kojarzyłem, że gwiżdżę.
Pani profesor usłyszała te "dziwne dźwięki" i pomyślała, że to jakiś pisk z silnika. Jak tylko się zbliżała, dźwięki cichły, bo ja gwizdać przestawałem.
Sprawa powtórzyła się 3 razy. Za tym ostatnim przerwano nam ćwiczenie i wyprowadzono z sali, bo stanowisko zostało uznane za uszkodzone i grożące naszemu zdrowiu.
Cóż, z mojej 5-osobowej grupy tylko jedna koleżanka zorientowała się jakie naprawdę dźwięki przerwały ćwiczenie. Pozostali byli przekonani, że to serio awaria.
Przynajmniej były krótsze laborki i łatwiejsze sprawozdanie do zrobienia :)
Kiedy miałam 11 lat, brałam prysznic w łazience zamkniętej na klucz. Warto wspomnieć, że w mojej rodzinie nie było tabu i rodzice nie kryli się przede mną swoją nagością. Dla mnie to jednak był problem, ponieważ po prostu się wstydziłam.
Wracając do prysznica. Kiedy się myłam, tata otworzył drzwi śrubokrętem, bo chciał coś z łazienki, chociaż wiedział, że nienawidzę, kiedy ktoś włazi bez mojej zgody do łazienki kiedy jestem goła. Wszedł, głośno komentując moje miejsca intymne słowami, uwaga cytuję: ''O k......! Ale wyleniała szczota, ha ha!". Zaczęłam krzyczeć i zakrywać ciało ręcznikiem. Kazałam mu w tej chwili wyjść i to natychmiast, a on tylko powiedział, że pyskuję i mam się zamknąć, bo jest w swoim domu i może wchodzić gdzie chce i kiedy chce. Jednym słowem patola.
Dodaj anonimowe wyznanie