#73nkh

Jestem zawodowym żołnierzem. Pamiętam, jak pojechałem na swoją pierwszą misję do Afganistanu. W jednej z wiosek zabezpieczaliśmy akcję Caritasu (rozdawali wodę, prowiant, zabawki itd.).

W pewnym momencie podszedł do mnie chłopczyk i zaczął mówić coś po arabsku. Nas na misjach uczą podstawowych słów typu: stój, nie ruszaj się, ręce do góry, dziękuję itp. Ale tego nie mogłem zrozumieć. Akurat stał przy mnie nasz tłumacz, Afgańczyk. Poprosiłem, żeby tłumaczył. Kiedy usłyszał słowa tego chłopaka, zaczął się śmiać. Ja nie wiem o co chodzi, a gościu mi tłumaczy, że chłopak zwrócił mi uwagę,  że mam ptasią kupę na turbanie (po wojskowemu hełm) i żebym lepiej to wyczyścił, bo moja mama będzie na mnie krzyczeć. Dostałem takiego ataku śmiechu, że dowódca uciszał mnie przez radio :)

PS. Kupa była naprawdę spora :D

#VKXpD

Postanowiłam zrobić mojemu mężowi niespodziankę z okazji szóstej rocznicy ślubu i, jak za dawnych lat, zaopatrzyłam się w kusząca bieliznę. Dzieci wysłałam do dziadków, ugotowałam pyszną kolację, brakowało tylko świec i wina. Udałam się więc po nie do sklepu, jednak bezskutecznie, bo… ekspedientka nie sprzedała mi wina. Uznała, że jestem niepełnoletnia, a ja nie miałam przy sobie dowodu.

Mam 36 lat.

#HrvfU

Dostałem w pracy dużą premię, ponieważ dzięki mojemu projektowi firma uzyskała inwestora, na którym im bardzo zależało. Postanowiłem na razie nic nie mówić mojej dziewczynie Ali i zrobić jej niespodziankę wieczorem.
Zaraz po pracy poszedłem do jubilera i kupiłem pierścionek, który bardzo jej się podobał, ale kosztował dwie wypłaty, więc nie było nas na niego stać.

Gdy tylko Ala wróciła z pracy, oświadczyłem się jej.
I tu zrobiła coś cudownego...
Zgodziła się, ale kazała mi wymienić pierścionek na tańszy, bo na ten nas nie stać.

Chyba znalazłem kobietę mojego życia :)
A pierścionka nie wymieniłem ;)

#zcSHk

Prosto z mostu: jak mam uświadomić swoją dziewczynę, że się spasła? Nasze relacje intymne na tym ucierpiały i to bardzo - po prostu nie mam ochoty!
Gdy poznaliśmy się była piękna, energiczna i seksowna. Po 2 latach związku trochę się pozmieniało... Nie owijając w bawełnę: o 30 kilo. Ja trzymam formę, a od roku nawet ją poprawiłem. Ona po prostu jest cięższa ode mnie!!!
Na nic sugestie: zaczynamy razem dietę, chodź ze mną na siłownię itp.

Nietrudno się domyślić, że ochota na "igraszki" z mojej strony troszkę zmalała... Nie ma już tyle czułości. No i oczywiście słyszę tekst: "nie jesteś już taki jak wtedy, gdy się poznaliśmy". No ty też nie...

Sugestie naprawdę nie działają! A jak powiem trochę dosadniej: nie jedz już tych słodyczy o tej godzinie (23:00 i oczywiście leżenie przed TV), to obraza i koniec.
Co ja mam zrobić? Kocham ją przecież, jest wspaniałą osobą, ale ciężko o bliskość i chemię, jeśli po prostu nie ma się ochoty... Oczywiście "piękni w każdym rozmiarze" są ludzie o różnej urodzie. Chodzi o to, że gdy się zakochaliśmy, ważyła 60 kg. Była śliczna, energiczna, chętna do działania. Minęło kilka lat i nic z tego nie zostało. Praca, TV, spanie i pytanie: gdzie jest facet, którego poznałam. No właśnie nadal tu jest - tylko dziewczyna zginęła!

#lpxAW

Moja mama spotyka się z facetem, którego po prostu nie cierpię. Facet budzi we mnie tak skrajne emocje, wręcz agresję, że gdyby ktoś zagwarantował mi, że za zamordowanie go nie poniosę żadnych konsekwencji, to nawet powieka by mi nie drgnęła.
Obecnie studiuję i wobec tego nie mieszkam w domu rodzinnym, a więc i rzadziej go widuję, ale pamiętam jak strasznie przeszkadzało mi, że świątek, piątek czy niedziela, rano czy środek nocy - a facet przesiadywał w naszym domu. Nie dokładał się do niczego, a jeszcze wyżerał nam jedzenie z lodówki, wylewał wodę, świecił światło itd. Raz, że po prostu miałam potrzebę przebywania czasami w samotności, więc niemal całodobowe towarzystwo bardzo mnie męczyło, a dwa, dokładałam się wtedy do rachunków, zatem w pewnym sensie również utrzymywałam tego pasożyta. Dodatkowo facet był - wciąż jest - po prostu chamem. Jego "dowcipy" wyjątkowo niskich lotów dotyczyły tylko seksu. Jak w gimnazjum. Nie mogłam powiedzieć, że puściłam się rurki w autobusie i wpadłam na innego pasażera, bo "puścić się" wywoływało salwę śmiechu i żartów "z kim?", "a fajnie było?", "nie wstyd ci było tak w autobusie?" itp. Jakby tego było za mało, facet jest z gatunku "znam się na wszystkim". Pouczał mnie dosłownie na każdym kroku. Źle gotuję, bo powinnam zrobić gęściejszy żur, a tłumaczenie, że nie lubię takiego gęstego żuru w ogóle do niego nie docierało. Źle się ubieram, bo powinnam nosić inne kolory i kroje, żeby było bardziej seksi. Kiedy choroba sprawiła, że włosy zaczęły mi wpadać, to chodził za mną i mało, że twierdził, że to moja wina, bo używam złych kosmetyków i on mi to wszystko wywali i kupi zwykłe szare mydło, to jeszcze komentował, że "no coraz więcej tych twoich włosów na wannie, na zdjęciach sprzed roku masz takie gęste włosy, a teraz takie nic". Kto tracił włosy ten wie, jak się wtedy czułam. Typ jest zwyczajnie chamski dla wszystkich, wstyd gdziekolwiek z nim iść, bo prawie na pewno zrobi awanturę. Raz zrobił burdę w restauracji, bo sos zachlapał brzeg talerza, a tak się przecież gościom jedzenia nie daje.

Znosiłam go dzielnie. Naprawdę się starałam, bo inaczej moja mama zaczynała płakać, że jej nie kocham, skoro nie akceptuję jej nowej miłości. Ale czara goryczy się przelała. Nie wdając się w szczegóły, jeden przedmiot w sesji mi nie poszedł i ciągnie się za mną do dziś. Facet zaczął nawijać, że jak można nie zdać w którymś już terminie, żebym poszła do biblioteki po skrypty i w ogóle "no ja pierdolę". Facet bez dnia spędzonego na studiach poucza mnie co mam robić. I poszło. Wyrzuciłam z siebie wszystko, co przez te lata się we mnie nagromadziło i powiedziałam co o nim myślę.

Obrazili się na mnie oboje. Przykro mi, że jakaś przybłęda zepsuła mi relację z moją jedyną rodziną (nie mam nikogo poza mamą), ale cholera, no nie żałuję.

#0Z2CE

Czasem dla żartu robię mężowi atak całusów i radośnie go obcałowuję.

Parę dni temu musiałam skoczyć po dokumenty do biura, więc pojechałam z mężem i umówiłam się z nim, że będzie na mnie czekał na parkingu podziemnym.

Wyszłam z tymi dokumentami i widzę mojego męża stojącego tyłem do wyjścia. Rzuciłam mu się na plecy i uwieszając się na jego szyi krzyknęłam "atak całusów", po czym zaczęłam dawać mu buziaki w głowę i policzki. Ten usilnie próbował mnie zrzucić, co nieco mnie zdziwiło.

Po jakichś 10 sekundach słyszę "Co się ku**wa dzieje?!" i orientuję się, że głos jakiś nieznajomy. Puszczam chłopa i widzę, że mój mąż stoi jakieś 15 m dalej i zwija się ze śmiechu.

Okazało się, że złapałam obcego chłopa. Facet w ciężkim szoku, ja też. Uciekł. Dosłownie uciekł. Mąż ma ubaw do dziś.

#06oPi

Mój były chłopak bardzo lubił o mnie dbać. Dbał o mnie do tego stopnia, że gdy sprawdzałam stan konta w bankomacie, zerknął mi przez ramię, skomentował, że mało, przeliczył na dni, które zostały mi do wypłaty i podsumował ile mam złotych dziennie na przeżycie, a potem zabrał na zakupy, bym mogła pomóc mu wybrać jakieś nowe ubrania dla niego.

Dbał też o to, co jem, bo gdy szliśmy w trakcie jakiejś wycieczki do marketu po prowiant na drogę, on kupował co chciał, a gdy ja brałam bułkę z makiem, na szczęście nie omieszkał mnie uświadomić, że owa bułka z makiem jest gorszym wyborem niż kabanos i kajzerka. Mój chłopak był na tyle troskliwy, by wykłócać się ze mną w sklepie o tego kabanosa z kajzerką i by nie pozwalać mi kupić sobie za własne pieniądze tej upatrzonej, niezdrowej bułki z makiem. Wmuszał mi tę kajzerkę i kabanosa nawet przy kasie, gdzie to ja płaciłam za wybraną przeze mnie bułkę z makiem.

Mój chłopak dbał o mnie tak bardzo, że gdy raz poszłam porozmawiać z wykładowcą o poprawie kolokwium, on obraził się na mnie, że zamiast pójść na wykład tego wykładowcy i zostać na sali przez dwie godziny, ja wolałam przyjść po wykładzie. Mój chłopak wiedział co dla mnie najlepsze, ja nie wiedziałam, bo uznałam, że pójście na dwugodzinny wykład prowadzony przez mojego wykładowcę, ale dla jakiegoś innego kierunku niż ja studiuję, jest stratą czasu.

Mój chłopak był mądrzejszy ode mnie, dlatego to było logiczne, że on może spóźnić się na KAŻDE spotkanie CO NAJMNIEJ 40 minut przez korki, a ja byłam tak głupia, by myśleć, że jeśli trafia się na korki ZA KAŻDYM RAZEM gdy jedzie się na randkę, to trzeba wyjechać te 40 minut szybciej, by być na czas. Byłam też zbyt głupia, by nie czekać za dziesiątym takim spóźnieniem kolejną godzinę, tylko pójść do domu. Byłam dla niego straszna. Przecież biedak po ponad godzinie spóźnienia szukał mnie na miejscu spotkania i mnie nie było! Jak mogłam?!

Mój chłopak był najmądrzejszy! On widział, że ja koniecznie MUSZĘ! zacząć ćwiczyć i trzeba mnie sprawdzać przy każdym spotkaniu, czy mata do ćwiczeń zmieniła swoje położenie. Przecież suchoklates, który wyciska pięć kilo na klatę wie najlepiej jak sport jest ważny w życiu każdego człowieka, poza życiem suchoklatesa oczywiście, on nie musi, bo jest idealny, na pewno lepszy od swojej brzydkiej dziewczyny.

Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Na Mateusza zmarnowałam 6 miesięcy. Zerwałam z nim kilka lat temu, gdy załatwił mnie na cacy z sylwestrem (temat na inne wyznanie). Sama się za głowę łapię, gdy to wspominam. Cóż, "uroki" niskiej samooceny...

#WJt9G

Sytuacja miała miejsce kilka lat temu na komisji wojskowej.

Od czasu pierwszej klasy gimnazjum wiedziałem, że moje prawe oko jest słabsze od lewego. Nie przeszkadzało mi to w życiu, miałem tylko problem z czytaniem liter znajdujących się daleko. W gimnazjum co roku trzeba było przechodzić podstawowe badanie wzroku u szkolnej pielęgniarki, ale jako że bardzo nie chciałem nosić okularów (z perspektywy czasu nie wiem dlaczego), nie przyznawałem się do słabszego wzroku i wypracowałem sobie sposób jak oszukać pielęgniarkę. Wchodząc na badanie już patrzyłem na tablicę z literami i zaczynałem zapamiętywać ułożenie liter. Zaczynałem czytanie od lewego, lepszego oka, a gdy przychodził czas na prawe, wiedziałem jak rozłożone są litery i trochę z pamięci, a trochę z domyślania się kształtu czytałem wszystko bezbłędnie. I tak radziłem sobie przez 6 lat.

Przyszedł czas na komisję wojskową, a ja dalej nie chciałem nosić okularów. Mój sposób działał przez 6 lat, więc myślałem, że tym razem też się uda. Cóż, nie udało się. Tym razem mnie przechytrzyli...

Wchodząc, już szukałem wzrokiem tablicy z literami, ale znajdowała się w zupełnie nieoświetlonym miejscu i nic nie mogłem zobaczyć (badanie przeprowadzane było tak, że tylko znak który miało się przeczytać był podświetlany). Okej, myślę sobie, zacznę od lewego oka, tak czy siak jakoś to pozapamiętuję i domyślę się kształtu. Pani z komisji do mnie:
- Dobrze, więc zaczynamy od prawego oka.

Myślę sobie, no nieciekawie, ale jakoś domyślę się kształtów, może jakoś to będzie. Mam tę umiejętność, że nawet gdy jestem zestresowany, sprawiam wrażenie pewnego siebie, więc na pewniaka zaczynam czytać podświetlone litery:
- I, B, O, A.
Po czwartej literce widzę kątem oka, że osoby z komisji patrzą się na siebie dziwnym wzrokiem, z lekkim rozbawieniem w oczach. Czyli na pewno czytam źle! Próbuję dalej:
- Z, S, T.
Koniec badania. Jakoś dziwnie wszyscy się na mnie patrzą.
-Dooobrze... To w takim razie czas na lewe oko.
Zmieniam oko i już po pierwszych podświetleniach zdaję sobie sprawę, jakiego idiotę z siebie zrobiłem...
Na tablicy były same cyfry.

#8LcU2

Przedwczoraj postanowiłam wreszcie spełnić obietnicę, którą sobie składam od wielu lat. Jako że jestem zaniedbanym grubasem, w końcu zmotywowałam się, aby korzystając z ładnej pogody pójść pobiegać do lasu, który znajduje się w pobliżu mojego domu. Po przebiegnięciu pierwszych dwudziestu metrów musiałam skończyć mój „maraton”. Nie dla tego, że się zmęczyłam, ale dlatego, że potknęłam się o korzeń i z impetem wyrżnęłam o glebę.

Zaliczyłam złamanie piszczela w dwóch miejscach. Przez dwa miesiące będę unieruchomiona, a las oglądać mogę sobie przez okno...
Dodaj anonimowe wyznanie