#ASwEj

Historia ta zdarzyła się w czasach, gdy byłem jeszcze dzieciakiem.
W ten dzień z kolegą przechodziłem obok sadu i postanowiliśmy poczęstować się jabłkami naszego nielubianego sąsiada, oczywiście bez jego zgody.
Nazrywaliśmy jabłek ile tylko się dało i stało się... przyłapał nas właściciel. My jak to młode wilki, w długą, ale właściciel się nie zniechęcił i niczym Usain Bolt mnie dopadł.
Zadowolony z siebie sąsiad, targając mnie pod pachą, przywlókł mnie do mojego rodzinnego domu i domagał się od mego ojca jakiejś reprymendy, a raczej jakiegoś lania paskiem po dupie.
Tata wziął mnie do pokoju obok, aby zastosować reprymendę, sąsiad czekał w kuchni. Gdy byliśmy już sam na sam, ojciec pochylił się i powiedział mi na ucho "dobra, to ja walę w stół, a ty krzycz". Jak powiedział, tak zrobił, tata walił w stół z całej siły, a ja darłem się wniebogłosy, jak to bardzo boli.
Po wymierzeniu kary wróciliśmy do sąsiada i wszyscy byli zadowoleni: sąsiad, tata, a najbardziej ja, choć rzecz jasna nie okazywałem tego, bo kto się cieszy, że dostał po dupie?
Tak oto mój tata o gołębim sercu zaskarbił sobie szacunek i u sąsiada (bo twardo z "obowiązków ojcowskich'' się wywiązał), i u mnie :)

#PS08I

Od dłuższego czasu pracuję z pewnym chłopakiem (dajmy mu na imię Maks). Nasze kontakty ograniczały się tylko do pracy, raz zaczęliśmy rozmawiać o życiu i tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy się kolegować. Wiem, że mu się podobam, ale nie naciska ze względu na to, że mam chłopaka. Ale nie to jest w tym anonimowe.

Anonimowe jest to, że odkąd zaczęłam z nim więcej rozmawiać, zauważyłam, że zaczął drażnić mnie mój chłopak. Zauważyłam, że nie ma dla mnie czasu - albo praca, trening, nagle teściowa nie może sobie bez niego poradzić, a tutaj koledzy zadzwonią i do domu wraca w sumie na noc. Wiecznie z pretensjami, czemu nie ma zrobionego prania, czemu nie ma ugotowane, co on ma zjeść, skoro wracam z pracy i siedzę w domu. Na początku myślałam - oj, no dobra, to tylko facet, normalne, że nie umie nastawić prania lub nie wie, jak kibel zalać środkiem czyszczącym.

Ale odkąd zaczęłam bliżej poznawać Maksa, zobaczyłam, że jednak to nie jest normalne. Maks mieszka sam i umie wszystko zrobić. A mój nawet nie wie, gdzie mamy pudełka plastikowe w domu... Czasem mam wrażenie, że nie mam w domu partnera, tylko rozwydrzonego nastolatka, który ciągle czegoś żąda. Poza tym wszystko z nim w porządku - normalny, kochany człowiek.

#yM80h

Koleżanki bardzo szybko, bo już w pierwszej klasie podstawówki, uświadomiły mi, że dzieci to się raczej z kapusty nie biorą.

Obeznana z tymi tematami stwierdziłam, że więcej niż dwójki rodzeństwa mieć nie chcę, a seks przecież równa się ciąży. Tym sposobem zaczęłam znęcać się nad swoimi rodzicami.

Każdej nocy zasypiałam dopiero wtedy, kiedy usłyszałam głośne chrapanie taty. Gdy tylko działo się między nimi coś więcej (z mojego pokoju było dokładnie słychać, czy ktoś zbytnio się nie wierci się u nich na łóżku, bądź o czym rozmawiają) przybierałam smutną minę numer 10 i dreptałam do ich pokoju oznajmić, że znowu miałam koszmary i nie mogę spać sama, bo się boję. Nie zliczę ile razy odskakiwali od siebie w totalnej panice, na szybko naciągając kołdrę pod szyję i z zażenowaniem patrząc, jak ich córka gramoli się idealnie między nich.

Nie pomogły próby usypiania mnie, zakazy oglądania i czytania strasznych rzeczy, ziołowe leki uspokajające czy psycholog. Moja praktyka trwała ponad dwa lata, aż stwierdziłam, że fakt posiadania większej ilości rodzeństwa jest mi w sumie obojętny.

Nikt się nie domyślił prawdziwego powodu, a ja w zaparte szłam, że to chodzi o koszmary.

#sBFSs

Pewnego dnia moja mama, wracając z pracy, spotkała na okolicznym trawniku małego, nieporadnego ptaszka. Niezbyt wiedziała, jak się zachować, więc poprosiła mnie o ocenę sytuacji.

Maluch okazał się podlotem gatunku dość licznie występującego w Polsce. Przeniosłam go na krzak obok i zostawiłam - takich ptaszków nie należy zabierać do domu, bo są karmione przez rodziców - no chyba, że są ranne, chore albo głodne. Trochę później poszłam sprawdzić, jak tam ptaszek. Siedział dokładnie w tym samym miejscu i piszczał z głodu, co oznaczało, że matka nie wróciła. Zaniepokoiłam się, bo trzy godziny to dla takiego maluszka dość długo, ale postanowiłam jeszcze poczekać. Po kolejnych trzech godzinach sytuacja nie uległa zmianie, ptaszek wręcz błagał o jedzenie, kiedy tylko się do niego zbliżyłam. Robiło się ciemno, więc wzięłam go do domu - na noc zapowiadali burze, a on byłby pozostawiony sam sobie, zdenerwowany i głodny - wątpię, że dałby radę to przeżyć. Załatwiłam mu małą, bezpieczną klatkę, karmiłam kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, również w nocy. Maluch zaczął się coraz bardziej do mnie przywiązywać. W końcu osiągnął wiek, w którym powinnam wypuścić go na wolność, a tymczasem mój wychowanek domagał się kontaktu z człowiekiem. Zostałam z ptakiem, który uważa siebie za dwunożnego, nieopierzonego nielota. I co zrobiłam?

Zostawiłam wszystko tak, jak jest. Nie mam zamiaru wypuścić go na pewną śmierć. 70 procent młodych ptaków śpiewających nie dożywa roku, a tymczasem mój gatunek może żyć nawet 20 lat. I są to dane dotyczące ptaków wychowanych na wolności, a więc przystosowanych do swobodnego życia - co oznacza, że ptak wykarmiony przez człowieka ma wielokrotnie mniejsze szanse - 5, 10 procent? 10 procent szans na życie, i ja mam go na to skazać? Absurd. Ktoś powie "taka natura" - trudno. Naturze jeden ptak w tą czy w tą nie robi różnicy - a za to dla tego jednego ptaka różnica to życie lub śmierć.

Co mu po swobodzie lotu, tak pięknie przedstawionej w wierszu o czyżykach, skoro musi wiecznie walczyć o przetrwanie (o czym autor chyba zapomniał)? Mój maluch nie dałby rady na wolności, boi się dworu, wystawiony w klatce na dwór zastyga w bezruchu i odżywa dopiero po powrocie do domu. Boi się gałęzi, liści, jest oswojony z nową klatką, większą niż poprzednia i kupioną na stałe. Każdego dnia ma ją otwartą, chętnie wraca, karmię go tym samym, co jedzą te ptaki w naturze. Reaguje na swoje imię, rozpoznaje mnie spośród innych osób, sam do mnie przylatuje i domaga się kontaktu. Uwielbia siadać mi na głowie i bawić się włosami, zasypia wtulony we mnie. Pokochałam go i nie miałabym serca skazać go na łaskę lub niełaskę losu. Dzięki temu, że został, zyskałam przyjaciela, a on zyskał życie. Muszę tylko załatwić zezwolenie, żeby trzymać go legalnie, ale to nie problem.

#wMh01

Jeśli jecie, to lepiej przerwijcie proszę.

Moja babcia zjada m.in. zgniłą sałatę. W naszym domu rzadko kiedy coś zdąży się zepsuć, ale czasami to się zdarzało. Były to rzeczy typu pół małego jogurtu, pół mielonego, które spadł z talerza za wysoki słoik czy właśnie taka nieszczęsna sałata, która była obita już w sklepie i zaczęła zamieniać się w papkę dwa dni później. Babcia potrafi wyciągać takie rzeczy ze śmietnika (domowego i przydomowego), zalać szklanką octu, łyżką przypraw i zjeść. ŻEBY SIĘ NIE MARNOWAŁO, PIENIĘDZY, DARÓW BOŻYCH SZKODA - cytuję.

Nie dociera do niej, że leki, które trzeba kupić, gdy za każdym razem dostaje potężnej sraczki, rzygaczki itd. są WIELOKROTNIE droższe niż ta sałata czy pół kotleta. Próbowaliśmy zostawić ją samą sobie, ale gdy trafiła do szpitala zagrożono nam prokuratorem, że babcią się nie opiekujemy, zaniedbujemy ją i ogółem chcemy zabić. Prośba, by lekarz jej wtłukł do głowy, że to co babka robi zakłada na samobójstwo, kończyła się fiaskiem. Albo nam nie wierzyli i oskarżali o jej głodzenie, albo nie byli w stanie tego dokonać.

Próbowaliśmy ją zaciągnąć do psychologa, psychiatry, ale odmawiała, a ubezwłasnowolniona nie jest. Zaburzenia odżywiania ma dla nas ewidentne. Ciekawe jest to, że babcia nigdy nie zaznała głodu ani chłodu, wręcz przeciwnie: pochodziła z rodziny szlacheckiej i wszyscy zdołali uciec przed II WŚ do Australii, gdzie żyli bardzo dostatnio.

Postanowiliśmy rozwiązać problem nie dopuszczając by w domu, nawet w śmietnikach, było cokolwiek zepsutego. Zaczęła chodzić po sąsiadach i zbierać odpadki, rzekomo na kompost. Rozmawialiśmy z nimi, ale nikt nie chciał nam uwierzyć w wyczyny babci, sądząc, że staruszkę szkalujemy, bo przecież to prawdziwa dama starej daty! Nigdy nie zdołaliśmy jej przyłapać na gorącym uczynku, zanim nie było już za późno. Nikt nie ma czasu pilnować tej obłąkanej baby, bo rodzice muszą pracować, ja się uczyć, a opiekunki nie dość, że pochłaniały majątek, to nic nie umiały poradzić.

Od siedmiu lat moje życie niemal codziennie wypełnione jest jej sraniem, rzyganiem i lekarzami. Co trzeci raz nie zdąża do toalety, albo cofa się pod takim ciśnieniem, że sra i rzyga jednocześnie. Oczywiście my to musimy sprzątać. Po cichu liczę, że w końcu nażre się czegoś takiego, po czym się przekręci raz a dobrze...

#0oB5s

Mój były był okropnym kierowcą. W ciągu roku odkąd cudem zdał prawo jazdy, miał 7 wypadków. Stłuczki, bo nie wyhamował, czołówka, bo wyprzedzał na ciągłej, raz nawet przeskoczył autem nocą rów przydrożny i wylądował na polu. Jednocześnie potrafił tak zamotać, że wychodziło na to, że wypadek nie był z jego winy.

Mimo ilości wypadków, które spowodował i był tego świadomy, nie zraził się i wciąż uważał, że świetnie prowadzi. Trasę, którą normalnie jedzie się 40 minut, pokonywał z palcem w tyłku w 15. Miał chłop niezłego farta, bo wielu nieszczęść uniknął na centymetry. Bawił się samochodem. Gdy był wkurzony, potrafił celowo nagle jadąc 150/h skręcić w stronę pobocza i w ostatniej chwili wyhamować, jechać prosto na słup czy drzewo lub driftowac w ciągu dnia na ruchliwym skrzyżowaniu. Raz o mało nie potrącił policjanta, który wybiegł przed maskę aby go zatrzymać. Byłam w szoku, że skończyło się tylko na mandacie. Wielokrotnie gdy musiałam gdzieś z nim jechać, żegnałam się z życiem. A on... cieszył się z tego. Nie dla niego nudna, przepisowa jazda, przecież on jest świetnym kierowcą, bo szaleje po ulicach, a jeszcze żyje!

Teraz już na szczęście nie mamy żadnego kontaktu. Jednak co jakiś czas wchodzę na jego profil na Facebooku zastanawiając się, czy tym razem zastane tam status „im memoriam”, czy to jeszcze przed nim...

#vnYdx

Zawsze miałam bardzo niską samoocenę. Byłam cicha i zdystansowana. Jestem wysoka i w głowie miałam obraz siebie jako jakiejś dziwnej, pokracznej istoty, która nie wie co zrobić z za długimi kończynami.

Kiedy jakiś chłopak próbował do mnie zagadać (a wbrew pozorom, to się zdarzało), to byłam pewna, że założył się z kolegami, żeby mnie w jakiś sposób upokorzyć czy też wyśmiać. No bo po co ktoś miałby się na poważnie interesować takim zerem jak ja? Zawsze więc go spławiałam i jeszcze bardziej się dystansowałam i zamykałam w sobie. W ten sposób się chroniłam.

Teraz już od kilku lat chodzę na terapię. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej. To wszystko nie jest takie proste, ale robię postępy. Psychicznie jestem już w zupełnie innym miejscu niż wtedy.

Niedawno spotkałam jednego z moich dawnych adoratorów. Porozmawialiśmy chwilę zupełnie normalnie. Dowiedziałam się od niego, że wtedy naprawdę mu się podobałam i próbował mnie poderwać. "Wysoka, szczupła blondynka ze zgrabnymi nogami i długimi włosami. Czego tu nie lubić"? - jego słowa. Niestety olałam go, więc stwierdził, że nie jestem zainteresowana. Jego kilku kolegów też potem próbowało u mnie swoich sił, ale postąpiłam z nimi tak samo. Zaczęła się więc za mną ciągnąć opinia wyniosłej księżniczki, która ma się za lepszą od innych i wszystkich traktuje z góry.

Szok. Ja miałam się mieć za lepszą od innych? To ja się zawsze miałam za gorszą, za tę najgorszą.

Niesamowite, jak potrafimy sobie skomplikować, a nawet zniszczyć życie przez coś, co istnieje tylko w naszych głowach. Po prostu aż nie mogę w to uwierzyć. Tyle lat zmarnowałam.

Nie będę nikogo tutaj pouczać. Morału też nie ma. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to nie jesteśmy z tym chłopakiem parą. Ta rozmowa z nim po prostu pomogła mi zrozumieć, że w życiu naprawdę często nie wszystko jest takie, jakim się nam wydaje. Niby to oczywiste, ale w sumie to wcale nie.

Jutro znowu idę na moją terapię. Jeszcze kawał drogi przede mną, ale na szczęście, sporo też już za mną.

#7YfS7

Moja rodzina śmiertelnie się na mnie obraziła. Nie odzywają się, nie zapraszają do swoich domów. Matka z babcią nie chcą mnie widzieć na oczy. Wszystko dlatego, że wytłumaczyłam swojej 12-letniej córce, na czym polega seks. Zapytała mnie o to, ponieważ usłyszała to gdzieś w szkole. Nie bawiłam się w żadne fasolki, żadne przytulanie na golasa, tylko wytłumaczyłam jej normalnie. Powiedziałam też, że jest za młoda, żeby się tym interesować i ma jeszcze na to zdecydowanie dużo czasu.
Wytłumaczyłam, od ilu lat ludzie to robią, że to oznaka miłości i również objaśniłam jej, że jakby ktoś chciał to z nią zrobić i chciałby ją zmusić, to wtedy to jest bardzo złe i ma od razu mi powiedzieć.

Gdy następnego dnia opowiedziałam o tym mojej mamie, zaczęła na mnie krzyczeć, że spaczę dziecko, będzie zboczona i będzie dziwką. Ja rozumiem, że ona ma 12 lat, ale wolałam ją teraz uświadomić, niż żeby za 3 lata powiedziała mi, że ktoś ją skrzywdził lub spodziewa się dziecka.

#jYE6I

Historyjka o tym dlaczego do teraz mam wstręt do lodów na patyku.

Jako małe dziecko często chodziłam do lekarza. Badano mi gardło za pomocą takich patyczków jak od lodów. Pewnego razu zapytałam lekarza, skąd je bierze, czy ma fabrykę lodów? A on na to, że dużo ich je, a potem oblizuje.


Już nigdy nie chciałam iść do lekarza z mamą i przynosiłam własne patyczki...
Dodaj anonimowe wyznanie