Siedziałam sobie grzecznie w McDonaldzie i zajadałam się nugettsami, kiedy to niedaleko mnie rozpoczęła się rozmowa matki z córką (na oko 12-letnią).
Córka chciała jakiś tam powiększony zestaw, a że była nieco pulchniejsza, matka nie chciała się zgodzić. Po krótkiej wymianie zdań, matka "dyskretnie" wskazała na mnie i zapytała: "chcesz tak wyglądać?". I ku*wa poskutkowało, dziewczynka nic nie zamówiła.
Kiedy miałam 13 lat, pojechałam na wakacyjną kolonię nad morze. Byłam bardzo podekscytowana tym wyjazdem - pierwsze wakacje bez rodziców, taki pierwszy krok w stronę samodzielności itp. Bardzo szybko wpadł mi w oko chłopak, który miał być jednym z naszych opiekunów. Był jakieś 10 lat starszy, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Zaczęłam go zagadywać, starałam się spędzać z nim czas sam na sam. Kiedy temat rozmowy zszedł na szkołę, skłamałam, że chodzę już do liceum i że mam 16 lat. Zawsze byłam dużo bardziej rozwinięta fizycznie niż moje rówieśniczki, a podczas kolonii trzymałam się głównie ze starszymi dziewczynami, toteż łatwo łyknął moje kłamstwo.
Ukradkowych spotkań było coraz więcej, zaczęły się pierwsze pocałunki, pierwsze pieszczoty, pierwszy raz... Trwało to parę dni, aż chłopak zorientował się, ile naprawdę mam lat. Przez zupełny przypadek, jeden z organizatorów wycieczki polecił mu znaleźć zgłoszenie jednego z uczestników (uległ drobnemu wypadkowi, potrzebny był telefon do rodziców), a on przeglądając zgłoszenia natrafił też na moje (zawierające numer PESEL). Przybiegł do mnie spanikowany, dopytywał, czemu go oszukałam, mówił, że może przez to trafić do więzienia. Następnego dnia zrezygnował i wyjechał pod byle pretekstem.
Jakiś czas później, gdy opowiadałam mojej najlepszej przyjaciółce o całym zajściu, rozmowę przypadkiem usłyszeli moi rodzice. Wybuchła prawdziwa awantura. O sprawie poinformowano odpowiednie służby, ciągano mnie po przesłuchaniach, po psychologach, po badaniach lekarskich (ginekolog miał ustalić, czy rzeczywiście do czegoś doszło). Jako że rodzice usłyszeli tylko część rozmowy (nie zdążyłam powiedzieć, że chłopak wyjechał, jak się dowiedział, ile mam lat), a ja odmawiałam składania zeznań i nie współpracowałam z psychologiem, sprawę po jakimś czasie musiano umorzyć.
Od tego czasu minęło 10 lat. Nie mieszkam już z rodzicami, mam chłopaka (w moim wieku), wszystko jest w porządku. Ale i tak przy każdym spotkaniu rodzice próbują mnie namówić na kolejną wizytę u psychologa. Ich zdaniem mogę mieć przez to wydarzenie traumę i problemy w układaniu sobie relacji międzyludzkich. Wszelkie moje uwagi, że przecież nie mam żadnych trudności zbywają, sugerując, że wypieram problem.
Zdaję sobie sprawę, że to, co zrobiłam, było głupie i nieodpowiedzialne. Wiem, że nie byłam zbyt dojrzała na taki krok. Ale nie czuję się w żaden sposób wykorzystana, nie czuję się ofiarą. Moi rodzice nie potrafią pojąć, że można to robić w wieku 13 lat i nie mieć po tym traumy. Każdy mój problem emocjonalny, każdy gorszy dzień zwalają na karb tamtych wydarzeń, wmawiając mi, że stosuję mechanizm wyparcia i namawiając na wizytę u specjalisty. Wiem, że chcą dobrze, ale ich natręctwo zaczyna mnie psychicznie wykańczać.
Miałam kiedyś przyjaciółkę, znałyśmy się z podwórka od dzieciństwa. W okolicach liceum nasze drogi lekko się rozeszły, bo poszłyśmy do dwóch różnych szkół. Wtedy ona poznała swoją miłość Tomka, a nasza przyjaźń zaczęła się rozjeżdżać.
Dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że Tomek ma podwójne życie i powiedziałam o tym mojej przyjaciółce. Była bardzo przejęta, przeżywała, wyzywała, że nigdy mu nie wybaczy. Trochę czasu minęło i uwierzyłam jej, że jest w stanie żyć bez niego. Spotykałyśmy się z zupełnie innym gronem znajomych i powoli wracały relacje. Aż do pewnego dnia.
Umówiłyśmy się same na jedno piwo w pubie. Wszystko szło jakby nigdy nic i wtedy przypadkowo przyszli oni.
To był jej "były" i jego dwoje kolegów. Dosiedli się do nas i postawili nam kolejne piwo. Wzięłam zaledwie parę łyków, ale zaczęło się ze mną dziać coś złego. Jakby mrowienie całego ciała, jakbym miała zasnąć w chwilę. Resztką sił wyszłam z knajpy i uprosiłam taksiarza, żeby wziął mnie natychmiast do domu. Oni jeszcze pukali w szybę tego samochodu, że jestem księżniczką i mam nie przesadzać.
Do dzisiaj nie wiem co mi podali, ale rzygałam pół nocy. Pseudo przyjaciółkę oczywiście też straciłam, dzisiaj z Tomeczkiem mają dziecko i żyją długo i patologicznie.
Byłam świadkiem czyjejś reakcji na śmierć bliskiej osoby. Ta osoba, a dokładniej dwie osoby były bliskie również mnie i też czułam po prostu rozpacz, ale to, co widziałam, wstrząsnęło mną na dobre.
Mam brata, Jacka, lat 27. Ożenił się z Kasią, mieli roczną córkę. Do Jacka zadzwonił telefon, Kasia z córką zginęły w czołówce z ciężarówką. Zawiozłam go z mężem do szpitala. Był w ciężkim szoku, to oczywiste, ja też. Prawie się nie odzywał. Cały się trząsł, był bardzo blady. Wieczorem byliśmy w jego mieszkaniu, zaraz mieli przyjechać nasi rodzice i reszta rodziny. Robiłam herbatę, Jacek chciał zostać sam w pokoju. Jednak postanowiłam do niego zajrzeć, bo przyszło mi do głowy, czy może nie zechce sobie czegoś zrobić.
Weszłam i zobaczyłam, jak stoi i trzyma jakieś ubranie w ręku, prawdopodobnie bluzeczkę jego córki. Po prostu stał i się na nią patrzył. Chciałam do niego podejść, ale w tej samej chwili on chlipnął i zaczął płakać, ale tak głośno. Po chwili po prostu zaczął wrzeszczeć i jak stał, tak osunął się na ziemię, dalej wrzeszcząc i płacząc. Podbiegłam do niego, po chwili też przybiegł mąż, bo myślał, że coś się stało.
Trzymałam Jacka i sama zaczęłam płakać, próbowałam go przytulić, ale on po prostu wrzeszczał, jednocześnie płacząc, i dalej trzymał tę cholerną bluzkę, na którą nie mogłam patrzeć.
Tego właśnie nie mogę zapomnieć, chociaż minęły już ponad trzy lata, w sierpniu była rocznica. Tego nieludzkiego wrzasku i totalnej rozpaczy.
Jacek jakoś funkcjonuje, chodzi do pracy.
Ja przez dwa tygodnie z nim mieszkałam, gotowałam mu i sprzątałam, on nie miał do tego głowy, no i ciągle pilnowałam, czy sobie czegoś nie zrobi. Ale zawsze, jak go widzę, teraz tak z raz na tydzień, to przypomina mi się ten okropny wrzask, nienawidzę tego wspomnienia.
Kiedyś w jednym wyznaniu dziewczyna opisywała sytuację, jak potknęła się o małego chłopca na wózku inwalidzkim i odczuła przez to ogromne zakłopotanie, do momentu, aż okazało się, że chłopiec z tego wózka wstał. Mój ulubiony komentarz brzmiał mniej więcej "wrócili już z żebrania".
Zawsze powtarzam ten komentarz mojemu mężowi, jak pcha mój wózek inwalidzki i natrafiamy na taką przeszkodę czy okoliczność, że muszę z niego wstać w miejscu publicznym. Spojrzenia ludzi są niesamowicie wymowne - jedyną niepełnosprawnością, której wózek się "należy" jest paraliż, jeśli jednak nie jesteś sparaliżowany, ale ze względu na chorobę nie możesz samodzielnie wyjść z domu czy podjąć wysiłku dłuższego niż parę minut, to po prostu z niego nie wychodź! Siedź w domu i nie przyczyniaj się do chwiania wiary społeczeństwa w uczciwość niepełnosprawnych.
Tak, oczywiście ironizuję ;-) Jeśli jesteś niepełnosprawnym takim jak ja - nie bój się wózka, da Ci wiele radości z opuszczania domu! A jeśli jesteś zdrowy - ciesz się i nie baw się w podwórkowego diagnostę-detektywa, poza Twoim oceniającym spojrzeniem mamy wystarczająco dużo problemów w życiu ;-)
Długi czas pracowałam w hotelu.
Znosiłam to, że musiałam myć ręcznikami podłogę często bardzo brudną. To, że szklanki musiałam przecierać ręcznikiem, którym chwilę wcześniej polerowałam muszlę klozetową. Znosiłam wiele takich sytuacji. Tak kazali - nie było innych ściereczek ani nic podobnego.
Jednak zwolniłam się po jednej z naprawdę obrzydliwych sytuacji. W pokoju był syf, kiła i mogiła. Pokój był zarzygany. Wykładzina jak i łóżko. Kierowniczka powiedziała, żebym jedynie nadmiar wymiocin zebrała ręcznikiem, a jak reszta zaschnie, to odkurzyć. A na koniec spryskać obficie podłogę zapachem do pokoju.
Nie było mowy o praniu wykładziny. W pokoju nadal waliło rzygami, ale cóż. Po tej sytuacji się zwolniłam.
Od teraz gdy gdzieś wyjeżdżam i śpię w hotelu, biorę ze sobą swój ręcznik, poszewkę na poduszkę i chodzę po całym pokoju w klapkach. W szczególności pod prysznic.
Kiedy byłam nastolatką, miałam różne szalone pomysły, których części się wstydzę do dziś. Pora opowiedzieć o jednym z najgłupszych.
Od zawsze fascynowały mnie tatuaże. Już jako nastolatka chciałam mieć własny, ale brakowało mi kasy i miałam 17 lat, więc żaden salon by mnie nie przyjął. Postanowiłam zrobić sobie wymarzoną dziarę samodzielnie w domu. Nie posiadając maszynki, szukałam innego sposobu - i znalazłam.
Robiłam płytkie nacięcia skóry żyletką i wcierałam w nie tusz z długopisu. Bolało, skóra była czerwona i spuchnięta, ale miałam swój tatuaż... Przez dwa tygodnie, bo potem wyblakł i śladu po nim nie ma żadnego.
Zawsze myślałem że mam normalnych i spoko rodziców. Urodziłem się, gdy oboje byli właściwie jeszcze nastolatkami, więc pierwsze lata życia spędzałem głównie z dziadkami. Można powiedzieć, że rodzice ominęli pierwsze lata mojego życia. Może dlatego odkąd urodził się mój brat tak im odbiło...
Dosłownie, mieszkam pod dachem z madką, ojdzem i ich bombelkiem. Inaczej tego nazwać nie można. Mama ciągle wrzuca zdjęcia młodego do internetu. Założyła nawet profil na Instagramie: mama_(tu wstaw imię dziecka). Moje próby wytłumaczenia jej jak złe jest wrzucanie zdjęć dziecka do internetu zawsze kończą się awanturą. Dosłownie skupia się tylko na nim.
Strasznie mnie to boli, ponieważ czuję się odstawiony na drugi plan. Nie możemy nigdzie wyjść bez młodego (nawet z samym tatą nie mogę nigdzie wyjść, bo dziecku będzie przykro (?!)), a moje potrzeby są kompletne nieważne. Usłyszałem, że nie dostanę pieniędzy na wycieczkę integracyjną (jestem obecnie w 1 liceum), bo te pieniądze bardziej się przydadzą dla dziecka. Jeszcze bym rozumiał, gdyby faktycznie czegoś brakowało. Ale nie, ta kasa zawsze idzie na kolejne zabawki czy akcesoria dla niego. Dosłownie cały dom tonie w rzeczach dziecięcych.
Z jednej strony rodzice wydają masę pieniędzy na brata (nie zliczę nawet ile ma "śmiesznych przebrań" za zwierzątka czy jakieś postaci z bajek), a z drugiej próbują oszczędzać na nas. W tym roku nie byliśmy nigdzie na wakacjach, ja też nie mogłem pojechać na kolonię. Jakość jedzenia, które jemy, też mocno się pogorszyła. Nie dostaję już kieszonkowego, a moje potrzeby są kompletnie nieważne.
Mam tego dość. Każda próba rozmowy z rodzicami kończy się groźbą szlabanu czy wypowiedzeniem magicznej formułki - "dzieci i ryby głosu nie mają" czy "nie pyskuj". Po prostu dramat.
Było to w 1 klasie liceum, gdzieś pod koniec roku, pamiętam jak dziś, że to był piątek. Wiosna, ciepło, więc do szkoły poszłam w sukience, po lekcjach miałam tylko kilka minut by zdążyć na autobus, więc szybko założyłam plecak i pobiegłam na przystanek. Niestety pod plecak zawinęła mi się sukienka i przez pół szkoły szłam z "gołą dupą".
I to nie tak, że było mi widać kawałek tyłka, nie, nie... cała dupa na wierzchu... Przebiegłam tak przez szkołę, parking, a na pasach, gdzie nikt nigdy się nie zatrzymywał, nagle wszyscy mnie przepuszczali. Koleżanki próbowały pokazać mi co się dzieje, ale były trochę za daleko i myślałam, że mi machają, więc odmachałam I pobiegłam dalej.
Skapłam się dopiero w busie, jak wszyscy zaczęli się za mną oglądać.. Oczywiście cały weekend przepłakałam próbując namówić mamę na zmianę szkoły, na szczęście mi na to nie pozwoliła, stwierdzając, że jak nie miałam dziurawych majtek, to nie jest tak źle.
W zimie, na grupie osiedla, sąsiadka-aktywistka zbierała dary dla "potrzebującej rodziny". Rodzina ogólnie zadłużona (między innymi 300 PLN za prąd), materialnie też bieda, rodzice chorzy, dzieci chore, dom się sypie, pleśń i grzyb. Pojawiła się prośba, aby przekazać im jakieś rzeczy - ale z zastrzeżeniem, że rzeczy tylko nowe, ale: ubrania nie, bo mają lub można w gust nie trafić, jedzenie nie, bo może im nie smakować, zabawek nie - bo też mają, książki nie, nie, nie - które dziecko ucieszy się z książek na prezent? Najchętniej to PlayStation (tylko z grami dla chłopców!), może zrzutka na jakiś laptop? Wiadomo, potrzebne są przede wszystkim pieniądze, wtedy kupią sobie to, co chcą.
Zdziwiły mnie te wymagania, ale pomyślałam - okej, rodzina zweryfikowana przez sąsiadkę, to może faktycznie potrzebują... Co roku staram się przed świętami pomóc jakiejś biednej rodzinie, więc zaproponowałam, że zapłacę ten nieszczęsny rachunek za prąd. Pani potrzebująca przesłała mi fakturę (a raczej przyszłą prognozę) do opłacenia na 500 zł, a na fakturze długopisem dopisane "300" - stwierdziłam, że zadzwonię do operatora prądu i zapytam jakie jest faktyczne zadłużenie na tym rachunku - od początku coś mi nie grało. Przedstawiłam sytuację, pan na infolinii oczywiście "nie mógł podać stanu zadłużenia", ale zasugerował, że gdy na koncie abonenta wystąpi nadpłata, wtedy abonent może zawnioskować o przesłanie tejże nadpłaty na wskazany numer konta, więc sugeruje, aby "nie nadpłacać bardziej rachunku, o którym mówimy". Po chwili dostałam wiadomość od pani potrzebującej, że skoro stać mnie aby zapłacić te 300 złotych za prąd, to mogę zapłacić też 150 za wywóz śmieci oraz 200 zł za wodę... Nie powiem, to mnie uruchomiło.
Wieczorem dostałam wiadomość od partnera/konkubenta pani potrzebującej, abym w końcu zapłaciła ten rachunek za prąd, i to jak najszybciej, bo dostali kolejne wezwanie do zapłaty - poprosiłam o przesłanie tego wezwania - no i przesłali, ale wyzwiska, za to, że ich oszukałam i nie mam zamiaru zapłacić za prąd, wodę i śmieci, a przecież obiecałam... Napisałam do sąsiadki, czy aby na pewno ta rodzina jest "potrzebująca" - powiedziała, że w sumie to nie wie, bo znalazła post na jakiejś grupie i pomyślała, że prześle go dalej... Sama oczywiście nie miała zamiaru pomóc w inny sposób niż re-post na grupę osiedlową, plus - jak się później okazało - "zebranych darów" od sąsiadów nigdy nie dostarczyła do tej rodziny, o ile w ogóle miała taki zamiar.
Dodaj anonimowe wyznanie