Dawno temu, gdy jako student pracowałem za grosze w podłej korpo na telefonach, każdą złotówkę oglądałem 3 razy zanim ją wydałem. Ze względu na swoje bardzo niesforne, grube, ciemne włosy strzygłem się tylko u drogiego fryzjera w galerii, za zawrotne wtedy sumy kupując karnety, które wychodziły znacznie taniej niż pojedyncze strzyżenia. Gdy nadszedł już czas po pełnych agonii rozważaniach, postanowiłem zaszaleć i po postrzyżynach kupić sobie opakowanie super pasty do włosów za 70 zeta (wiedząc, że być może końcówkę miesiąca spędzę jedząc kurz ze łzami lub jeżyny z lasu).
Od momentu wyjścia z salonu fryzjerskiego od razu napadły mnie myśli, że może trzeba było się jednak wstrzymać z luksusami, że co ja teraz zrobię i na wuja mi ta reklamówka z pastą. Wsiadłem do busa do rodzinnego miasteczka na ostatnim miejscu, by na kolejnym przystanku zobaczyć jak miejsca obok mnie uzupełniają się o bardzo wysokiego, ostro nawalonego Sebixa i jego śliczną blond dziewoję (oboje młodsi ode mnie). Gościu był tak pijany, że ledwo kontaktował, a ona nie za bardzo wiedziała gdzie dojechać (chcieli wysiąść na wsi X). Współpasażerowie nie byli zachwyceni. Postanowiłem być dobrym obywatelem i powiedziałem im, że jadę w tamtym kierunku i im wskażę kiedy mają opuścić pokład. Ucieszyli się i podziękowali, a potem jazda szła zadziwiająco spokojnie, ona coś mu tam bajdurzyła do uszka, a on na nią buczał, że mu niedobrze i że "jak długo jeszcze?".
Napięcie powoli rosło, głowa Seby spoczęła między jego kolanami i zaczynało być już nieciekawie. Ja pytany co chwile donosiłem: "jeszcze 30 minut... jeszcze 25 minut.... jeszcze z 15... już niedługo...". Laseczka zwlekała do ostatniej chwili aż w końcu okazało się, że stanie się najgorsze: Seba, który nie mieścił się na normalnym siedzeniu i musiał usiąść z tyłu busika, powiedział ściśniętym głosem "Lenka dawaj coś, będę rzygać". Ona zaczęła rozpaczliwie przebierać w swojej torebce by ze strachem odkryć że nie ma nic co pomieści eksplozję. "Przepraszam czy ma ktoś może jakąś siatkę?" Wszyscy zaczęli grzebać u siebie w strachu, że Sebix zarzyga pół busika, gdy ja w ostatniej chwili wyciągnąłem swoją drogocenną pastę do włosów i podstawiłem Sebie reklamóweczkę, w którą na moich oczach nahaftował do absolutnego maksimum.
W tej właśnie chwili dojechaliśmy do wsi X i powiedziałem im, że muszą już wysiadać, Sebix zatrzymał moją reklamówkę, a ja za jego plecami dostałem podziękowanie i szybkiego całusa w policzek od blondi.
Nie chce nawet pomyśleć, co by było, gdybym był mniej pazerny i jednak nie kupił tej cholernej pasty :D
Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Wg wszystkich miało mi się to zmienić. Nie zmieniło i nie zmieni.
W czym problem? W tym, że jestem sama. Jestem uczciwa, więc spotykając się z kimś, mówię o tym, że nigdy nie będę chciała być mamą, już na początku. Nie chcę marnować swojego i cudzego czasu. No cóż, 30-tka na karku, szukam już kogoś na poważnie.
Reakcja zwykle jest taka, że facetowi jest to obojętne. Ale obojętność w tej sprawie zawsze oznacza to, że w przyszłości, jednak dzieci będzie chciał. I rzeczywiście, po pewnym czasie wychodzi, że jednak "przemyślałem to..".
Zawsze myślałam, że to kobietom bardziej zależy na dzieciach, ale widzę, że to się zmieniło. Nie winię nikogo. Każdy ma prawo żyć swoim życiem. Jednak boli świadomość, że już zawsze będę sama.
To był gorący letni dzień. Stojąc pod samymi drzwiami do mieszkania, dostrzegłam przy rowerze taty butelkę z wodą. Spragniona, bez chwili zastanowienia odkręciłam i przechyliłam. Poczułam w ustach jaką dziwną, oleistą substancję. Nigdy nie zgadniecie co to było.
Podpałka do grilla.
Jestem żonaty od 6 lat. Z żoną znamy się łącznie 10 lat. Jestem jej pierwszym i jedynym partnerem. Od pewnego czasu mamy poważny kryzys, ponieważ ma luba stwierdziła, że życie jest jedno i chciałaby spróbować jak to jest z innymi. Wpadła na pomysł, że rozstaniemy się na miesiąc, oboje "poszalejemy" i później wszystko wróci do normy.
Ja pominąłem jakąś lekcję z zakresu idei małżeństwa czy to teraz jakiś standard?
Kiedyś poznałem dziewczynę przez aplikację randkową. Wymieniłem z nią parę zdań, no i w pewnym momencie zapytałem, czym się zajmuje. Po chwili odpisała: wiesz co to jest pole dance? Odpowiedziałem - no jasne. No i powiem, że zrobiło to na mnie spore wrażenie, wyobraziłem sobie ją jako filigranową, wysportowaną i zgrabną kobietę. Ale po chwili czytam jej odpowiedź: no, to ja te rurki spawam.
PS Dla ciekawskich - pisaliśmy jeszcze jakiś czas, ale do spotkania nie doszło.
Gdy byłam mała, a w tv pojawiała się informacja "ogłoszenie płatne", to rodzice kazali szybko to przełączyć na inny kanał, bo myśleli, że to my będziemy musieli za nie zapłacić.
Mój (teraz) były chłopak Arek uwielbiał się kłócić.
Mam całą listę bezsensownych powodów do kłótni, które znalazł. Oto jeden z nich.
Kiedyś spotkaliśmy się na mojej długiej przerwie w pracy. Po spotkaniu zamówiłam sobie Ubera, żeby wrócić do pracy, bo już byłam spóźniona, a żeby się nie czepiał to zamówiłam mu taxi (bo nie miał nic na koncie) i pożyczyłam mu gotówkę żeby sobie wrócił do domu.
Mój Uber przyjechał, wsiadam, a Arek na krzyk! Bo jak to nie poczekam z nim na taxi, tylko wsiadam do Ubera i chcę jechać?! Zaczął płakać i krzyczeć "co jak taxi nie przyjedzie, to jak ja do domu wrócę, utknę tutaj" - siadł na ziemię i płacze. Ludzie się patrzą, kierowca z Ubera nic nie mówi, ale widać że mu głupio.
Mówię mu, że przecież wie gdzie jest i że do domu jest tylko 30 minut piechotą. Nie ma co panikować. Po czym wsiadłam do Ubera i odjechałam zostawiając go płaczącego, siedzącego na środku chodnika.
Oczywiście do końca dnia miałam awanturę, że jestem bezduszna suką.
Ps. Taxi przyjechało 5 minut po tym jak odjechałam.
Moi rodzice są całkiem ładnymi ludźmi, jak zresztą moja trójka rodzeństwa. Niestety loteria genetyczna, ja jestem brzydka, i to obiektywnie brzydka. Nos, oczy i usta krzywe, nie pasujące do siebie, twarz trochę przypomina neandertalczyka. Trudno, życie, tu makijaż nie pomoże. Nawet bym nie zwróciła na to uwagi (i starałam się tego nie robić), gdyby nie inni ludzie.
Po przeanalizowaniu swojego życia, zrozumiałam czemu bogini sprawiedliwości ma zasłonięte oczy. Chyba nie muszę wspominać o komentarzach dalszej rodziny. Nigdy zachowaniem się nie wyróżniałam, byłam kulturalna, trochę nieśmiała, ale starałam się być miła i pomocna dla każdego, ubierałam się schludnie, dbałam o higienę, miałam swoje pasje. Nie wiem co oprócz wyglądu mogłoby innym przeszkadzać. Rodzice jeśli tylko mogli wymyślić wymówkę, nie zabierali mnie z rodzeństwem na wycieczki, zakupy czy spotkania rodzinne i woleli nie przedstawiać mnie znajomym. Zawsze też to na mnie skupiały się konsekwencje tego, co nabroiło moje rodzeństwo.
W szkole podstawowej rówieśnicy nie zwracali na mnie zbytnio uwagi, ale nauczyciele to już inny temat. Cokolwiek bym nie zrobiła, wydzierali się na mnie i nastawiali przeciwko mnie inne dzieci. Pamiętam, jak jedna z nauczycielek moje (i tylko moje) błędy w zadaniach komentowała przed całą klasą, czekając na kolejne salwy śmiechów. W gimnazjum i szkole średniej dla innych osób w klasie mogłabym nie istnieć, wstydzili się rozmawiać ze mną na korytarzu, a nauczyciele zwracali się do mnie jak do upośledzonej. Obcy ludzie, kiedy szłam z grupą osób i tak wszystkie swoje pretensje kierowali do mnie. Parę razy usłyszałam, że jestem obrzydliwa i nie powinnam wychodzić z domu. Dopiero niedawno zagłębiam się w swoje dzieciństwo i młodość, podczas przeglądania albumów. Zobaczyłam, że faktycznie byłam bardzo brzydkim dzieckiem i uświadomiłam sobie, że to czego doświadczyłam nie było konsekwencją mojego zachowania, tylko tego jak wyglądałam.
Teraz to widzę.
Na szczęście w dorosłym życiu jeżeli nie pracuje się z klientem czy nie szuka miłości, wygląd nie jest potrzebny. Nie chcę się użalać, wiem, że jak ktoś nie ma trudno z tego, to z innego powodu. Całe życie szłam z uśmiechem na ustach, tylko teraz jakoś mi się szkoda samej siebie za dzieciaka. Nikomu nigdy o tym nie powiem, sama się zastanawiam, czy to nie jest tylko mój wymysł.
Nigdy urodą nie grzeszyłam (małe piersi, z twarzy nieciekawie). Ale zawsze wierzyłam, że każda potwora znajdzie swego amatora. Do czasu.
Ostatnio wybrałam się z koleżankami i chłopakiem jednej z nich do klubu. Parka poszła potańczyć, druga kumpela spotkała znajomego i też poszła na parkiet, a ja siedziałam przy stoliku. Po jakimś czasie podszedł do mnie facet, uśmiechnął się i spytał, czy bym z nim nie zatańczyła. Było to dla mnie dziwne, a ponieważ lubię żartować ze swojej ''urody''. to spytałam się go wprost, o ile założył się z kumplami za taniec z brzydulą. Facet zrobił dziwną minę i odwrócił wzrok. Zaprzeczył, ale widać, że nie był dobrym kłamcą.
W końcu przyznał, że o dwie stówy.
Powiedziałam mu, że jak da mi stówę, to z nim zatańczę. Stwierdził, że nie ma kasy, w co nie uwierzyłam. Odwróciłam się na pięcie i poszłam do łazienki. Gdy wróciłam, już go nie było.
A mi się chciało śmiać, że wyrolowałam cwaniaczka.
Od dziecka cierpię za zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Tzn. mizofobia jest ze mną odkąd pamiętam. Zanim gdzieś usiądę, muszę to miejsce zdezynfekować, co trwa nieraz i 20 minut. W szkole nikt mnie nie lubił, nauczyciele traktowali jak ufoludka. Początkowo wystarczyło przetarcie czegoś chusteczkami z alkoholem, ale po jakimś czasie zanim usiadłam w szkole w ławce musiałam ją porządnie wymyć, i to w rękawiczkach. Zanim coś zjem, muszę to umyć, myję nawet opakowania np. mąki czy mleka. Nigdy nie byłam w publicznej toalecie, na samą myśl jest mi niedobrze. Nigdy nie byłam na basenie, kinie czy innych miejscach, gdzie być nie muszę. Nawet zwykłe przywitanie się z drugą osobą sprawia u mnie obrzydzenie i po podaniu ręki muszę ją natychmiast zdezynfekować. Mam straszne problemy społeczne. Nie mam znajomych, mam jedną przyjaciółkę, która doskonale mnie zna i rozumie moje dziwactwa, ale ona ma swoje życie i swoją rodzinę, choć pomaga mi jak może.
Moi rodzice nigdy nie traktowali tego poważnie, mówili, że coś sobie wymyślam, że z tego wyrosnę. Że to dobrze, że jestem porządna. Nie muszą po mnie sprzątać. Sami byli niesamowitymi pedantami. Gdy jako dziecko mama kupowała jedzenie, przez godzinę myłyśmy wszystkie warzywa i owoce. Gdy wychodziliśmy do restauracji, mama czyściła szklanki i sztućce, bo nie wiadomo kto miał je w rękach.
Od 2 lat chodzę na terapię 4 razy w tygodniu i jestem w stałym kontakcie z moim terapeutą. A wczoraj pierwszy raz w życiu byłam w teatrze. Nie dezynfekowałam krzesełka. Po powrocie do domu umyłam tylko ręce, a witałam się z wieloma osobami. Dla Was to nic nadzwyczajnego a ja jestem podniecona i szczęśliwa. Piłam nawet kawę z jednorazowego kubeczka. Trzymajcie kciuki, bym szła już tylko do przodu i jeśli macie w swoim towarzystwie takiego "psychola" jak ja, podpowiedzcie mu terapię. Im szybciej, tym lepiej :) Ot, moja anonimowa ;)
Dodaj anonimowe wyznanie