#hssB9

Podoba mi się kolega z pracy. Jest już po 30 i jest singlem. Niektórzy uważają go za geja. Próbowałam zagadywać, dawać sygnały, flirtować, ale nie zauważał. Wczoraj podczas rozmowy wspomniał o swojej byłej. Powiedział tak: "To zboczona szmata była. Jak kobieta już po roku znajomości pakuje się do łóżka, to nie zasługuje na mój szacunek. Żaden facet nie wytrzyma z babą, z którą co kilka miesięcy trzeba sypiać. Minęło 10 lat odkąd się rozstaliśmy, ale niesmak pozostał".

Odpuszczę sobie.

#49v1A

Moja siostra zaginęła 8 lat temu. Wychowywałyśmy się na wsi, ona miała wtedy 18 lat, ja 15. I zacznę od kluczowej rzeczy - siostra uwielbiała nietypowe perfumy. Zawsze zamawiała sobie bardzo drogie, konkretne perfumy o bardzo egzotycznym i wyrazistym zapachu, których nie można było dostać w Polsce i z tego co wiem, nadal ich tu raczej nie sprzedają. Zawsze się wszyscy z niej podśmiewali, że chodzi tak wyperfumowana, że czuć ją z drugiego końca domu. Ogólnie Ola była bardzo żywiołowa, ambitna, miała dużo znajomych w szkole i planowała studia weterynaryjne. Żadnych problemów psychicznych czy powodów, przez które mogłaby chcieć uciec. W rodzinie też było dobrze, co prawda prowadziliśmy typowo wiejskie życie, ale nie było biedy. Samo jej zaginięcie było dosyć dziwne, to były wakacje, dokładnie lipiec. Ola wyszła wieczorem do koleżanki, której dom mieścił się niecały kilometr od naszego. Do przejścia miała prostą drogę, główną we wsi. I nigdy do tej koleżanki nie dotarła. Podczas akcji poszukiwawczej znaleziono tylko jej opaskę na włosy, która leżała przy drodze jaką szła. Nikt też nic nie widział ani nie słyszał, mimo że przy ulicy znajdowało się kilka dużych gospodarstw. Jedynie jeden z sąsiadów opowiadał, że słyszał pisk opon samochodu o tamtej porze, ale to właściwie tyle z ewentualnych śladów. Przez wioskę czasem przejeżdżały jakieś samochody, ale bardzo rzadko, głownie tylko miejscowi się tu poruszali. W każdym razie Ola nigdy się nie odnalazła, rozpłynęła się bez śladu. Oficjalnie nie jest jeszcze uznana za zmarłą, ale policja przyznała, że po takim czasie prawdopodobnie Ola nie żyje, bo wersja o ucieczce i nowym życiu kompletnie by się nie zgadzała.

Od kilku lat mieszkam w mieście, jednak ostatnio pojechałam na wieś odwiedzić rodziców. Po obiedzie postanowiłam przejść się na spacer po wsi, powspominać dawne czasy, nacieszyć czystym powietrzem itd., jednak spotkało mnie coś dziwnego. Idąc dróżką obok rzeki w pewnym momencie poczułam silny zapach perfum, niemalże identyczny jak zapach Oli. Chwilowo wpadłam w panikę, wręcz byłam pewna, że czuję Olę. Ten zapach zawsze miałam w pamięci. W amoku zaczęłam się rozglądać i wołać ją... Gdy już się uspokoiłam, po prostu wróciłam do domu. Wiem, że to nie mogła być ona, może sobie uroiłam ten zapach, albo jakieś rośliny z pobliskich łąk i sadów wydzielają podobny. Może też powrót do wspomnień tak na mnie zadziałał. Jednak naprawdę to przeżyłam. Następnego dnia poszłam tam ponownie z tatą, ale już nic nie poczułam, więc raczej była to wyobraźnia lub po prostu jakieś rośliny. Mimo tego trochę to mną wstrząsnęło, wróciły wspomnienia z tamtych dni i ponownie nasilił się ból po stracie siostry. Chciałam tylko się wygadać, tęsknię za Olą.

#ejp4t

O tym, jak ludzie są skrajnie głupi.

Mieszkam na wsi, mamy duże podwórko i dużego psa, który jest strasznie przytulaśny. Ostatnio odwiedziła mnie kuzynka z dziećmi. Zachwycona tym jak dzieciaki świetnie się bawiły i dogadywały z moim futrzakiem, postanowiła sprawić sobie swojego czworonoga. Pomogłam wybrać pieska w schronisku, z którego ja wzięłam swojego.

Spytacie co w tym głupiego? Ano to, że jakiś miesiąc później dzwoni do mnie ciocia, czy nie wzięłabym psa kuzynki - „bo ty masz takie duże podwórko, to się wybiega, a nie będzie się kisił w bloku”. Pomyślałam, że kuzynka gdzieś jedzie, więc pytam na ile mam psiaka wziąć. „Nooo... na stałe. Kuzynka już go nie chce”.
Jak to nie chce? Minął dopiero miesiąc!

Co się okazuje?
- pies nie wyprowadza się sam, tylko trzeba się z nim przelecieć kilka razy dziennie (bo u mnie miał do dyspozycji 24/7 podwórko i ona nie wiedziała że to tak często się wychodzi...)
- pies gryzie zabawki dzieci (bo jest mały, a nikt nie zadbał, żeby miał własne zabawki)
- na spacerze ciągnie do innych psów zamiast bawić się z dziećmi
- próbuje zabierać dzieciakom jedzenie.
I nie, nie zapytała, czy pomogę jej go ułożyć. Ona po prostu go już nie chce.

Jak można było nie wiedzieć o tak podstawowych rzeczach? Psa oczywiście wzięłam, kuzynka już pyta kiedy może wpaść, żeby dzieciaczki się z futrzakami pobawiły. A idź ty...

#5KQUG

Kilka lat temu potrąciłam śmiertelnie 12-letnie dziecko. Jechałam szosą, przejeżdżałam przez miejscowość turystyczną, ale to była akurat droga otoczona lasem, nie było powodów, aby spodziewać się na niej turystów, bo to spory kawałek od tej części miejscowości, gdzie teren jest zabudowany. Jednak jakaś rodzina postanowiła się tu wybrać na wycieczkę rowerową przez las. I centralnie z krzaków wyjechało mi pod koła rozpędzone dziecko na rowerze. W ogóle go nie widziałam, wszystko wokół drogi było zasłonięte drzewami i krzakami. Nie było też żadnej bocznej drogi, tylko jakieś ścieżki leśne, którymi oni się poruszali. To były dosłownie ułamki sekund. Chłopiec zginął na miejscu, ale podobno miałby szansę przeżyć, gdyby posiadał na głowie kask. Był sąd, rozprawa, ale nie postawiono mi żadnych zarzutów, nie był to wypadek z mojej winy, nie przekroczyłam prędkości, nie było też szans, abym zdążyła wyhamować, bo chłopiec wpadł wprost pod auto. 

Mimo sądu, rodzina chłopca cały czas upiera się, że wypadek to moja wina. W sądzie krzyczeli, że brutalnie zamordowałam ich syna. I do dziś nie dają mi żyć. Rozumiem co czują, no straszna tragedia, ale przez długi czas po rozprawie napastowali mnie. Przysyłali mi listy, gdzie opisywali jakim jestem potworem, wypisywali do mnie na mediach społecznościowych, że jestem odpowiedzialna za zrujnowanie ich życia.

Z początku to ignorowałam, wiedziałam, że bardzo cierpią, pomyślałam, że tak wpłynął na tych ludzi ból po stracie dziecka. Jednak gdy zaczęli być coraz bardziej wulgarni, zablokowałam wszystkich na portalach. Myślałam, że to da mi spokój. Jednak nie, oni tworzyli w kółko nowe konta, aby wypisywać do mnie obrzydliwe obelgi. W końcu poszłam z tym na policję i dzięki temu miałam spokój przez jakiś rok. A potem znów się zaczęło, usunęłam ponad 40 komentarzy pod jednym ze zdjęć jakie wstawiłam na pewnym portalu, których treść głównie skupiała się na tym, że jestem morderczynią, potworem i spłonę w piekle.

Zaczęło się robić gorzej, bo wypisywali też do mojej rodziny i znajomych. Znów poszłam na policję i ponownie dało to efekt na jakiś czas. Po tym wszystkim byłam już jednak zmęczona, nawet wystraszona, i usunęłam wszelkie konta w mediach. Tylko problem pojawił się znowu, gdy kilka dni temu do mojej siostry na Facebooku przyszły wiadomości o wiadomej już treści, tylko tym razem zawierały groźby, że jak nie zadośćuczynię jakoś tego co zrobiłam, to skończę tak samo jak ich syn. I chyba za długo z tym zwlekałam, ale naprawdę zaczęłam się bać o siebie i rodzinę, więc zamierzam sprawę zakończyć w sądzie i to jak najszybciej. Chyba byłam zbyt pobłażliwa, cały czas w głębi jakoś sobie tłumaczyłam te zachowania bólem po stracie dziecka, ale to już jest za dużo dla mnie. Po prostu się boję i nie potrafię pojąć, co ci ludzie mają w głowach. Rozumiem tragedię, ale żeby odreagowywać w tak perfidny sposób?

#CS8kp

Mam 23 lata i odkąd skończyłam 17, wpadłam w paranoję prześladowczą. Wracałam do domu okrężnymi drogami, by "zmylić tego, co mnie śledził". Przestałam jadać w restauracjach. Ogólnie miałam status "wariatki Stalinowej" wśród znajomych. Paczka, a wraz z nimi mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa mieli z tego ubaw, ale kiedy zobaczyli, że schorzenie jedynie mi się pogłębia, namówili mnie po długim czasie na terapię. I wszystko pięknie ładnie, jakieś tam efekty były.

W końcu rzeczony przyjaciel z dzieciństwa zabrał mnie do jakiegoś klubu, by spędzić miło czas. Sęk w tym, że ja tak do końca zdrowa nie byłam. Kiedy Piotrek poszedł po piwo dla nas, ja lustrowałam każdego wokół, skręcając się w środku jak piksel ze stresu. A gdy wrócił, tak profilaktycznie zamieniłam kufle, gdy ten nie widział. Nawet zrobiło mi się przez to głupio, ale przestało, gdy po czasie Piotruś zaczynał czuć się coraz gorzej. Wyprowadziłam ledwo kontaktującego chłopaka i wezwałam karetkę.

Idiota wrzucił do mojego piwa tabletkę gwałtu, bo wyczytał na jakimś forum, że takie traumy leczy się poprzez szok. Od dwóch miesięcy nie wychodzę z domu, rodzice dostają szału, a ja na terapię nie wróciłam. Cud, że nie odłączyli mi internetu.

#4tGZy

Firma informatyczna. Ja - z wykształcenia informatyk, koleżanka - z wykształcenia pielęgniarka (w dziale testerów mamy rozmaite zawody wyuczone).

Rozmawiam sobie z "koleżanką" na temat związany z naszą pracą. Za wuja wafla nie idzie jej przekonać, podaje bzdurne argumenty co do naszej dysputy. Dodam, że kilka dni wcześniej dyskutowaliśmy na temat około medyczny i ona mnie zgasiła argumentem "To ja a nie ty mam wykształcenie medyczne i wiem lepiej". Przyznałem jej rację - w sumie iks lat to studiowała, to może faktycznie się mylę i ona ma rację. Tym razem zastosowałem ten sam manewr "To ja studiowałem informatykę, w dodatku na kierunku sieci komputerowe (a dyskusja była o tym, jak działa nasza sieć w firmie), więc wiem lepiej". Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem "Ty szowinistyczna świnio!". Tak jakby płeć miała znaczenie w dyskusji. I wkurzona odeszła.

O zgrozo, jeszcze tego samego dnia wylądowałem na dywaniku u szefowej (są psiapsiółkami) i zostałem ostrzeżony, że mogę zostać oskarżony o mobbing na tle płci. Ja wystrachany pod niebiosa wyjaśniłem słowo po słowie co i jak, że nie wspomniałem w dyskusji o żadnej płci i że ona mnie tak samo potraktowała parę dni temu. Nie wiem co ta idiotka naopowiadała, ale szefowa najwyraźniej mi uwierzyła (znany jestem z tego, że jestem bardzo spokojny i nawet sprośnego żartu nie opowiem przy ludziach). Powiedziała, żebym zapomniał o sprawie, a ona pogada z koleżanką.

Ja pierd..e. To ja mało zawału nie dostałem i nie trafiłem przed komisję do spraw mobbingu, bo ta idiotka strzeliła focha? Chory układ.

#9m1kW

Uważam, że moja rodzina jest współwinna śmierci człowieka. Nienawidzę mojej babki za jej obojętność, a jednocześnie ogromną miłość do kościoła. Ale do rzeczy.

Gdy byłam dzieckiem, moja babcia mieszkała w wielkim bliźniaku, którego druga połowa należała do starszej pani i jej syna, nazwijmy go Zenek. Zenek był upośledzony umysłowo, ale mimo tego, że jego mama wtedy była już po 70 r.ż., dbała o niego i się nim zajmowała. Zenek był zadbanym starszym panem, zawsze elegancko ubranym i zadowolonym. Często siedzieli z mamą w ogrodzie. Pewnego dnia mama Zenka zmarła. Do drugiej połowy bliźniaka wprowadziła się siostrzenica Zenka z mężem i dziećmi. Tu zaczęło się piekło Zenka. Zakazali mu korzystać z łazienki, jedynie z toalety na korytarzu, zamurowali drzwi między pokojem Zenka a resztą ich części domu, nie mógł wychodzić, nie mógł się wykapać. Po roku przypadkiem wpadłam na niego, jako dziecko mało nie umarłam ze strachu. Był brudny, śmiertelnie chudy i przerażony jak zwierzę. Zaczął pokazywać mi bym była cicho, wtedy wybiegła jego siostrzenica z trzepaczką i bijąc go po plecach zagoniła go do pokoju. Zaczęli go głodzić, jedynym odruchem ludzkim mojej babki było podrzucanie mu ukradkiem jedzenia jak widziała, że siostrzenica gdzieś wyjeżdża. Często słyszałam, jak Zenek śpiewa sam do siebie, po chwili wpadał mąż jego siostrzenicy, krzyczał i bił go, by ten się zamknął. Doszło do tego, że jedynym wyjściem Zenka było wyjście do toalety na korytarzu, w której było małe okienko, przez które mógł popatrzeć na dwór. Niestety gdy zorientowali się, że to dla niego przyjemność, wychodzili z nim do toalety stojąc pod drzwiami, po czym trzepaczką zaganiali do jego pokoju.

Mijały lata, Zenek był coraz starszy i coraz brudniejszy, kilkukrotnie próbował uciekać, ale sąsiedzi zamiast mu pomóc prowadzili znów do siostrzenicy. W końcu ktoś zareagował, wezwano opiekę społeczną, która się zapowiedziała z wizytą. Wtedy siostrzenica zaprowadziła Zenka do piwnicy i w zimnej jak lód wodzie z pompy wykąpała go razem z mężem. Kupili mu nawet ubrania, pierwszy raz od 10 lat. Niestety opieka uwierzyła, że Zenek chudy, bo ma demencję, siniaki są z przewrócenia się, a ogólnie wszystko jest OK.

Byłam wtedy nastolatką, każda moja rozmowa z babcią kończyła się tekstem „to nie nasza sprawa”. Wiedzieli wszyscy, nikt nie zareagował. Do dziś mrozi mnie na samą myśl, że moja babcia co niedzielę w kościele stoi jako pierwsza, ale nie zareagowała. Modli się przed figurą, a diabła ma za skórą. Żałuję, że mając 12 lat bałam się jej postawić i nie zgłosiłam tego chociażby w szkole.

#2r1fG

O przebijaniu prezerwatyw było już wiele opowieści, ale słyszeliście kiedyś o podmienieniu leków antykoncepcyjnych? Bo mnie się to przytrafiło. Za sprawą byłego już męża.

Człowiek, który od początku zgodnie ze mną twierdził, że nie chce mieć dzieci i macierzyństwo to dla nas koszmar, w wieku 31 lat dostał nagle takiej obsesji na punkcie posiadania dziecka, że po licznych nieudanych próbach namawiania mnie postanowił podmienić mi leki. Dla jasności, mam taki dziwny kaprys, że nie trzymam leków, które zażywam na co dzień w blistrach, tylko przesypuję do specjalnych pojemniczków na leki. Wiecie, takie kółko z nazwami dni tygodnia i przegródkami, żeby codziennie pamiętać, aby wziąć. Już wtedy średnio się nam układało, ale raz na jakiś czas zdarzało nam się kochać, więc leki brałam. I kompletnie nie zauważyłam, że od miesiąca nie biorę tabletek antykoncepcyjnych, tylko witaminy na zdrową cerę. Ale o tym dowiedziałam się już sporo później.

W każdym razie leki były niemalże identyczne, różniły się jedynie lekko wielkością, ale to dostrzegłam dopiero wtedy, gdy prawda wyszła na jaw, a ja sobie porównałam obie tabletki. A dowiedziałam się w ten sposób, że mąż zaczął podejrzanie często pytać o to, co bym zrobiła jak jednak wpadnę, a do tego nagle zaczął się przymilać i skończyły się na ten czas kłótnie. Poczułam, że coś jest nie tak, ale przecież by nie powiedział co zrobił. To wzbudziło moją czujność. Dopiero pewnego ranka (on o 5 wstawał do pracy, ja mogłam zawsze spać do 9) bardzo wcześnie obudziłam się, aby skorzystać z toalety i jakoś tak cicho przemknęłam z sypialni do salonu, że przyłapałam go na gorącym uczynku, bo mnie zwyczajnie nie usłyszał. Zobaczyłam go z tym pudełkiem na leki, ale w końcu sam po czasie przyznał się. I wtedy rozwód był już pewny.

W ciążę na szczęście nie zaszłam. Rozwód wyszedł z jego winy i w zasadzie od roku nie jesteśmy już razem. A wyznanie piszę po to, żeby może ostrzec inne dziewczyny, które są w podobnej sytuacji, w której wtedy byłam ja.

#Y5Izc

Moja siostra obwinia mnie o śmierć swojego dziecka. Powodem miało być to, że nie dałam jej pieniędzy na leczenie. Ale może zacznę od początku.

Wychowywałam się na wsi, jednak po skończeniu szkoły udało mi się dostać na studia i wyprowadzić do miasta. Za to moja siostra nigdy nie interesowała się nauką, po skończeniu szkoły zaczęła pracować na kasie, w jedynym sklepie w naszej wsi. Piszę to, aby zobrazować mniej więcej jej status materialny przez kolejne lata. Oczywiście mi wcale nie wiodło się lepiej, mieszkałam w akademiku, a dorywcza praca w magazynie nie pozwalała mi na więcej niż zapewnienie sobie minimalnych warunków do życia. Do tego studia, więc wyrwanie się ze wsi do miasta, wcale nie zapewniło mi nie wiadomo czego. W tym czasie, gdy ja ciężko pracowałam na lepsze życie w przyszłości, moja siostra mimo braku pieniędzy, wciąż mieszkając z rodzicami, zdecydowała się na dziecko z jakimś gościem, którego dodatkowo utrzymywała, bo ten nie planował pracować. Niestety dziecko urodziło się poważnie chore i o pieniądze na leczenie zwrócili się do mnie. Ale co ja mogłam im zaoferować, skoro sama żyłam na zupkach w proszku? Za to plan mojej siostry był taki, że powinnam rzucić studia i skupić się tylko na pracy, a całe pieniądze dawać jej na leczenie dziecka. I ja się na to nie zgodziłam.

Zanim mnie obrzucicie błotem - ona świadomie podjęła decyzję o dziecku, to był jej wybór i jej życie. Ja nie jestem instytucją charytatywną, nie zamierzam poświęcić całej mojej dotychczasowej pracy oraz przyszłości, aby naprawiać czyjeś błędy. Dla mnie jej propozycja wyglądała jak życie za życie, konkretniej - ja poświęcam swoje życie, aby ktoś inny mógł żyć. Owszem, mogłam ewentualnie przerwać studia, dokończyć w przyszłości, ale kluczowa jest tu choroba dziecka, która sygnalizowała, że zapotrzebowanie na pieniądze na leczenie zmaleje może minimalnie po latach i wciąż będzie potrzeba ciągłej pracy i gigantycznych pieniędzy. Dlatego nie wyobrażałabym sobie np. przez 10 lat pracować na czyjeś dziecko. Poza tym nie było też gwarancji, że te pieniądze faktycznie by wystarczyły, mogłabym pracować na marne przez lata, bo i tak byłoby za mało. Do tego jedynym staraniem siostry wciąż było pracowanie na kasie oraz założenie zbiórki, a ojciec dziecka starań nie włożył w to żadnych, bo jak twierdził, ma niesprawną rękę i nie może w ogóle pracować (jakoś w koszykówkę z kolegami zawsze aktywnie grał, z tego co widziałam). Więc czemu tylko ja miałabym się starać i coś robić? Dlatego odmówiłam rzucenia studiów, na co siostra zareagowała ogromną agresją. A po jakimś roku dziecko zmarło. I ja jestem o to obwiniana.

Siostra i jej facet mnie nienawidzą. Rodzice podobnie. Ale ja tyle ile mogłam, to zrobiłam. Wysyłałam im czasem drobne sumy, tyle na ile mogłam sobie pozwolić, kosztem np. jedzenia. Ale to wszystko. Po prostu nie uważam, że moje całe życie było warte poświęcenia przez to, że ktoś podjął bardzo głupią decyzję o dziecku w momencie, gdy nie miał ani grosza.

#TRS1W

Jestem bezdzietną lambadziarą, która zamiast faceta trzyma kota. Mam też siostrę, która posiada bombelki sztuk dwie. Mimo że za dzieciakami jakoś szczególnie nie przepadam, to staram się być dobrą ciocią i czasem do siebie siostrę z córkami zapraszam.

Ostatnio u mnie w mieście sobota-niedziela była organizowana imprezka dla rodzin z dziećmi. Zaplanowano sporo różnych atrakcji, toteż zaprosiłam siostrę. Przyjechały w piątek, wszystko ładnie pięknie, siedzę z siostrą, pijemy kawkę, dziewczynki bawią się w salonie. Słychać głośne śmiechy i miauczenie kota. Myślę sobie - pójdę i sprawdzę, co tam takiego śmiesznego. Dziewczyny podnoszą mojego kota za ogon. Mówię im grzecznie żeby zaprzestały, bo kotek też czuje i na pewno nie jest mu przyjemnie. Przytaknęły, poszłam. Kilka minut później znów słychać śmiechy i kota. Wracam, a tam to samo. Mówię więc, że mają go zostawić, bo je w końcu podrapie i będzie płacz. Uspokoiły się.

Za jakiś czas przychodzą z pytaniem, czy dam im nożyczki. Już mam wstać i podać, ale zaciekawiło mnie po co im potrzebne, więc pytam. „A bo my byśmy ci ciociu kotka ostrzygły”. Oooo nie. Nożyczek w domu brak, przykro mi. Poszły zawiedzione. Za jakiś czas kot wybiega przestraszony z pokoju. Już nawet nie pytam co się stało, tylko mówię, że kotek jest zmęczony i musi odpocząć i zamykam go w łazience. Dziewczyny kursują do łazienki co pięć minut - a to skorzystać, a to rączki umyć, a to fryzurę poprawić. Ze środka słychać tylko śmiech i prychanie kota. Mówię siostrze, żeby powiedziała córkom, żeby nie zaczepiały kota. „Ale to tylko dzieci, daj im się bawić, nic się nie stanie”.

Za którymś razem młodsza wybiega z łazienki z płaczem. Kot nie wytrzymał i podrapał. Po twarzy. Siostra w krzyk, że co za potwora tu trzymam. Mówię spokojnie, że upominałam dziewczynki, żeby grzecznie się już bawiły, a później zostawiły w spokoju. Nie docierało.

Zabrała dzieci i wróciła do siebie obrażona. Przynajmniej kot ma spokój.
Dodaj anonimowe wyznanie