Jestem biseksualną kobietą, od półtora roku w związku ze wspaniałym facetem. M nosi mnie na rękach, ma fantastyczne poczucie humoru, jest duszą towarzystwa i świetnie dogaduje się z moją rodziną. Ma tylko jedną wadę - lekki brak kręgosłupa.
Ze swoją seksualnością nie obnoszę się ani nie ukrywam. Tu, na potrzeby wyznania, musiałam oczywiście nakreślić obraz sytuacji - w życiu codziennym traktuję to jako sprawę prywatną. Ze względu na specyfikę naszej grupy znajomych (ludzie głównie z tego samego korytarza w akademiku), wszyscy wiedzą, że przed M miałam dwie dziewczyny i nie robimy z tego zbytniego tabu.
Osoby biseksualne - coraz rzadziej, ale nadal - mogą spotykać się ze stereotypem niezdecydowania/rozwiązłości. W rzeczywistości - jak sama zwykłam żartować - jesteśmy po prostu grupą monogamistów (czasami seryjnych :)) z podwójnymi szansami na powodzenie. Kumple mojego chłopaka jednak tego nie rozumieli. Moje upodobania traktowali jako żarcik i sugerowali M, że to w zasadzie zielone światło do trójkąta. Puszczałam to mimo uszu, jednak - ku mojemu rozczarowaniu - mój partner (który przedtem takich ciągot nie sygnalizował) z czasem zaczął przebąkiwać o tym, że chciałby spróbować czegoś we trójkę, oczywiście z jakąś dodatkową koleżanką. Wyjaśniłam, że nie chcę tego robić i że czuję się za tym pomysłem niekomfortowo, ale gdy wciąż nalegał, postanowiłam zadziałać. Nieco nieszablonowo.
Odczekawszy odpowiednią ilość czasu, udałam, że zmieniłam zdanie na temat naszej wspólnej przygody. Zabrałam M do baru dla pań (żyjemy za granicą, gdzie takie przybytki funkcjonują) i wybrałam wraz z nim jedną z kobiet, która była chętna pójść z nami. Upewniłam się jednak, że jest ona purystką w temacie adoracji płci pięknej. Gdy już dotarliśmy z powrotem do mieszkania, nasza nowa koleżanka nie była w ogóle zainteresowana moim chłopakiem - noc upłynęła mu na biernej obserwacji naszych poczynań, przeplatanych okazjonalnym całusem z mojej strony, gdy było mi go już naprawdę szkoda. Z samego rana koleżanka dziękowała mi wylewnie, a ja nie omieszkałam głośno wyrazić swojego zachwycenia ponadprzeciętnie przyjemną nocą. Obserwujący to wszystko M był biały jak ściana , a po wyjściu koleżanki obszernie tłumaczył mi, jak kiepski był to pomysł, jak bardzo mnie przeprasza i że to w ogóle niezdrowe dla związku, że lepiej już tak nie eksperymentować. Markując zatroskanie, zgodziłam się z nim i postanowiliśmy nie wracać do tematu.
Szach-mat, temat znikł, a i w gronie kolegów jakby ostatnio inne twarze...
PS Do wielbicieli sportów drużynowych - ja wiem, w trójkąty to nie tak, mogą być satysfakcjonujące, jeśli partnerzy się dogadają. Ja jednak nie jestem koneserką i nie będę zmuszać się dla partnera.
PPS Trochę mi go było żal, zwiększyłam częstotliwość smażenia naleśników na śniadanie. Nie narzeka.
Na co dzień parkuję auto na jednym z większych parkingów w mieście.
Kilka dni temu został założony nowy znak zakazujący parkowania przy krawężniku niedaleko wyjazdu (auta tam zawsze były parkowane, co strasznie utrudniało wyjazd, a o możliwość wyminięcia się z innym autem, które wjeżdżało na parking, była po prostu utrudniona, a nieraz nawet niemożliwa). Oczywiście auta stawały tam nadal i leciał mandat za mandatem.
Wczoraj wracając do auta natknęłam się na chłopaka (może miał max 19 lat) w starym aucie z zielonym listkiem. Podeszłam do niego i mu powiedziałam, żeby przeparkował auto, bo jest tu zakaz od niedawna. Chłopaczek zaczął we mnie ciskać łaciną i dlaczego się wpieprzam oraz zaczął mędrkować, że zaparkował przed znakiem i go to nie obowiązuje (no tak grubo ponad pół auta było za znakiem). Stwierdziłam OK, niech będzie.
Wyjeżdżając z parkingu widziałam, jak policja wypisuje mu mandat za złe parkowanie.
Chwilę później dostał kolejny za zniszczenie mienia - rzucił w moje auto kamieniem na ich oczach.
Jestem matką 2-letniej dziewczynki. Ostatnio przeraża mnie podejście mojego męża do wychowania jej. Mała zrobi coś źle (np. obleje się sokiem), to mąż już na nią krzyczy. Jak coś ją zaboli czy upadnie, to nigdy jej nie przytuli, bo jak twierdzi ona ma być twarda. Ja też nie panikuję, jak mała upada, ale zawsze ją przytulę, jeśli tego potrzebuje. Jak ma problem, by zasnąć, to według męża najskuteczniejsze jest na nią krzyknąć.
Ostatnio wstała wieczorem z łóżka i przyszła, jak oglądaliśmy film. Mąż krzyknął, że ma iść spać. Córka obróciła się i poszła do swojego pokoju. Mąż był ogromnie z siebie dumny. Tylko jak poszłam za nią to okazało się, że stoi na przedpokoju i cicho płacze.
Nie wiem jak rozmawiać z mężem. Ogólnie to dobry ojciec, bawi się z nią, uczy. Jako mąż ideał. Tylko to krzyczenie i brak zrozumienia dla niej mnie boli.
W Polsce najważniejsze jest dbanie o przyrost naturalny. Sama myślałam, że to w sumie nie do końca prawda, jednak ostatnio przekonałam się, jak bardzo zwierzęcy instynkt przetrwania jest zakorzeniony w ludziach.
Od niedawna tabletka dzień po jest na receptę, z tego powodu więc uznałam, że lepiej kupić i mieć awaryjnie zawsze przy sobie. Poszłam więc do ginekologa, zapytałam o receptę. Pani była bardzo chętna do wypisania (myślała, że chodzi o antykoncepcję), jednak gdy powiedziałam, że chodzi o tabletkę dzień po, powiedziała, że mi nie wypisze, że mam iść do innego lekarza i to jest odpłatna wizyta.
Jako że nie potrzebowałam tabletki na tamtą chwilę, zapisałam się do lekarza rodzinnego. Trafiłam do młodego lekarza, prawdopodobnie zaraz po studiach. Nie chciał mi wypisać recepty, twierdził, że jest to tabletka wczesnoporonna, a on jest katolikiem i to koliduje z jego wiarą. Wytłumaczyłam mu, w jaki sposób działa ta tabletka. Ale on twierdził, że skoro w przeciwwskazaniach jest ciąża, to tabletka może spowodować odklejenie się plemnika od komórki jajowej (?). I poza tym tyle osób chce mieć dzieci i nie może, a ja chcę zabijać... Jeszcze mi zasugerował, żeby taką tabletkę brać PRZED stosunkiem, żeby nie daj boże zapłodnionej komórce nic się nie stało, a jest na to szansa aż koło 0%.
Potem poszłam do innego lekarza, dostałam receptę bez problemu.
Poszłam do apteki. Jak sprzedawczyni zobaczyła receptę, to spojrzała na mnie jak na pomiot szatana i powiedziała, że absolutnie czegoś takiego tutaj nie sprzedaje. Spytałam, czy może mi w takim razie wskazać aptekę, w której dostanę produkt. Stwierdziła, że absolutnie nie i mam sobie sama szukać, bo komputer jej się przestawił.
Poszłam do kolejnej apteki, tam dostałam tabletkę bez problemu. I nie żałuję tego całego latania za jedną głupią tabletką, bo od początku moich prób zdobycia recepty minęło już 5 dni, czyli gdybym faktycznie potrzebowała antykoncepcji awaryjnej, już dawno byłabym w ciąży. Przyznam, że był to po części eksperyment, dlatego też próbowałam zdobyć receptę na tabletkę za darmo (wiem, że płacąc 200 zł można ją dostać nieco prościej, ale i tak nie każdy przepisze).
Po co to piszę? Bo o tym się nie mówi. Niby żyję w wolnym kraju, ale nie mam prawa decydować o swoim ciele. W innych krajach na luzie można kupić zarówno tabletki dzień po, jak i tabletki wczesnoporonne (legalnie, nie obawiając się o zdrowie), podwiązać jajowody, dokonać aborcji. Nie chcę mieć dzieci, dla mnie płód to tylko zlepek komórek, nie wierzę w żadne religie. Nie jestem inkubatorem. Pewnie nazwiecie mnie samolubną i bez serca. Macie rację. W takim razie, czy samolubna i bezduszna osoba nadaje się na matkę?
Dajcie ludziom wybór.
30 października 2018 roku, po długiej walce z nowotworami zmarła moja babcia - mama mamy. Do ostatniego jej tchu czuwała przy niej moja mama. Babcia leżała w szpitalu oddalonym od miejscowości, w której mieszkałam z rodzicami o jakieś 80 km. Tego dnia, po godzinie 18, zadzwoniła mama poinformować nas, że odeszła od nas jej ukochana rodzicielka. Tato pojechał po mamę, wrócili około 22, a w międzyczasie starali się załatwiać sprawy związane z pogrzebem. Siedziałam z mamą do około 1 w nocy i rozmawiałyśmy wspominając babcię. Ta noc była naprawdę dziwna. Być może jej śmierć wstrząsnęła nami bardziej, niż myślałyśmy.
Od kilku lat miałam problemy z zasypianiem, a tamtej nocy jak tylko położyłam się w łóżku, to od razu zasnęłam. Po godzinie 2 obudziła mnie wystraszona mama. Łamiącym się głosem powiedziała „babcia przyszła” i mnie zamurowało. Usiadłyśmy w kuchni i mama zaczęła mi wszystko opowiadać, nie ma mowy o tym, żeby rodzicom się coś przewidziało/przesłyszało.
Jak położyłam się spać, to mama się wykąpała i poszła do sypialni, w której spał już mój tato z 4-letnią siostrą. Mama położyła się na brzegu łóżka, obrócona twarzą do drzwi. Nastała dziwna cisza w sypialni, gdy nagle usłyszała charczenie charakterystyczne dla zmarłej babci (miała nowotwór na płucach i krtani, przez co nie mogła normalnie mówić ani oddychać, tylko charczała). Na początku mama pomyślała, że to siostra lub tato, odwróciła się, ale oni spokojnie oddychali przez sen; sytuacja powtórzyła się dwa razy. Mama usiadła na łóżku i w jednej chwili zabawkowa kuchnia siostry zaczęła grać... Były na niej dwa palniki - jak się na nich postawiło plastikowe garnki, to wydawały odgłosy gotującego się płynu i smażenia. Po chwili druga zabawka zaczęła się włączać (coś na wzór kierownicy, jak się nią skręcało, to wydawała różne dźwięki). Mama obudziła tatę i we dwoje siedzieli na łóżku i patrzyli na zabawki, które same grały. Mama zaczęła zadawać pytania typu „mamo, czy to ty?”. Zabawki ucichły i tylko kuchenka zabawkowa dała jeden krótki dźwięk, jakby to była odpowiedź „tak”. Kolejne pytania jak mama zadawała, to pojawiały się odpowiedzi, jeden dźwięk - tak, dwa dźwięki - nie. Tato myślał, że to po prostu coś styka się z tymi zabawkami, więc dlatego grają, wstał z łóżka i porozkładał je na komodach, ale zabawki znowu zaczęły grać tak jak wcześniej. Usiadł na łóżku i nagle poczuli wibracje, jakby ktoś w nogach materaca dociskał wibrujący telefon.
Obydwoje byli przerażeni, a całe zajście trwało około godziny. Tato nigdy nie wierzył w takie rzeczy i wyśmiewał każdego po kolei, jak ktoś coś podobnego opowiadał. Wszystko byłoby można zwalić na silne emocje wywołane śmiercią babci, gdyby nie to, że dwa lata wcześniej na świętach wielkanocnych babcia powiedziała tacie, że po śmierci przyjdzie do niego i go nastraszy, a wtedy on uwierzy.
Pewnie większość z was kojarzy czasy, w których to na ostatniej stronie popularnych gazet widniały tapety z gołymi babami do pobrania na telefon. Na każdej z nich było kółeczko z "+18" w formie cenzury.
Jak byłam małym srelem, nie mogłam zrozumieć dlaczego nie widzę połowy obrazka (cenzura pokrywała praktycznie większą część tapety). Byłam pewna, że wszyscy, którzy ukończyli 18 lat, widzą te tapety w całości. Byłam wręcz przekonana, że dopiero jak skończę 18 lat, to w moich oczach coś magicznie się przestawi i będę w stanie widzieć całe te obrazki! Aktualnie mam 23 lata i dalej nie mogę uwierzyć w swoją wyobraźnię i głupotę... I tak, pomimo 23 lat nadal widzę te "+18", nic się magicznie nie zmieniło w moich oczach...
Może zacznę od tego, że jestem jedynaczką. W pewnym momencie chce się pokazać sobie i całemu światu, że jest się niezależnym, zdolnym do ogarnięcia życia, etc., etc.
Tak więc zaplanowałam wielką wakacyjną wyprawę do słonecznej Italii. Żeby wyzwanie było poważne, zaplanowałam trzy bite tygodnie podróży na couchsurfingu z początkiem w Mediolanie i zakończeniem w Rzymie.
Wszystko dopięte na ostatni guzik, rodzice dumni. Nadchodzi Ten Dzień. Wyjeżdżamy na lotnisko. Dziecko dorasta, te klimaty. Wchodzę, a tam lot w dobre miejsce, pora prawie-dobra, ale nie te linie. Myślę - zmienili linie? Samolot się zepsuł? Piekło zstąpiło?
Mówię tacie: zniknął mój samolot! Tata mówi: sprawdź bilet! Wyciągam, sprawdzam, wszystko gra! Tata wyciąga mi bilet z rąk, spogląda i pyta: A co tutaj jest napisane, drukowanymi literami w lewym górnym rogu?
W rogu było napisane BALICE.
My byliśmy w Pyrzowicach...
Tak właśnie pokazałam wszystkim, jak bardzo ogarniam życie.
Tego dnia dowiedziałam się też, ile kosztuje bilet tanich linii kupiony pół godziny przed odlotem. Krocie.
Kilka dni temu odwiedziłam pewne muzeum. Było to jedno z tych, w którym spędza się nawet 4-5 godzin. Do tego prezentowało poważną, a wręcz drastyczną tematykę (kojarzycie film "Katyń"? Na jednej z ekspozycji pojawiły się fragmenty tego filmu, m.in. sceny egzekucji oraz prezentacji odnalezionych zwłok). Mimo to znalazły się osoby, które zabrały ze sobą małe dzieci, a nawet niemowlęta w wózkach. Dzieci po krótkim czasie nudziły się, marudziły, biegały, niemowlęta płakały...
Ludzie, serio? Do klubu na imprezę też byście dziecko zabrali, jeśli zachce wam się imprezować? Zrozumcie, że nie możecie zabierać swoich "bombelków" wszędzie! Nie dość, że męczycie swoje dzieci (ja byłam po tych 5 godzinach zmęczona, a co dopiero dziecko, które na dodatek nie rozumiało tego co widziało), to jeszcze wszystkich dookoła. Jeśli już musicie targać latorośle ze sobą, to dostosujcie rozrywkę również do nich (warto wspomnieć, że muzeum, o którym mowa, oferowało osobną wystawę dla dzieci w innej części budynku). A jeśli chcecie olać komfort i samopoczucie potomstwa, to zostawcie je w domu z nianią/ciocią/babcią/sąsiadką. To chyba nie jest takie trudne do zrozumienia?
Jakiś czas temu dodałam historię o tym, jak mój mąż zakochał się w innej (#ZkSwH).
Daliśmy sobie trochę czasu, nie widywaliśmy się. Spotkaliśmy się po dwóch tygodniach, żeby porozmawiać... Powiedziałam mu co czuję, że ciężko mi bez niego, ale mam nadzieję, że nadal będziemy potrafili ze sobą rozmawiać. Powiedział, że też nie wyobraża sobie, że ktoś, kogo kochał przez 12 lat zniknie z jego życia.
Postanowiliśmy pozostać przyjaciółmi... Banalne? Bardzo, ale oboje nie chcieliśmy stać się dla siebie obcymi osobami, które unikają się na każdym kroku.
Pisaliśmy do siebie co kilka dni co słychać i czy wszystko w porządku. Kilka razy odwiedził mnie, bo wciąż miał sporo rzeczy w naszym mieszkaniu. Nadal wpadaliśmy na siebie w siłowni, do której razem chodziliśmy. Chwilami nawet czułam, że nic się nie zmieniło. Do czasu, aż jego nowej partnerce przestało podobać się to, że się widujemy.
Napisała mi parę SMS-ów, że mam się odpieprzyć od jej faceta, bo on i tak do mnie nie wróci. Zgodnie z prawdą odpisałam, że nic z tego, mamy jeszcze dużo spraw razem, które musimy omówić, więc jeśli ma jakiś problem, to niech porozmawia z nim, ale do mnie nie ma prawa pisać. Mimo to dla jego szczęścia ograniczyłam kontakt. Może to wygląda, że jestem jakąś pipą, która ot tak rezygnuje z faceta, ale to nie tak. On zakochał się w innej, zdecydował odejść. Kocham go, więc uszanowałam jego decyzję, a poza tym nie chciałabym być z kimś, kto w głębi duszy myśli o kimś innym. Na siłowni więc rzucałam tylko szybkie "cześć", a gdy pytał, czy nie skoczymy na kawę zbywałam go. Kiedy chciał coś zabrać z domu mówiłam, że mnie nie będzie, ale ma klucze, więc może sobie otworzyć.
Tak mijały tygodnie. W końcu zapytał, czy kogoś poznałam, bo tak ograniczam kontakt. Powiedziałam, że dostałam kilka średnio miłych SMS-ów od jego nowej dziewczyny. Mój mąż nie powiedział nic. Wyszedł.
Wieczorem zapukał do drzwi z bukietem i przeprosił za jej zachowanie. Zerwał z nią. Nie, nie odkochał się magicznie, ale stwierdził, że nikt nie zabroni mu kontaktu ze mną, nie jest dzieckiem i sam o takich sprawach decyduje, a już na pewno nie będzie znosił takich gierek za jego plecami. Widziałam, że zabolało go co zrobiła. W końcu porzucił całe swoje dotychczasowe życie dla kobiety, która nie potrafi z nim nawet szczerze porozmawiać.
Tydzień temu zaprosił mnie na kolację. Poszłam. Rozmawialiśmy, ale nie jak kiedyś. Rozmawialiśmy, jakbyśmy poznawali się od nowa.
Nie wróciliśmy do siebie. Zawsze byliśmy i jesteśmy szczerzy wobec siebie.
On nadal o niej nie zapomniał, a ja nie zapomniałam, jak mnie to bolało.
Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, ale 12 lat wspólnego życia buduje bardzo silną więź.
Może stwierdzicie, że facet się wyszalał i chce wrócić do żony. Może to tak wyglądać z waszej perspektywy. Ja znam mojego męża bardzo dobrze, więc jeśli zdecyduję się do niego wrócić, to będzie to decyzja oparta na całym naszym życiu, a nie jednym błędzie.
Miesiąc temu mojej przyjaciółce podrzucono okrutne zdjęcia do plecaka. Widać na nich jej ojca, jak zabawia się z nie-żoną. Płakała tak bardzo, że nie wróciła już na zajęcia.
Przez cały czas byłam blisko i ją wspierałam. Była wściekła na cały świat, a jednocześnie dostała depresji, ponieważ nie wiedziała, czy powiedzieć mamie, czy nie rozbijać rodziny i siedzieć cicho.
Co w tym anonimowego? To ja podrzuciłam jej te zdjęcia. Nie chciałam, żeby mnie za to znienawidziła. Nie powiem jej o tym, ponieważ od razu padłoby pytanie skąd to mam. Znalazłam te zdjęcia na telefonie mojej mamy.
Dodaj anonimowe wyznanie