Długo i bezskutecznie walczyłam ze swoją skórą, która nie złuszcza się normalnie. A właściwie wcale nie chce się złuszczać, co powoduje wiele nieprzyjemności. Żadne peelingi (mechaniczne i enzymatyczne), setki wydane na cud maści i kosmetyczki. Nic nie pomagało.
Pewnego razu, po remoncie na balkonie, usiadłam w spodenkach na podłodze i patrząc na tę moją skórę na nogach (były w najgorszym stanie), myślę "o ty k***o!". Zdesperowana wzięłam papier ścierny i zdarłam wszystko ma sucho, krew się lała, ale jaka ulga! Za dwa dni moje nogi były już zagojone, a ja do dziś używam papieru ściernego zamiast gąbki.
Od lat walczę ze sporą otyłością. Nie będę rozwodzić się nad tym, dlaczego do niej doprowadziłam - częściowo to wina zdrowia, częściowo zaniedbania. Jakiś czas temu przeglądając stare zdjęcia, patrząc też po sobie i tym jak źle się w "nowej odsłonie" czuję, postanowiłam coś zmienić. Dieta, plany na ruch. Trzymałam się wytycznych dietetyka, zdecydowałam się też pójść na siłownię.
Nastał ten dzień. Pani z recepcji zapewniała, że osobom, które przychodzą po raz pierwszy wskazują jednego z dostępnych trenerów i oni tam mają po prostu pokazać jak ustawiać te wszystkie maszyny, coś może doradzić itp. Nie był to jednak trener personalny, bo za takie usługi się płaci i umawia wcześniej.
Zaprowadziła mnie do szatni, powiedziała, że ogarnie trenera. OK, super. Poszłam się przebrać, ogarnąć. Wychodząc z szatni zauważyłam kto na mnie czeka. Gość był niewiele starszy ode mnie. Przytłaczała mnie jego forma i sylwetka, ale przecież sama sobie byłam winna temu jak wyglądam. Podeszłam, przywitałam się. Już na początku złapałam nieprzyjemne odczucie względem tego trenera. Otaksował mnie spojrzeniem, które mówiło wszystko. Zamiast zrobić to, o co prosiłam (pokazać co, gdzie, i jak), zabrał się za ten personal coaching, chociaż o to nie prosiłam. No ale trudno, trochę ciekawość, trochę wstydliwość zabroniły mi protestować (taa, wiem).
Rozgrzewka była strasznie ciężka dla kogoś o mojej wadze, a kiedy po kilku seriach nie miałam już po prostu sił i ledwo oddychałam - trener się nieprzyjemnie uśmiechał z tekstami "no co, nie dasz rady?", podwyższając poprzeczkę. Co jakiś czas odwracał się do jednego z kolegów i sobie dość otwarcie z moich zmagań drwili. Nawet jak później raczył mi pokazać działanie bieżni, rowerów i innych takich, to stał obok, ustawiając je wcześniej na bardzo wysokie obciążenie czy prędkość, mówiąc, że "skoro się spasłam, to powinnam teraz wytrzymać". I "pilnował", bym niczego nie obniżała. Tak więc pierwszego dnia siłowni miałam biegać non stop na prędkości ustawionej na 8 (i to pod górkę), na rowerze pedałować na poziomie 7. Naprawdę byłam bliska omdlenia, a moje stawy bardzo na tym ucierpiały. Potrzebowałam paru tygodni, by mięśnie nie bolały tak bardzo.
Nie poszłam z żadną skargą, bo nawet nie znałam imienia tego gościa (nie miał plakietki z imieniem ani nic). Może powinnam, ale za bardzo się bałam, nigdy nie byłam specjalnie asertywna. Na trochę odpuściłam sobie siłownię. Wróciłam jednak po jakimś czasie, z większym zapałem. Sporo schudłam, dużo jeszcze przede mną. Nie zwracam uwagi, czy ten trener tam w ogóle bywa, wolę nie mieć tej świadomości. Wiem tylko, że mocno mnie to do tego wszystkiego zraziło. I gdyby nie spora determinacja i motywacja, raczej bym wróciła do zajadania smutków czipsami.
Mam nadzieję, że są tam jednak jacyś przyjemni trenerzy.
Mam wspaniałą dziewczynę, o jej zaletach mógłbym mówić w nieskończoność. Jednak nie mogę sobie poradzić z jedną rzeczą. Mianowicie K ma ogromne problemy z akceptacją swojego wyglądu i kompleksami.
Jako dziecko miła sporą nadwagę, przez co była prześladowana, wyśmiewana i gnębiona przez rówieśników, a matka potrafiła powiedzieć jej coś w stylu "inne dziewczynki wyglądają w tym tak ładnie, szkoda, że ty nie". Kiedy opowiadała mi o niektórych sytuacjach z dzieciństwa (płacząc), nie mogłem uwierzyć, że ludzie (w tym dzieci i członkowie rodziny) potrafią być tak okrutni w stosunku do dziecka/nastolatki.
Dziś K ma normalną wagę, kobiece kształty i figurę klepsydry. Nie jest chudziną, ale nic jej się też nie wylewa ze spodni. Dla mnie jest idealna.
Potrafi jednak popłakać się przed lustrem z powodu swojego wyglądu.
Latem chodzi w długich spodniach, bo wstydzi się ubrać krótkie spodenki czy sukienkę, nie ma w ogóle mowy o koszulce na ramiączkach, bo podobno ma "obrzydliwe" ramiona. Wyjście na plażę? Nie ma mowy, w długich spodniach będzie za gorąco, a krótkich nie założy.
Ciągle się zakrywa, wstydzi, krępuje.
Nosi rzeczy dużo za dużych, żeby zakryć "fałdy".
Na święta kupiłem jej sweter, który bardzo jej się podobał, w rozmiarze M, leżał na niej idealnie, ale stwierdziła, że jest jej za mały i wymieniała go na XL
Nawet podczas seksu zamiast myśleć o przyjemności zasłania swój brzuch albo przyjmuje niewygodną pozycję, po to żebym nie widział jakichś fałdek na brzuchu czy cellulitu.
Kiedy podczas przytulanek położę rękę na jej brzuchu czy udach czuję, jak się wzdryga. Nie przebiera się przy mnie, bo się wstydzi.
Kiedy próbuję jej mówić jaka jest piękna i że dla mnie jej ciało jest kuszące i najwspanialsze, słyszę, że kłamię i ją oszukuję. Łapie się wtedy za brzuch czy uda i wymienia wady, na które nigdy bym nie wpadł.
Kiedy jej mówię, że na ulicach widać wiele kobiet o większych kształtach z cellulitem i nie męczą się latem w długich spodniach, normalnie chodzą na plażę i nie chowają się w domach słyszę, że ona wygląda od nich gorzej.
Gdy tylko usłyszy śmiech w miejscu publicznym, to zaraz myśli, że ktoś się śmieje z jej wyglądu.
Widzę, jak bardzo się męczy i strasznie się o nią martwię. Ostatnio zaczęła też coraz miej jeść, boję się, że to wszystko odbije się na jej zdrowi.
Staram się jej pokazać, że z jej wagą i wyglądem wszystko jest w porządku, ale już nie mam pomysłu co robić.
Nie lubię dzieci, nigdy nie lubiłam. Właściwie to się ich boję, nie wiem dlaczego, tak już po prostu jest. To są dla mnie jakieś dziwne, chaotyczne stworzenia, które są w dodatku dość głupie i irytujące. Dlatego unikam ich jak mogę. Nigdy żadnemu dziecku krzywdy nie zrobiłam i robić nie zamierzam. Nie to, że ich nienawidzę, po prostu nie chcę mieć z nimi kontaktu i tyle.
W przyszłości nie zamierzam też mieć własnych dzieci, ale ja nie o tym.
Moja starsza siostra niedawno wyszła za mąż i urodziła syna. Ona jest moim zupełnym przeciwieństwem. Zawsze chciała mieć dużą rodzinę, więc niech sobie ma. Cieszę się jej szczęściem. Problem w tym, że kiedy oni do nas przychodzą, to ciągle wciskają mi to dziecko! "Weź się z nim pobaw, weź przytul, weź ponoś" - i tak w kółko. A ja nie chcę! Cała rodzina (szczególnie nasza mama) mi mówi, że muszę złapać z nim kontakt, mieć jakieś więzi, bo to w końcu mój siostrzeniec. Dobra, może i mają rację, ale ja nie umiem się przemóc, nie potrafię po prostu. Nie wiem jak. Ten dzieciak mnie nie lubi, bo wyczuwa chyba, że ja go nie lubię. Krzywi się, czasem płacze jak mi go dają, więc wtedy zabierają, ale za jakiś czas znowu dają!
Nie chcę, żeby on mnie znienawidził. Nie chcę, żeby się mnie bał. Chciałabym nawet mieć z nim jakieś relacje, chciałabym być fajną ciocią, ale, kurcze no, JAK? Ja naprawdę nie potrafię. Boję się, że w jakiś sposób skrzywdzę to dziecko albo mu zwichruję psychikę. Na razie więc kiedy przyjeżdżają, to unikam ich jak tylko mogę. Najczęściej staram się, żeby nie było mnie wtedy w domu. Tylko ileż można? Czasem czuję się jak jakieś dziwadło, potwór. Nie wiem, może jak mały podrośnie, to złapię z nim jakiś lepszy kontakt, ale na pewno nie teraz. Teraz pozostaje mi chyba tylko dalsza ucieczka, ale wiem, że to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.
W pierwszej klasie liceum mieliśmy jechać na wycieczkę w Tatry. Na godzinie wychowawczej mieliśmy ustalić, co w tych górach będziemy robić.
Klasowa „elita” żądała wyjścia na Giewont. Nie zgodził się jednak na to wychowawca, twierdząc, że na wycieczkach szkolnych lepiej wybierać jakieś mniej wyczerpujące szczyty.
Nawiasem mówiąc, klasowa „elita” próbowała z tego powodu (a także z kilku innych równie błahych) zmienić wychowawcę.
Nadszedł dzień wycieczki. Za namową przewodniczki weszliśmy na Sarnią Skałą, górę dużo łatwiejszą od Giewontu. Na następny dzień w planach było wejście na Nosal. Nie doszło jednak do skutku, bo elita miała zakwasy i obtarcia, o kacu nie wspominając. Byliśmy zatem tylko na spacerze w Dolinie Kościeliskiej.
Mam ogromny żal do mojej matki za to jak mnie traktuje/traktowała (gdy byłam dzieckiem) oraz do ojca, że na to pozwalał.
Nigdy nie zrobiła mi śniadania czy kanapki do szkoły, nie pomogła w lekcjach, nie zatroszczyła się o to czy mam czyste ubrania albo zeszyty na nowy rok szkolny. Nie okazywała mi troski kiedy byłam chora. Nigdy nie zapomnę jak rano obudziłam się z bólem głowy, po zmierzeniu temperatur poszłam do matki, żeby pozwoliła mi zostać w łóżku. Zamiast zainteresowania usłyszałam, że jak wyjdę z psem to mogę wrócić do łóżka (był środek zimy, a ja miałam z 11 lat). Takie sytuacje zdarzały się nieraz.
Ojciec często wyjeżdżał w delegacje, bywało że przez cały rok pojawiał się w domu jedynie na weekendy. Kiedy był w domu matka robiła obiady, nawet zdarzyło jej się posprzątać mieszkanie. Gdy taty nie było, nie było też obiadu, matka nie sprzątała... nie robiła nic.
Leżała w łóżku do 12, później siedziała przed komputerem grając w jakieś głupie gry, oglądała tv. Czasem ruszyła się żeby spotkać się z koleżanką czy kimś z rodziny.
Odkąd skończyłam 9-10 lat robiłam w domu wszystko. Pranie, zmywanie naczyń, sprzątnie(wszystkiego), chodzenie po zakupy(matka chodziła tylko na zakupy dla siebie-ubrania, kosmetyki), wychodzenie z psem, w pewnym momencie doszło też gotowanie. Wstydziłam się zaprosić kogoś do domu z powodu wiecznego bałaganu (mogłam sprzątnąć np w środę ale w czwartek gdy wróciłam ze szkoły znów był bałagan, moja rodzina nie szanuje tego że po nich sprzątam - SAMO się sprzątnęło raz to sprzątnie się drugi.
O tym co się dzieje w domu wiedzieli moi dziadkowie, próbowali rozmawiać z tatą(ich synem) ale kończyło się jedynie na kłótni i na tym że kiedy nie był taty to miałam zakaz chodzenia do dziadków(jedynych osób, które się o mnie troszczyły) .
Kiedy byłam nastolatką urodziła się moja młodsza siostra, a mi doszły obowiązki związane z nią. Kiedy wracałam ze szkoły robiłam przy niej wszystko. W weekendy i każde wolne od szkoły byłam niańką 24h na dobę.
Obecnie jestem studentką, kiedy wracam do ,,domu rodzinnego", pierwsze co robię to sprzątam, żeby nie czuć się jak w chlewie i móc spokojnie wziąć prysznic. Rodzina chyba uważa, że robienie za sprzątaczkę to mój obowiązek. Jeżeli zdarzy się weekend że mam dużo nauki i np. sprzątnę, ale nie zmyję podłogi to słyszę, że jestem leniwa.
Moja siostra rośnie na takiego samego lenia i brudasa co matka, co mnie bardzo martwi. Podobnie jak matka ciągle wymyśla sobie choroby, bóle każdej możliwej części ciała i wieczne wymówki, żeby nic nie zrobić. Moja matka gdy usłyszy, że np. boli mnie brzuch zaraz ma takie same bóle+np. ból głowy (byle tylko wyszło, że ona czuje się gorzej).
Dobija mnie kiedy słyszę jak matka opowiada komuś jaki z niej świetny rodzic, jak dużo robi dla swoich dzieci i jak poucza/krytykuje innych rodziców
Wyznanie #Xx5LL skłoniło mnie do opisania mojej własnej sytuacji.
Pochodzę z rodziny może jeszcze nie stricte patologicznej, ale już na pograniczu. Odkąd dzieciaki podrosły, tak naprawdę każdy z nas - rodzice, ja, moje rodzeństwo - żyje sam sobie, je, pracuje, śpi w typowych tylko dla siebie porach. Rozmowy ograniczają się niemal wyłącznie do kłótni o każdą pierdołę i wzajemnych oskarżeń, zwykle każdy siedzi z nosem we własnym telefonie czy laptopie.
Rodzina mojego chłopaka dla odmiany spędza razem niemal cały czas. Razem jedzą posiłki, grają, wspólnie ustalają ważne sprawy, zwierzają się sobie niemal dosłownie ze wszystkiego. Początkowo byłam tym zachwycona - wreszcie miałam rodzinę, która naprawdę się mną interesuje i się o mnie troszczy...
...ale teraz, po kilku latach męczy mnie ciągły brak prywatności i czasu dla siebie. Nie mogę spędzić czasu z chłopakiem sam na sam (a jeśli już to dopiero późnym wieczorem kiedy niemal już trzeba iść spać), bo jego rodzina zawsze chce coś robić wspólnie, a dla niego jest to naturalne i uważa, że tak właśnie powinno być. Wszystkie moje sprawy są drobiazgowo roztrząsane, kiedy parę razy nie chciałam np. powiedzieć, że i z kim, i dlaczego wychodzę (czyli: dlaczego nie mogę przyjechać na weekend) od razu byłam określana jako mruk i uważana za zbędnie skrytą. Mój chłopak nie rozumie, dlaczego kłócę się z nim, gdy opowiada swoim rodzicom o moich prywatnych sprawach, np. że byłam u lekarza i z jakiego powodu.
Narzekałam na moją rodzinę, że w ogóle nie interesuje się sobą nawzajem, jednak coraz częściej myślę, że już wolę to niż bycie pod ciągłą obserwacją.
Zawiozłem Mietka (mój tata, od zawsze byłem z nim na "Ty") na cmentarz 31 października 2016 roku. Chciał uniknąć tłumów na 1 listopada. Zmarł 2 dni później, 2 listopada. Kiedy powiadomiłem o tym fakcie mojego najlepszego przyjaciela, to odparł:
- Pewnie ostatnio zgadał się z kimś na tych grobach.
Ja mu na to:
- Pewnie ustawiał imprezę powitalną. Wszystkich nas wystawił na tym ziemskim padole, a on dalej się bawi.
Brakuje mi Mietka.
Mając 15 lat, byłam na kolonii nad morzem. Dzieliłam pokój między innymi z pewną 10-latką. Po kilku dniach zaczęło okropnie śmierdzieć w pokoju. Sprawdziliśmy plecaki i bagaże, bo być może tam była jakaś stara kanapka czy coś. Jednak nic nie znalazłyśmy. Nawet wietrzenie pokoju nic nie dało.
Po kilku dniach okazało się, że ta 10-letnia dziewczyna co noc sikała w majtki w łóżku. I cały materac przeszedł okropnym z zapachem.
Do końca kolonii spała w pampersach.
Poznałam go w okularach przeciwsłonecznych i na kolejnych randkach cały czas miał je na sobie.
Coś tam było widać z boku, ale przecież to tylko oczy. Każdy ma takie same. Jak mu się znudzi taka stylówka, to może wreszcie je ściągnie. No i zrobił to wczoraj, a ja zaczęłam żałować, że go do tego namówiłam.
Już się nie dziwię, dlaczego zazwyczaj się ukrywa.
Ma tak małe oczy, że nawet dziecko ma większe. Do tego bardzo głęboko osadzone, przez co wygląda jeszcze dziwniej. Może to jakaś choroba genetyczna? A może tylko defekt urody? Nie wiem, widać, że ma kompleks na tym punkcie i ja to rozumiem.
Aż się przeraziłam. Jego wyglądem i moją reakcją, bo przecież nie jestem aż takim wzrokowcem. Prawda jest jednak taka, że chociaż jest zgrabny, świetnie się ubiera, ma piękny kształt twarzy i lśniące włosy, to coś mnie od niego odpycha.
Czułam się nieswojo patrząc w te maleńkie kurze ślepia wbite głęboko w czaszkę. Wygląda to dziwnie, niepoważnie i mało męsko. Wiem, że charakter jest najważniejszy, a w tej kwestii nie mam mu niczego do zarzucenia, ale bardzo stracił w moich oczach.
Nie jestem wybredna, ale chyba pierwszy raz wystawię chłopaka z powodu jego wyglądu. I trochę mi z tego powodu wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie