#iD1hs

Pracuję w sklepie odzieżowym. W naszym asortymencie poza ubraniami są też różnego rodzaju dodatki, m.in. torebki

Wczoraj w jednej z przymierzalni znalazłam "niespodziankę".
Pół podłogi wysmarowanej kupą i zużytego, otwartego pampersa, wciśniętego w torebkę za 400 zł.

Drodzy rodzice, czy wy k%#@ myślicie?

#lj2Dp

Na obozie harcerskim koledzy podpuścili mnie, że jak się dotknie krowie wymię, to tak jak dotknąć biustu kobiety. No to dotknąłem.
Okazuje się, że byki nie bardzo lubią, jak się je łapie za jądra...

Na szczęście niedaleko była drabina przystawiona do drzewa i jakoś się uratowałem.

#rD5QR

Byłem dzisiaj z synem (2,5 roku) na placu zabaw. Był też jeden ojciec z dwójką synów. Mieli może 5 i 7 lat. Syn strasznie uwielbia inne dzieciaki, więc od razu do nich pobiegł się pobawić. Zaczęli go wyzywać - podszedłem i zwróciłem uwagę (ich ojciec nawet się ruszył). Nawet nie zdążyłem wrócić na ławkę, a młody był już popychany. Po zwróceniu uwagi ich ojcu usłyszałem tylko żebym się „odczepił” i nie zawracał mu czterech liter, bo jest zajęty telefonem.
Zgadnijcie komu wypadł portfel, jak wychodził z placu zabaw z dziećmi?

Zgodnie z prośbą nie zawracałem mu tym głowy.

#XWFay

Nikomu się chyba nie przyznam, co było prawdziwym powodem mojej emigracji. Bo tym co ostatecznie przeważyło szalę nie były ani znacznie gorsze zarobki, ani problemy z leczeniem, ani brak nauczycieli w lokalnej podstawówce, choć przyznaję, że wpływ miało, ale ostatecznym impulsem było to, że przestało mi się chcieć udowadniać, że nie jestem maDką bombelków.

Tu tego udowadniać nie muszę, dostaję od otoczenia kredyt zaufania i życzliwe wsparcie. Np. ostatnio, gdy wracaliśmy tramwajem z placu zabaw. Zabrałam dzieci po przedszkolu na wypasiony plac zabaw, najlepsiejszy na świecie. Wyszalały się, nacieszyły, wracamy na kolację, gdy nagle moja córka zaczyna płakać, że nie ma misia, został w przedszkolu. Mamo, wracajmy, mamo, dlaczego nie przypomniałaś. W myślach klnę, bo nie wrócimy, przedszkole już zamknięte, poza tym przegapimy porę kolacji i wszyscy będą głodni i wściekli, nie wiedziałam, że zabrałaś misia, ja od 6 rano w pracy, żeby wcześniej wyjść, nie wolno zabierać zabawek z domu. Na głos uspokajam, że miś poczeka, żeby się nie przejmowała, że rozumiem, że smutno, wszystko to zazwyczaj pomaga, nie tym razem. Histeria narasta, dziecko zaczyna mieszać języki, to po polsku, to lokalnie, wnoszę do tramwaju, płacze nadal, praktycznie już wyje, głupio mi strasznie. I nagle patrzy na nas łysy, młody człowiek, na oko lokalny prawak, ja już cierpnę, że oberwie mi się od emigrantek, co nie umieją zapanować nad bachorami i żebym wracała, skąd przyjechałam. A on mówi, że widzi, że dziewczynce jest smutno i czy ona się boi o misia. Córa przytakuje. On opowiada, że też kiedyś zostawił miśka w przedszkolu i się bał o niego, a misiek się świetnie bawił, rano opowiedział niesamowite historie. Po dwóch przystankach dziecko jest zupełnie wyluzowane, opowiada o fajnym placu zabaw, dojeżdżamy w dobrym humorze do domu. Wystarczyło kilka życzliwych zdań z zewnątrz, żeby przerwać rozpacz, której ja nie mogłam zaradzić. Mamo, bo ten pan w tramwaju powiedział, że misie specjalnie się ukrywają, żeby przez całą noc bawić się z zabawkami z przedszkola, my wcale o nim nie zapomniałyśmy, to on nas wykiwał.

I to się zdarza ustawicznie, ktoś krzyknie dziecku, że świetnie sobie radzi na rowerze i wyminie zawalidrogę, której nóżka spadła z pedału i kierownica skręciła w złą stronę, ktoś zagada o poranku, że słońce dziś zaspało. Ja też gram według reguł, staram się, żeby dzieci nie hałasowały, przeszkadzały, brudziły, i oczywiście pomagam innym. Ale wiem, że jak coś mi nie wyjdzie, to otoczenie tak właśnie mnie potraktuje, jak kogoś, kto się stara i trzeba mu trochę pomóc, a nie jak roszczeniową krowę rozpłodową.

#5gBG8

Mam niepełnosprawną siostrę. Jeździ na wózku i zawsze przez to była mniej lubiana w szkole.
Lata temu pewnego dnia jeden chłopiec z klasy zaprosił ją na urodziny. Bardzo się ucieszyła, że wreszcie ktoś ją gdzieś zaprosił i nie będzie tą jedyną wykluczoną. Radość prysła dość szybko. Ledwo moi rodzice odjechali zostawiając siostrę z „przyjaciółmi”, ten chłopiec razem z kumplami postanowili nauczyć ją pływać i wrzucili do basenu. Na całe szczęście w domu był wtedy starszy brat tego chłopca, który od razu ruszył na pomoc mojej siostrze i poinformował swoich i moich rodziców o całym zajściu.

Wczoraj wzięli ślub :)

#UKRR6

Mam 23 lata i zawsze mam gdzieś schowaną małpkę.
Zacznijmy od tego, że alkoholiczką nie jestem, piję tylko w określonych przypadkach, a właściwie w jednym.
Gdy moi rodzice wracają do domu.
Ogólnie przez 3/4 roku mieszkam sama (ja na zachodzie Polski, a oni krążą po różnych delegacjach zagranicznych i wyjazdach po całym świecie), ale czasem się zdarza, że wracają, i to jest koszmar.

Awantura jest od samego wejścia, bo buty krzywo stoją, bo ścierka leży na blacie, bo ręcznik jest mokry (nic dziwnego, skoro chwilę wcześniej wycierałam ręce). Na te kilka dni moje życie zamienia się w koszmar z dzieciństwa. Oprócz ciągłych awantur mam wyrzucaną połowę jedzenia z lodówki (bo za dużo żresz), każde moje wyjście jest okraszone lustrowaniem mojego stroju z tekstem (przestań żreć, zobacz jak wyglądasz). Zabieranie mi talerza spod nosa to też już codzienność, a muszę dodać, że moja waga jest i zawsze była w normie.

Przez to wszystko co miało miejsce w moim domu od prawie dziesięciu lat jestem bulimiczką. Udało mi się wygrać z chorobą bez niczyjej pomocy, ale gdy oni wracają, to ledwo panuję nad sobą, by do tego nie wrócić.
Wszystko co zrobię jest złe, krzywe, obrzydliwe, żałosne.
I wtedy zamykam się w pokoju i sięgam po małą małpkę schowaną w szafie. Jeden łyk i jestem w stanie nie dać im satysfakcji rozryczenia się, odłączam się i skupiam na czymkolwiek innym.
Co najciekawsze, na co dzień alkoholu nie lubię. Ale swoją rodzinę tylko po nim mogę znieść. Mimo że wiem, że to nie rozwiązuje moich problemów, to jest mi łatwiej. Po prostu.

Wiem, że powinnam się wynieść, ale gdy ich nie ma, mam opłacone wszystko łącznie z rachunkami i jest naprawdę dobrze. Dzięki temu od trzech lat pracuję ile mogę i gdzie tylko mogę, by odłożyć sobie pieniądze na życie w innym mieście. Został mi tylko rok. Rok i ich więcej nie zobaczę.
A jedyne czego bym chciała w życiu, to by ktoś kiedyś wprowadził testy psychologiczne dla przyszłych rodziców, bo wiem, że nie tylko ja miałam koszmar w domu. Setki tysięcy osób przeżywało coś podobnego tylko dlatego, że ich rodzice to świry. Na zewnątrz idealni rodzice, w domu potwory. Życie jednego mnie nauczyło: Nikt cię tak bardzo nie zniszczy, jak własny rodzic.

#Amkk8

Trenerzy personalni. Swego czasu napisałem o tym wyznanie #NTJqV, a ostatnio wziąłem się mocniej za masę. Wbiłem do 74 kg przy zachowaniu diety trenera z internetów. Tak w uzupełnieniu tamtej historii to obecnie wymieniłem wszystkie ciuchy na jeszcze większe, noszę rozmiar L, nikt mi nie mówi już, żem suchar, a że mini byk. Przy moim wzroście wyglądam na bydlaka. Plecy i barki wielkie, ale cóż, lejkowata klatka dalej wygląda jak wygląda - geny. Pewność siebie wróciła! Obecnie mam przerwę ze względu na uraz, ale wrócę ze zdwojoną siłą!

Wróćmy do meritum. Swojego "trenera" wyczaiłem w internetach po wielu pozytywnych komentarzach na jego temat. Napisałem, zapłaciłem, ułożył mi dietę, rozpisał na nowo treningi, progres przez 5 miesięcy szedł w oczach. W końcu umówiłem się z gościem na wspólny trening, jako że mieszkamy w jednym mieście, to i wypadałoby zrobić przegląd formy.

Przyszedł sądny dzień, jestem na siłce kilka minut po ustalonej godzinie. Widzę mojego trenera, łysy, wielki jak silos na paszę, z kimś tam sobie gada. Podszedłem do niego z boku i co usłyszałem - "(...) ja mu napier*doliłem mięsa w diecie, tam zrobił jakiś progres, ale dalej jak gówno wygląda. Jaki biznes na tych makaronach jest, jak wysyłają zdjęcia, że żyłka na bicu skoczyła i on już masę zrobił, je*ani frajerzy, na hajs można ru*hać takich, mówisz wpier*alaj wszystko jak leci i on żre i jeszcze płaci mi za to. Ulane grubaski piszą, że chcą mieć ładne dupska, to im je*nę plan z neta, coś tam porobią, pojedzą lepiej, wyślą parę gołych fotek albo w stringach i kozak jest, hehe. A jak fotki cycków ogarnąć? Normalnie, taka najarana jest na chudnięcie, że mówię wysyłaj cycki, bo muszę sprawdzić, czy za bardzo nie spadają, bo cycki to tłuszcz i że to dietą się reguluje, żeby jak miało spadać, to z brzucha, nie z cycków, ty - i wysyłają, heheh".

Pan trener mnie nie poznał, jako że coby umocnić swą męską pozycję zapuściłem sobie na twarzy rudą gęstwinę. Bo rzecz jasna wysyłałem mu swoje zdjęcia do oceny. Zignorowałem go, dokończyłem trening, poszedłem do domu. Później odczytałem maila: "Hej! Co się stało? Czemu Cię nie było? Czekałem dwie godziny, jeśli coś się stało, miałeś problem, mogłeś zadzwonić. Mam nadzieję, że nie złapałeś żadnej kontuzji ani nie stało się nic poważnego. Czekam na odzew, musimy zrobić ten trening! Piona mordko, odezwij się jak najszybciej". Nie odezwę się, współpraca zakończona.

Jak można być takim hipokrytą? Na papierze ludziom słodzić, w realu cisnąć po nich jak po najgorszych i wykorzystywać? Bierzesz za to kasę, bądź dobry dla ludzi, którzy cię karmią. Gość mi pomógł, nie powiem, bo takich przyrostów w życiu nie miałem. Jednak mógłby traktować klientów po ludzku.

#WyFpT

Kiedy moja babcia przychodziła się opiekować mną i rodzeństwem, zawsze przychodziła z cukierkami, które sama zjadała, a pozostawione papierki po nich podrzucała do naszych pokoi, za co dostawałyśmy opieprz od mamy.


Co zrobiłam ja? Przy następnej okazji, kiedy wywieszała pranie, zamknęłam ją na balkonie. Siedziała tam ponad godzinę, dopóki mama nie wróciła. (Na zewnątrz było dość zimno).

PS Robiłam tak jeszcze kilka razy, a ona dalej obżerała się „naszymi” cukierkami.

#qQe6s

Opowiem wam historię, która mi się przytrafiła, a o której pewnie nikomu nigdy się nie śniło.

Kilka lat temu zadzwoniła do mnie babcia - kobieta spokojna, inteligentna, zakochana w dziwnych intrygach. Otóż tak jej się przytrafiło, że zadzwonił do niej jakiś chłopak, podający się za wnuczka, babciu pieniążki, przyślę kolegę i te sprawy. Jak się domyślacie - byłam i jestem jedyną wnuczką mojej kochanej babusi, ale mimo wszystko ona sobie w kaszę dmuchać nie da. Poprosiła, żebym wpadła do niej w dniu, kiedy owy kolega miał się zjawić i wszystko załatwiła, a jako że jestem policjantką, to strachu o nic nie było.

Przyszłam, wspomniany Kubuś także, wpada do domu i już widząc mnie zbiło go z tropu. Babunia postawiła obiadek, zjedliśmy wspólnie, oczywiście wypytując kolegi, jak się rzekomemu wnuczkowi układa. Babcia ładnie rolę odegrała "a to żonka nie miała na imię Martunia?", "coś mi się wydaje, że za granicę wyjechali!" i takie tam gadki, na które Kubuś oczywiście reagował dławieniem się zupką, gubiniem faktów i jąkaniem.

Po obiedzie babunia ma w zwyczaju udawać się na spoczynek - tak było i tym razem. Już chciałam kończyć farsę, gdy drzwi do sypialni się zamknęły, kiedy Kubuś rozbeczał się jak małe dziecko.

Przeprosił, przyznał, że chciał babcię naciągnąć. Opowiedział mi o chorej siostrzenicy, problemach w domu i fatalnym życiu, jakie mu w udziale przypadło.

Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, ową siostrzenicę poznałam, zbiórka na leczenie poszła świetnie, a Kubuś okazał się nazywać zupełnie inaczej i być świetnym, aczkolwiek zdesperowanym facetem.

Babunia płakała na naszym ślubie - ze śmiechu. Do dziś jednak nie powiedziała nikomu prawdy, a rodzina myśli, że mojego amanta poznałam gdzieś w barze.

#vnW3w

Przychodzę tu i z wyznaniem, i z prośbą o opinie.
Mianowicie chodzi o oddanie mamy do ośrodka.

Mama od urodzenia jest lekko niedorozwinięta umysłowo, ale z wiekiem to się pogarsza. Bywają chwile, że jest w miarę "normalna", ale często jakby wyłącza jej się myślenie i podejmuje dziwne i niezrozumiałe decyzje, jak choćby związek z bezdomnym, znoszenie śmieci do domu czy jedzenie nieświeżego jedzenia. Pozornie dba o siebie, czasami pracuje fizycznie, choć jest coraz ciężej.
Rodzina od zawsze się jej wstydzi, podśmiewa. Ja bronię jej jak mogę, ale sama nie daję już rady. Mieszkamy razem, choć jestem przed 30., ale nie mogę jej zostawić. Mieszkać dalej z nią też już nie mogę. Mam dość sprzątania w kółko toalety, po skorzystaniu z której wszędzie zostawia brązowe ślady. Nie myje rąk, więc brzydzę się wszystkiego w domu. Nie mam siły i czasu pilnować, żeby nie zrobiła kolejnej głupoty.

Ktoś zaproponował mi, że powinnam ją oddać do ośrodka przystosowanego dla takich osób, bo sama się wykończę (już od dawna mam zdiagnozowaną depresję). Nie wiem co robić, liczę na Wasze porady. Boję się pytać o opinię rodzinę czy znajomych, bo mimo że mi nie pomagają, dla nich to byłoby straszne wyjście. A mi jest coraz ciężej, chcę mieć własne życie i nie spędzać całych dni na sprzątaniu po niej.
Dodaj anonimowe wyznanie