#1oNfo
Oczywiście byłem bardzo podekscytowany.
Jednak od rana miałem, mówiąc wprost, sraczkę.
Wypróbowałem różne sposoby na tę przykrą dolegliwość i wydawało mi się, że jest w miarę OK.
Miło minęła nam pierwsza godzina. Siedziałem sobie wygodnie na kanapie i pałaszowałem pyszną zapiekankę (wiem, że nie powinienem jeść takich rzeczy na chory brzuch, ale głupio mi było odmówić), kiedy nagle zadławiłem się kawałkiem makaronu. Zacząłem kaszleć i... zwieracze mi puściły.
Tak... Puściłem kleksa w spodnie i niestety konsystencja była tak wodnista, że przeciekło na kanapę. Niby niedużo, ale smród się zrobił straszny...
Co zrobiłem?
Jak każdy odważny facet uciekłem z burakiem na twarzy i gównem w spodniach.
Co na to dziewczyna?
Co tu dużo mówić, już się nie spotykamy. Wszystko opowiedziała koleżankom i teraz jestem znany na swoim roku jako "Pan kleks".
#O2tTB
Nie, nie jestem zakochany w tej o dziesięć lat młodszej kobiecie (ja mam 35 lat, ona 25), ale jestem od niej w jakiś sposób... uzależniony. Do szaleństwa podoba mi się jej głos.
Jej głos mnie podnieca, sprawia dziką przyjemność, jest chwilą zapomnienia. Wszystko jednocześnie.
Zaglądam teraz pod byle pretekstem do swoich pracowników, aby tylko posłuchać jej głosu. Sam jednak wolę z nią nie rozmawiać, bo często wychodzę na głupca bardziej skupiając się na samym jej głosie, a nie na tym, co do mnie mówi. Z drugiej strony zazdroszczę innym facetom, do których się zwraca.
Piszę to wyznanie, bo właśnie skończyłem z nią rozmawiać o pogodzie, a rozmowę nagrałem bez jej wiedzy. Puszczę sobie wieczorem do snu.
Poza tym jestem normalny.
#vsJVy
- Kto teraz wchodzi?
Więc odpowiadam, że ja.
- A to może mnie pani puści?
- Nie, przepraszam, już czekam długo.
(No a za mną jeszcze z cztery osoby, też by się pewnie nie ucieszyły - dodaję w myślach).
Na to baba zaczyna głośno oddychać, a po dłużej chwili mojego braku reakcji znów zagaduje, tym razem podając argument:
- Wie pani, bo ja tu przyszłam na serce, a na serce niezdrowo tak siedzieć...
No tak, bo pozostali z poczekalni do kardiologa przyszli leczyć grzybicę stóp...
#sEmFe
Psa chcieliśmy koniecznie ze schroniska, najlepiej takiego brzydkiego kundelka, którego nikt inny by nie chciał. I znaleźliśmy biedną sunie, po wypadku, bez kawałka ucha i jednego oka. Typowy kundelek, w dodatku pokiereszowany, ale dla nas była piękna i od razu się zakochaliśmy. Myślałam, że będziemy trochę jak zbawienie dla pracowników schroniska, skoro chcemy akurat tego psa. Prawda okazała się zupełnie inna. Potraktowano nas bardzo niemiło i ostatecznie odmówiono nam adopcji, bo... ja i mąż mamy tatuaże! Owszem, mamy, i to niemało, bo mąż przez lata był tatuażystą, ja też z artystycznej branży, więc nikt nigdy nie miał z tym problemu. Aż do teraz, dosłownie jako argument podano nam to, że przez te tatuaże budzimy złe odczucia i pewnie bylibyśmy złymi właścicielami. Tak że nasze tatuaże to powód, dla którego ten biedny pies stracił szansę na kochający dom. Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby tak postąpić, ale boli mnie to strasznie.
#rExub
Najgorsze było to, że zalew jest w pełni wyposażony w łazienki, które znajdowały się w niewielkiej odległości za nami. Czy potrzeba naprawdę ta dużo wyobraźni, żeby zachować się jak cywilizowany człowiek? I nie trzeba chyba dużego wykształcenia, żeby wiedzieć co to są bakterie kałowe i jak naraziła zdrowie tylu dzieci.
#rUWG7
Dodam tylko, że były to na początku mocne rockowe utwory, a później rapy i to te najbardziej wulgarne. Zdziwiłam się, że nikt nie zwrócił mi uwagi. Wyszłam cała czerwona ze wstydu, jednak nic mi to nie da, bo wszyscy mnie znają, to mała miejscowość, masakra...
#rtvAo
Nie mam jednego znajomego, kolegi czy koleżanki, ciągle tylko praca-dom. Prowadzę z mamą małą piekarnię, wszyscy znajomi myśl,ą że zbijamy kokosy, a prawdę mówiąc idzie jako tako, wypłata dla mnie jest albo jej nie ma. Mieszkam dalej z rodzicami, sama nie wiem już czy ciągnąć to dalej, ale mimo wszystko wstaję codziennie nad ranem i z wyuczonym uśmiechem na twarzy idę robić swoje.
#8Wdth
#Q9ygo
Stara corsa roztrzaskana na drzewie. Taki widok zastaliśmy. Nikt się na moment nawet nie zawahał. Koleżankę wysłaliśmy do pobliskiego sklepu po pomoc. Drugiej kazaliśmy stanąć kawałek dalej na drodze, by zatrzymywała ewentualnie jadące samochody. Ja i dwóch kolegów próbowaliśmy wyciągnąć kierowcę, młodą dziewczynę, z samochodu. Była zakleszczona i pomimo naszej walki, naszych starań, nie udało się. Zmarła na naszych oczach. Strażacy, którzy przyjechali chwilę później, a potem ratownicy medyczni z karetki, reanimowali ją jeszcze przez ponad godzinę, ale bez skutku.
Od tamtej pory minęło 14 lat, a ja nadal czasami się budzę zlany potem i mam przed oczami tę scenę. Wyraz twarzy tej dziewczyny, do końca świadomej. Jej wzrok, błaganie o pomoc i jednoczesną świadomość, że umiera. I naszą bezsilność.
Mimo że każdy z naszej paczki poszedł swoją drogą i nie widujemy się tak często jak kiedyś, dalej mamy ze sobą kontakt. I co roku, w rocznicę tego wypadku, chodzimy na cmentarz złożyć kwiaty na grobie dziewczyny. Co roku widujemy się z jej rodzicami i za każdym razem słyszymy to samo. "Nie mogliście jej pomóc", "Zrobiliście co mogliście". I za każdym razem mamy nieodparte wrażenie, że zrobiliśmy za mało. Że mogliśmy się wtedy bardziej postarać, to wtedy może by żyła.
Kiedyś jeden z sąsiadów moich rodziców, który doskonale znał sprawę, zapytał nas na cmentarzu, dlaczego jesteśmy tutaj co roku. Mimo że minęły już lata i powinniśmy iść dalej w życiu. Długo zastanawialiśmy się nad odpowiedzią, aż w końcu koleżanka odparła "Bo to jedyne co możemy zrobić. Przyjść tutaj i prosić na jej grobie o przebaczenie, że wtedy zrobiliśmy za mało, by ją uratować".