Jak byłam dzieckiem, oddawałam się pewnemu dziwnemu hobby.
Brałam od mamy motki włóczki i przewijałam je w nowe motki. Dziennie przewijałam około 5-10 motków, czasami były to te same, które przewinęłam wcześniej. Trwało to przez wiele lat i właściwie nikt nie zwracał na to uwagi, ot kolejna dziwna zabawa dziecka.
Zamiast uczyć się na sprawdziany, ja siedziałam i przewijałam tą przeklętą włóczkę. Nikt mi nie kazał, po prostu robiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli.
Dziś tak myślę, że to musiała być moja reakcja na stres i to że miałam bardzo zimne wychowanie oraz doświadczałam przemocy ze strony rodziców i dziadków. Był to chyba sposób na wyciszenie się i odreagowanie, czy też to, że przynajmniej nad tą włóczką mogłam mieć kontrolę i zwijać ją tak jak chciałam.
W każdym razie tak mi się przypomniało, bo właśnie dziergam na szydełku i rozwijałam dość spory motek, po czym stwierdziłam, że mnie to jakoś uspokaja, przez co dawno już zapomniane, zagrzebane w czeluściach pamięci wspomnienie powróciło.
Od lat choruję na nerwicę.
Chodziłam po różnych lekarzach, próbowałam różnych leków i jak do tej pory znalazłam jedną rzecz, która jest w stanie mnie uspokoić.
Smoczek dla niemowląt.
Sam kształt i materiał już sprawiają, że czuję się lepiej.
Tak, że jako dorosła kobieta od lat zasypiam ze smoczkiem :)
Nie mam dwóch zębów, jedynek dolnej i górnej. W wieku 14-15 lat razem z kumplami obejrzeliśmy "Podziemny krąg", przesłanie ani głębsza interpretacja tego wspaniałego filmu były dla nas niczym, liczyło się to, że się "naparzali". Jak się pewnie domyślacie, zorganizowaliśmy sobie taką walkę w stodole taty jednego z nas.
Oczywiście nie było tak "epicko" jak na filmie, ale ogólny bilans był dość niezły - jakieś 4 wybite zęby, kilka rozciętych brwi, sporo siniaków i wybite palce.
Cała akcja odbyła się tylko raz, za drugim razem każdy miał jakieś wytłumaczenie. Jednym wprost rodzice "wybili" takie "zabawy" z głowy, nie dając wiary w tłumaczenie, że to na WF albo podczas zabawy, jak przyszli z rozoranym łukiem brwiowym i zdartymi knykciami na dłoniach.
Do dzisiaj nikt nie wie, że w taki debilny sposób straciłem zęby i noszę protezy, całe szczęście nikt nigdy tego nie znajdzie na żadnym YT...
P.S. Wygrałem swój pojedynek.
W końcu po kilku latach mogę to anonimowo z siebie wyrzucić.
Miałam kiedyś narzeczonego. Pierwsza i już po kilku latach mogę stwierdzić - największa miłość. Potem przyszedł ten dzień. Jego wypadek. Kilkumiesięczna śpiączka. Moje siedzenie w szpitalu od rana do nocy, po kilku miesiącach robiłam praktycznie to samo co pielęgniarki, no jedynie nie pobierałam krwi. Rokowania były kiepskie. Długa rehabilitacja, a i tak pewnie wózek do końca życia i niedowład. Nieważne. Kochałam mocno. Tak mocno, że bliscy mi ludzie zaczynali sugerować, że mogę sobie zmarnować życie.
Do dziś wszyscy myślą, że to ja jego zostawiłam. Nikt nie wie, że to on postanowił mnie zostawić pod wpływem zazdrosnej o mnie matki. Pod wpływem osoby, od której był i jest do dziś uzależniony. Tak bardzo mi go żal, mimo, że minęło tyle lat. Nigdy nie zapomnę jego ostatniego sms-a, że kocha, ale nie możemy być razem i mam spadać, bo matka to jedyna osoba, która się nim zaopiekuje. Zrozumiałam. Po wypadku był inna osobą. Miał zmiany w mózgu. Inny człowiek. Cierpiałam okrutnie kilka lat, musiałam wyjechać z kraju i zacząć żyć. Niestety dalej jestem tą, która zostawiła kalekę, jednak nikt nie wie, że do dziś wpłacam pieniądze przez fundacje na jego leczenie i rehabilitacje, moje pierwsze zarobione pieniądze za granicą prawie w całości przekazałam jemu.
Kiedy miałam jakieś 16 lat, spotkałam się z pewnym chłopakiem. Tego dnia umówiliśmy się u niego na mecz. Wiadomo, mecz to i chipsy, pizza i inne tego typu przekąski. Kiedy wieczorem odprowadzał mnie do domu, zaczęłam czuć się tragicznie. Mój żołądek był bliski eksplozji, oblał mnie zimny pot, a kolana chwiały się przy każdym kroku. Nie wiedziałam co się dzieje. Napisałam wiadomość do brata, żeby po mnie przyjechał, bo nie byłam w stanie dojść do domu. On niestety przyjechał z moim tatą, który w samochodzie zapytał co piłam. Ja powiedziałam, że tylko pepsi, ale nikt mi nie uwierzył. Dopiero w domu zrozumiałam co się stało.
Przed spotkaniem nie srałam jakiś tydzień. Ciężkostrawne jedzenie spowodowało rewolucję w moich jelitach. Tamtej nocy w toalecie byłam chyba 5 razy. Po ostatnim poczułam największą ulgę w swoim życiu. Od tamtej pory, kiedy wiem, że moje wypróżnienie się opóźnia, sięgam po wszelkiego rodzaju ziołowe herbatki, żeby nie dopuścić do wydarzenia z tamtego wieczoru.
Chłopakowi powiedziałam, że gorzej się poczułam (wcześniej zdarzało mi się mdleć, więc uwierzył). Tata chyba do tej pory uważa, że się upiłam.
Mam za za sobą nieudane małżeństwo, z którego pozostała mi dwójka kochanych dzieci. Były mąż został skazany za oszustwa podatkowe. Kilka lat byłam sama, kątem mieszkając u rodziców na wsi. Jak to na wsi bywa, wszyscy mieli powód do plotek, bo taki dobry i bogaty mąż, a została sama biedna u rodziców...
Poszłam do pracy za marne grosze, z których nawet nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania dla siebie i dzieci. Wtedy poznałam jego. Dobry, pracowity, dzieci go pokochały. Zamieszkaliśmy u niego, w zasadzie praktycznie na jego utrzymaniu, bo z mojej marnej pensji niewiele prócz jedzenia mogłam kupić. Wspólne mieszkanie, zaręczyny, za miesiąc mamy wziąć ślub...
Kontrolna wizyta u ginekologa dzisiaj okazała się niezbyt przyjemna. Myślałam, że złapałam jakaś infekcję, a tu rzeżączka, chlamydia i jeszcze inny syf, choć nigdy się to nie zdarzyło wcześniej. Wróciłam do mieszkania i przetrzepałam laptopa niedoszłego męża... Od roku umawia się z dziewczynami na przygodny seks! Jego wyjaśnieniami było wzruszenie ramion... A ja zostałam ryczącą 40 bez męża, perspektyw, dachu nad głową i z dziećmi w wieku szkolnym.
Skończyłam dobre studia, pracuję w dużej korporacji, która nawet chce mnie wysłać na rok do oddziału w Singapurze.
Tylko cóż z tego, skoro moją wymarzoną pracą jest... sprzątanie. Tak, uwielbiam sprzątać, podczas studenckich wakacji radośnie dorabiałam jako pokojówka. Obecnie moją "pasję" realizuję przez weekendowe akcje czyszczenia mieszkania na błysk i sprzątanie miejsc publicznych w ramach wolontariatu.
Z jednej strony doceniam aspekt finansowy mojej nudnej biurowej pracy, z drugiej jednak byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie, gdybym mogła realizować się w pełni jako sprzątaczka.
Powstrzymuje mnie jednak myśl, że zrobiłabym tym przykrość rodzicom, którzy odbierali sobie jedzenie z ust byleby zapewnić mi jak najlepszą edukacje.
Tak więc pozostaję mi robienie bałaganu na sobotnie sprzątanie.
Poznałam mojego męża 3 lata temu. Bardzo imponowało mi to jak się opiekuję i troszczy o swoją mamę. Niestety to, co wzięłam za oznakę odpowiedzialności okazało się być znamieniem nieodciętej pępowiny z mamusią. Po ślubie zamieszkaliśmy w tym samym mieście.
Codziennie do niego dzwoniła, codziennie chciała by ją odwiedzał, a kiedy nie przychodził dzwoniła, że źle się czuje i ma natychmiast do niej iść. Jak już zaczął widzieć co jego rodzicielka odstawia zaczęło się robić „grubiej”. Dzwoniły do niego koleżanki z reprymendą, że matka się źle czuje a on ma ją gdzieś i zajmuje się ciężarną żoną zamiast mamusią.
Dodam może, że teściowa to kobieta w wieku 55 lat, sprawna, pracująca. Nasze życie było koszmarem, co z tego, że między nami wszystko się układało skoro ciągle między nami stała matka? Mąż nie potrafił się odciąć. W końcu nie wytrzymałam i spakowałam mu walizki. Po tygodniu mieszkania z mamą wrócił do mnie i błagał o wybaczenie. Uciął z nią kontakt do minimum, przez pół roku było wszystko idealnie. 2 tygodnie temu zadzwoniła do niego matka z informacją, że ma raka. Nie wierzę w to.
Nie widział żadnych wyników badań, ma nie mówić nikomu z rodziny. Sprawa śmierdzi na odległość. Niestety znowu zaczęły się codziennie telefony i to takie z histerycznym płaczem „synku dlaczego mnie porzuciłeś?”.
Nie mam dużej siły na trójkącik ja-mąż-mamusia :|.
Około czternaście lat temu, jak jeszcze byłam młoda i nieasertywna, podjęłam się pracy w sklepie z owadem.
Od początku pracownice z dłuższym stażem wykorzystywały mnie na każdy możliwy sposób. One chodziły po sklepie jak święte krowy, co godzinę na papieroska, miały pół godziny przerwy, ucinały sobie dyskusje z klientami itp.
Ja 95% czasu siedziałam na kasie i w ciągu 8 godz. pracy nie miałam przerwy, bo gdy już mnie łaskawie puściły, to po dwóch minutach wołały mnie znowu, bo kolejki. Zazwyczaj nawet nie zdążyłam dobiec do pomieszczenia socjalnego, bo po drodze jeszcze klienci mnie zagadywali, zgodnie z wytycznymi nie mogłam odmówić pomocy. W czasie pracy nie mogłam wyjść nawet na siku, gdy prosiłam, by któraś mnie zastąpiła na parę minut, mówiły, że mają dużo pracy.
Zdarzało się, że już byłam bliska posikania się w gacie, więc zostawiałam klientów i leciałam do kibelka, żeby zdążyć w ostatniej chwili. Oczywiście zbierałam wtedy solidny opieprz. Jednak to, co mnie bolało najbardziej, to że jak już pobiegłam do ubikacji, widziałam jak we trzy czy w więcej stoją sobie przy tylnym wejściu i jakby nigdy nic palą papieroski i rozmawiają. Tak bardzo zapracowane!
W końcu zaczęłam przychodzić do pracy na czczo, bez jedzenia i picia, żebym nie musiała się martwić. Pracę kończyłam okrutnie głodna, odwodniona, słaba i z potwornym bólem głowy.
Nadszedł moment, w którym kasowałam ludziom towar i dosłownie płakałam, łzy mi ciekły, nie mogłam się uspokoić. Klienci pytali co się dzieje, ale mówiłam, że to alergia.
Po trzech miesiącach znoszenia mobbingu poszłam do psychiatry. Dostałam zwolnienie, które potem przedłużyłam i tak nie było mnie miesiąc w pracy. Oczywiście moje współpracownice pisały do mnie na gadu gadu. Pytały kiedy wrócę do pracy i jak długo mam zamiar SYMULOWAĆ chorobę!
Wtedy podjęłam decyzję, że zacznę walczyć o swoje. Zacznę być asertywna.
Po powrocie do pracy znowu była ta sama sytuacja, a ja próbowałam się przełamać. W końcu się udało i gdy znów odmówiły mi puszczenia mnie na siku, głośno przy klientach powiedziałam, że zaraz posikam się w majtki, bo od 6 godzin nie wychodziłam i nie będę po sobie sprzątać. Kiedy kazano mi zostawać po godzinach, mówiłam, również głośno, tak by klienci słyszeli, że nie zostanę, bo nie puszczono mnie na przerwę i jestem bardzo głodna i kręci mi się w głowie. Straszyli mnie naganą, ale wtedy ja straszyłam ich inspekcją pracy, a stałych klientów powołam na świadków - ci nie mieli z tym problemu, wręcz byli gotowi mnie wesprzeć.
Koniec końców, po łącznym pół roku pracy przyniosłam wypowiedzenie oraz L4, oznajmiłam kierownikowi, ze ani dnia dłużej nie spędzę w tym obozie pracy. Był wielce zdziwiony, na koniec usłyszałam "źle ci u nas było?".
Dziwię się, że wytrzymałam tam aż tyle czasu.
W piątek źle się poczułam i wyszłam wcześniej z pracy. Wróciłam do mieszkania, a tam z sypialni dochodzą jakieś jęki. Pierwsza myśl: mąż mnie zdradza. Byłam w błędzie.
To była moja 70-letnia teściowa. Oczywiście nie była sama. Zabawiała się w mojej sypialni z 55-letnią sąsiadką. Nie wiem, kto był w większym szoku, kiedy tam wparowałam. Mąż był jeszcze bardziej zdziwiony, kiedy jeszcze tego samego dnia, zupełnie bez okazji dostaliśmy od jego mamy nowy materac i pościel (takie małe zadośćuczynienie).
Szkoda tylko, że nie da się tego odzobaczyć... Z drugiej strony od teraz mam chyba najmilszą teściową na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie