Autobus zbliżał się do mojego przystanku, więc przeszłam, aby stanąć przy drzwiach. Wtedy usłyszałam głos jakiegoś obcego chłopaka:
- Wychodzimy? - odezwał się, na co skinęłam głową.
No i tak się jakoś stało, że wyszliśmy z autobusu, później wyszliśmy na kawę, do kina... Wychodziliśmy razem przez kilka lat, a pół roku temu wyszłam za niego za mąż. :)
Jestem osobą niepełnosprawną ruchowo i poruszam się na wózku inwalidzkim.
Kilka dni temu jechałam do domu wieczorową porą, gdy zaczepił mnie osiedlowy chojrak. Było widać, że jest nietrzeźwy, więc wybrał sobie łatwy łup. Stwierdził, że powinnam "pożyczyć" mu kilka złotych. Próbowałam olać sprawę i jechać dalej, gdy ten wyrwał mi szmacianą torbę z kolan i zaczął uciekać.
Chciałabym zobaczyć minę tego zwyrodnialca, gdy otworzył torbę i zobaczył dwie paczki podpasek.
Mieszkam na wsi. Moja rodzina ma gospodarstwo rolne. Kiedy wydarzenie to miało miejsce, miałem może 4-5 lat. Niemal tradycją było to, że w weekend (ku "uciesze'' taty) odwiedzała nas babcia i dziadek... Teściowa jak to teściowa, zawsze gotowa uraczyć nieporadnego życiowo zięcia błyskotliwą poradą życiową, nie trzeba oczywiście mówić, jak reagował na to tata.
Było wtedy lato. Po tradycyjnym wypiciu kawy i zjedzeniu kawałka ciasta tata udał się na obchód gospodarstwa, ekipa oczywiście w ślad za nim. Tata kręcił się po oborze i karmił zwierzęta, a moja mama podlewała i wyrywała chwasty z ogródka, ja z bratem bawiłem się z dziadkiem... W pewnym momencie przerwałem zabawę i to co zobaczyłem zdenerwowało małego, wychowanego w otoczeniu ciężkiej pracy dzieciaka. Tata ciężko pracuje w oborze, mama ciężko pracuje w ogródku, a nad mamą stoi babcia i prowadzi swój monolog. Postanowiłem więc działać! Podszedłem do babci, pociągnąłem za rękaw i z dziecięcą szczerością wypaliłem: "A babcia to tu na urlop przyjechała? Nie widzi babcia, że tata z mamą pracują?".
Jej wzroku nie zapomnę nigdy. Gdyby mogła mnie nim zabić, chyba by się nie wahała. Mama krzyknęła tylko żebym przeprosił babcię, ale ja krzyknąłem tylko "Ale za co?'' i uciekłem do taty. Tata razem z dziadkiem pokładali się ze śmiechu. Babci niestety nie udało się przekonać, że ten tekst to był mój autorski pomysł i nie zostałem podpuszczony przez tatę. W efekcie patrzyła krzywo na tatę jeszcze długi czas. Tymczasem ja nie mogłem zrozumieć, dlaczego zostałem skrzyczany przez mamę, a poklepany po głowie przez tatę. Tata do dzisiaj wspomina to z uśmiechem, jako najlepszą ripostę w stosunku do teściowej.
Dziś rano zawinięta w szlafrok stałam sobie w kuchni i patrząc na pluchę za oknem, niemrawo żułam jabłko. Nieoczekiwanie ktoś delikatnie chwycił mnie za ramiona, nachylił się do mojego ucha i szepnął: „Cześć, kochanie. Podobały ci się nasze nocne harce?”. Odwróciłam się, aby ujrzeć przed sobą równie zaspanego co ja i równie zaskoczonego co ja mojego ojca!
Po krótkiej, acz - w mojej głowie - ciągnącej się w nieskończoność chwili ciszy, mój rodziciel odwrócił się na pięcie i powędrował do łazienki, mrucząc pod nosem: „Noż, kurde. Z tą fryzurą coraz bardziej przypominasz swoją matkę...”.
Najwyższy czas znaleźć pracę i wyprowadzić się od rodziców. Mam 24 lata.
Widziałam tu kiedyś wyznanie dziewczyny, która próbowała wyprowadzić z błędu swoją babcię - myślała ona, że jej wnuczka woli kobiety, a tak naprawdę ona jest samotna z powodu brzydoty. W komentarzach ludzie twierdzili, że na pewno przesadza i każdy jest piękny na swój sposób. Cóż, niestety nie mogę się z tym zgodzić. Znam osobę, która przez absolutnie każdego może zostać uznana za paskudną. To ja.
Ze swojej brzydoty zdaję sobie sprawę od dziecka. Najpierw nie chciano mnie brać do zabaw, w szkole się ze mnie podśmiewano. Później było już tylko gorzej, mimo tego, że zawsze starałam się być pogodna i uprzejma, koleżanki nie chciały mnie zabierać na zabawy, na pizzę, nawet do wspólnych zdjęć. O relacjach damsko-męskich szkoda nawet wspominać, tak samo jak o ilości przegranych zakładów moich kolegów. Bolało, gdy słyszałam za plecami: "gdybym była takim paszczurem, to bym się zabiła" albo "jak ona może w ogóle patrzeć w lustro?" Cóż, jakoś mi się to udaje. Ale fakt, jestem zwyczajnie odrażająca. Nawet mama ani razu nie powiedziała mi, że ładnie wyglądam. Ciocie na spotkaniach rodzinnych pytały tylko o naukę, nigdy o "kawalera". Wiedziały, jaka będzie odpowiedź. Przyznaję, w najgorszym momencie mojego życia próbowałam coś sobie zrobić - połknąć garść tabletek i zasnąć na zawsze. Ale w porę się opamiętałam. Nie zliczę, ile razy mylono mnie z mężczyzną ani jak często dzieci na ulicy patrzyły na mnie ze strachem albo przynajmniej z ciekawością, a potem uciekały do swoich matek.
Obecnie mam ponad 30 lat i do swojego wyglądu się już przyzwyczaiłam. Pracuję w domu - jestem tłumaczem - i nie mam zbyt dużego kontaktu z ludźmi. Lubię swoje życie, to, że dobrze zarabiam i mogę sobie pozwolić na liczne przyjemności, jak wakacje i gadżety. W ciągu dnia jestem tak zajęta, że nawet nie myślę o swojej samotności. Poświęcam uwagę pracy, mieszkaniu i wiecznie głodnemu kotu ;)
Ale w nocy, kiedy przebiorę się w piżamę i zgaszę światło, rozpamiętuję te wszystkie lata spędzone w samotności, upokorzenia, śmiechy. Wtedy nic nie jest w stanie mnie pocieszyć, ulgę daje tylko płacz w poduszkę. Myślę o tym, że zawsze będę sama (jeśli nie liczyć kota), nikt nigdy nie powie mi, że mnie kocha, nie zadba o mnie. O ile wiele jestem w stanie sobie zaoferować, tak nie zmienię swojego wyglądu i ujemnej samooceny. Dobrze, że istnieją "anonimowe", w końcu mogę się spokojnie wygadać.
Od zawsze wiedziałam, że chcę być mechanikiem samochodowym. Jednak kilka lat temu przy wyborze szkoły zastanawiałam się, czy jest to dobra decyzja. Obawiałam się, że będę jedyną dziewczyną w klasie i się tam nie odnajdę. Pomyślałam, że nie będę przez to zrezygnowała ze swoich marzeń, więc wybrałam mój wymarzony profil.
Stało się tak jak myślałam - 20 chłopaków i ja.
Ale wiecie co?
Była to najlepsza decyzja w moim życiu. Oprócz tego, że mogę robić to co lubię, to świetnie się czuję w otoczeniu klasy. Nikt nie skomentuje mojego ubioru, nie powie, że mam brzydką bluzkę czy nie ten kolor szminki. Nie obawiam się, że ktoś plotkuje o mnie za plecami albo z któryś z nich okaże się fałszywy.
Po kilku latach w szkole doszłam do wniosku, że (oczywiście moim zdaniem) towarzystwo płci męskiej jest o wiele lepsze.
To będzie historia z dreszczykiem. W 2002 roku (miałam wtedy 18 lat) zmarła moja babcia. Przed jej śmiercią umówiłam się z nią, że jeśli tylko będzie to możliwe, przyjdzie do mnie i opowie mi jak jest tam po drugiej stronie.
Nie pokazała mi się, ale za to zaczęła mi się bardzo często śnić i - co za niespodzianka - w snach tych opowiadała mi jak wygląda życie po śmierci. Powiedziała mi np., że spotkała tam mężczyznę nazwiskiem Jan. G***, co bardzo ją zdziwiło, jako że nie był on za życia dobrym człowiekiem, jak to ujęła "robił rożne nieczyste machlojki" - innymi słowy, nie był to człowiek tego rodzaju, którego spotyka się w niebie. Moi krewni potwierdzili, że ktoś taki istniał i rzeczywiście nie zaliczał się do najsympatyczniejszych ludzi. Babcia przepowiedziała mi też, że "w rodzinie ciotki Eli ktoś umrze" i faktycznie, parę miesięcy później jej maż ciężko zachorował na raka - gdy zmarł, jego pogrzeb odbył się akurat w pierwszą rocznicę śmierci babci.
To było już kilkanaście lat temu. W piątej klasie szkoły podstawowej wprowadzili nam mundurki. Koszulki polówki w kolorach granatowych i czerwonych. Zamysł był taki, żeby dzieci nie czuły się lepsze lub gorsze, bo ktoś nosi droższe/tańsze ciuchy. Chcieli, żeby każdy w szkole czuł się równy.
Tylko że w 5 klasie wszyscy już się na tyle dobrze znali, że wiedzieli mniej więcej u kogo w domu się nie przelewa. Koszt takiej koszulki zamykał się w 50-70 zł (nie pamiętam dokładnie), ale takich koszulek wypadało kupić co najmniej 2 lub 3, żeby nie chodzić ciągle w tej samej.
Akurat byliśmy wtedy bardzo biedni, mamy nie było stać na kupno mundurka dla mnie
i dla siostry, która była w klasie niżej. Była to dla nas naprawdę duża suma. Więc mama wykupiła w szkole po emblemacie, przeszła się po lumpeksach i kupiła kilka koszulek po 5-15 zł sztuka.
I wtedy zaczęło się gnębienie mnie, bo mój "mundurek" był nieco inny od reszty szkoły, nie miał wyszytego godła, tylko dopięty emblemat. Codziennie słyszałam pytania co to za szmatę na siebie ubrałam i z którego śmietnika ją wyciągnęłam. Po tym, jak sprawa została zgłoszona wychowawcy usłyszałam, że powinnam była zamówić koszulkę z resztą szkoły, a mama była co chwilę wzywana do dyrektora.
Po wakacjach mundurki były na większość osób za małe, dziewczyny chodziły w za ciasnych koszulkach z brzuchami na wierzchu, a chłopcy nosili non stop bluzy lub olewali i nie nosili mundurka w ogóle. Ale co się wycierpiałam przez ten rok, to moje.
Traumy nie mam. Mimo że miałam w szkole podstawowej wielu przyjaciół, to czułam się od nich gorsza i po zakończeniu szkoły urwałam kontakt.
Narzeczony zostawił mnie w 8 miesiącu ciąży. Porzucił tym samym również swojego 3-letniego synka. Nie zrobił tego ze względu na inną kobietę, po prostu wrócił do mamy i zamieszkał z nią i swoimi dwoma braćmi.
Drugi synek urodził się jako wcześniak, lekarze nie dawali mu szans. Jego ojciec nie odwiedził go ani razu, chociaż błagałam go o to. Wiem, że nie powinnam. Synek przeżył, dziś ma ponad 4 miesiące, jest zdrowy i silny, ale ojca nie poznał do tej pory. Starszy syn cierpi, bo tata zadzwoni raz na dwa tygodnie, ale ogólnie ma ich gdzieś.
Po jego odejściu uświadomiłam sobie jak bardzo mną manipulował przez te wspólne lata. Odcięłam się od znajomych, praktycznie odcięłam się od rodziny, bo na pierwszym miejscu był zawsze on. Skakałam wokół niego tak w pierwszej jak i w drugiej ciąży, a kiedy zaczęłam mieć swoje zdanie i się stawiać po prostu nas zostawił.
Co w tym anonimowego? Chciałam się zabić. Byłam tak zmanipulowana, że moja samoocena była poniżej zera. Uznałam, że dzieci zasługują na lepsze życie, niż życie ze mną. Napisałam nawet list. Zaplanowałam wszystko i byłam zdecydowana.
Mój synek uratował mi życie. Tak zwyczajnie usiadł mi na kolanach i powiedział: "kocham cię". Tak bez powodu, pierwszy raz.
To było jak policzek. Zaczęłam walczyć o dzieci i o siebie. Znów się śmieję, ale teraz już szczerze. Widzę światełko w tunelu. Znów mam nadzieję.
Mam 28 lat, dwóch cudownych synów, uwolniłam się od człowieka, który mnie niszczył i jestem szczęśliwa.
A kiedy mój syn dorośnie, podziękuję mu za życie.
Jestem korepetytorką z chemii i biologii. Uczniów mam dość sporo, jednak żaden nie wie o moim dziwactwie.
Mieszkam na 4 pietrze, od czasu kiedy zadzwoni domofon, a ja wcisnę przycisk, aby otworzyć drzwi do klatki, liczę czas. Sprawdzam, ile czasu potrzebują moi uczniowie, aby wejść na 4 piętro.
Kiedy dzwoni dzwonek do drzwi, szybko zapisuję liczbę w notesie. Gdy po zakończonych korepetycjach uczeń wyjdzie, ja wpisuję czas do odpowiedniej tabletki.
Później porównuję te liczby z innymi uczniami, albo sprawdzam, czy ich czas się poprawia oraz liczę średnią z całego miesiąca.
Takie urozmaicenie między biologią a chemią.
Dodaj anonimowe wyznanie