Z mężem mamy ciche dni, bo chcę wrócić do pracy, po urodzeniu dziecka.
On się nie zgadza. Twierdzi, że matka ma siedzieć z dzieckiem w domu.
Obraził się, bo on zarabia wystarczająco na rodzinę i ja nie muszę pracować.
Moi rodzice nie żyją, nie mam rodzeństwa, a historia mojej mamy, o której nikt nie wie, mnie "straszy".
Ojciec pracował, a domem zajmowała się mama. Była od niego zależna w każdej kwestii, czy to finansowej, czy decyzyjnej. Ojciec po siedemnastu latach małżeństwa odszedł do innej i tak mama została sama bez pieniędzy, i bez doświadczenia zawodowego.
Pamiętam jak się męczyła i dorabiała gdzie mogła, a na rentę nie mogła iść, bo nie miała stażu pracy, choć choroby już tak.
Na studiach, oprócz alimentów od ojca, również dorabiałam jak mogłam. Ale to była egzystencja, a nie życie.
Boję się, że historia może się powtórzyć i mąż mnie zostawi samą po kilkunastu latach, a ja co zrobię?
Wydarzyło się to jakieś trzy lata temu, jesienią.
Wracałem z moją dziewczyną od rodziny, jedziemy drogą gdzieś między Pcimiem Dolnym a Górnym, późny wieczór, pusto i mgła jak cholera. Jadę wolno, bo na poboczu co i rusz jakiś leśny zagajnik i kto wie, czy jakiś jeleń z niego nie wybiegnie. Dziewczyna zaczyna coś przebąkiwać o horrorze, który ostatnio widziała, ale na razie wszystko w formie żartu, chociaż ta mglista atmosfera zaczyna nam się powoli udzielać.
I nagle słyszę jej krzyk "STÓJ" - myśląc, że coś stoi na drodze, wcisnąłem hamulec i auto zatrzymało się z piskiem.
- Coś tam było, na poboczu, leżało, widziałam! - zaczyna mówić moja dziewczyna, z jakiegoś powodu zniżając głos do szeptu. Nie wierzę w duchy i zmory z czarnymi włosami z japońskich horrorów, więc zupełnie bez lęku opierdzieliłem ją i już chciałem ruszać dalej, ale ona tak nalegała by to sprawdzić, że w końcu jak ostatni idiota z wymienionych wcześniej filmów ruszyłem poboczem z latarką i w kamizelce odblaskowej. Z lubą uczepioną mojego ramienia.
Po chwili światło latarki padło na coś czarnego, co faktycznie leżało na poboczu. Z daleka, przez mgłę, wyglądało na worek na śmieci. Przez chwilę miałem złudzenie, że worek ciut się poruszył, chociaż wiatru nie było, no, ale wiadomo, w takiej scenerii mózg płata figle.
- Worek, zadowolona? - pytam, i wtedy w blasku światła odbiły się dwa ślepia. Moja dziewczyna pisnęła, ja dostałem paraliżu, a worek wstaje i zamienia się w bestię z koszmarów. Gdzieś na asfalcie widać plamę krwi, dwa ślepia jarzą się w zarysie czarnego cienia, wszystko w obłokach mgły, już sam nie wiedziałem, czy to jawa czy sen. Ja już bym po męsku uciekał, ale dziewczyna odważnie zaczyna się zbliżać do bestii, mimo tego, że trzymam jej nadgarstek tak mocno jak tylko mogę. Bestia też się zbliża, widać potargane kudły i pysk, który tylko King potrafiłby opisać.
Tak poznaliśmy Bestię. Psa z pobocza. Istotę z tak szpetnym ryjkiem, że nawet po wyleczeniu obrażeń związanych ze spotkaniem z jakimś samochodem nie wygląda on najlepiej. Mieliśmy znaleźć dla niego dobrą rodzinę, bo nie chcieliśmy mieć psa. I tak "szukamy" od trzech lat. Jest naszym przyjacielem i towarzyszem, chociaż czasem jak się napotka jego ślepia w ciemnym pokoju, to dreszcz człowieka przechodzi. Nikt też się przy nim nie zatrzymuje i nie mówi "och, jaki śliczny piesek, można pogłaskać?", a to wielka szkoda, bo Bestia przywitałaby się z każdym.
Prawie nikt nie wie, że przy spotkaniu tego "miluszka" prawie posikałem się w majty.
Mam dość nietypowy sposób, by zasnąć.
Otóż wkładam do ucha tego, na którym leżę) jedną słuchawkę i włączam sobie zapętlony dźwięk bicia serca.
Odkąd mój mąż odszedł, nie potrafię bez tego zasnąć, gdy spałam z nim, kładłam głowę na nim (jego klatce piersiowej) i dopóki nie zasnęłam, słuchałam bicia jego serca, każde "tu-dum, tu-dum" sprawiało, że stres, problemy, obawy i troski gdzieś znikały. Zasypiałam praktycznie od razu.
Słuchawka pomaga, o ile nie przyjdzie nagła refleksja, że oszukuję samą siebie, że to nie TO serce i że nie "bije" dla mnie, a wyobraźnia i wspomnienia nie są w stanie utrzymać iluzji.
Wiem, że to żałosne... Dlatego tutaj, anonimowo, nawet jeśli mnie wyśmiejecie, to i tak mnie nie znacie.
Moje żenujące początki jazdy samochodem. Czułam stres, bo nie ogarniałam jeszcze wszystkich "tajników" gestów doświadczonych kierowców. Działałam na wyczucie. Pech ciał, że praca zmusiła mnie do jazdy służbowym wozem po latach niejeżdżenia. I właśnie w owym służbowym jechałam w miarę znaną sobie trasą, gdy los zadecydował, że na jednym ze skrzyżowań przeprowadzi prace budowlane, w związku z którymi skręt i jazda na wprost były wahadłowe. Ludzie jeździli chaotycznie, bo nietypowe miejsce w mieście i zmiany ruchu nieoznaczone.
Tak się zestresowałam, że jedyne co przyszło mi do głowy, to ręką dać znać budowlańcowi kierującemu ruchem (tak mi się zdawało), że jadę na wprost. Tym sposobem, jadąc autem z logo rozpoznawalnej w mieścinie firmy, przecięłam powolutku drogę wprost z wystawioną ręką do przodu, niczym nazista na przejeździe defiladowym. Wzrok mijanego przez mnie łysego budowlańca, myślącego może, że pozdrawiam domniemanego swojaka, wyrażał setki emocji, od zdegustowania do niedowierzania...
Jestem wysoką kobietą. Od dziecka miałam już ponad 180 cm i od tego czasu ludzie dookoła chcą wmawiać mi co mogę, a co nie... Teraz po prostu mnie to śmieszy.
Zaczęło się od typowego "Bądź siatkarką/koszykarką" (nie w formie pytań, tylko od razu jakby rozkazem). Na zajęciach fizycznych, gdy graliśmy w jedno lub drugie, to słyszałam "Jesteś wysoka. Musisz być w tym dobra".
A to nie tak. Jestem wysoka, ale nienawidzę biegać, skoczna nie jestem, a siły w rękach nie mam. Tym samym nie jestem dobra ani w siatkówce, ani w koszykówce. Wolę taniec, ale oczywiście jak o tym poinformowałam "świat", zaczęło się. "Nie marnuj wzrostu". "Musisz grać". "To twój obowiązek jako tak wysokiej dziewczyny" - serio? Gdzie jest zapisany ten obowiązek?
Potem wiek dojrzewania, koleżanki zaczęły nosić obcasy. W każdym sklepie obuwniczym przymierzałam botki, szpilki itd. "Zdejmij je! Jesteś za wysoka na takie buty!"
Gdy moje koleżanki nosiły śliczne botki na obcasie, ja chodziłam w płaskich butach.
Przecież wysokiej dziewczynie nie wolno nosić takiego typu obuwia.
Przykładów wmawiania co wysokiej kobiecie wolno, a co nie jest jeszcze wiele, ale wiecie co? Jeśli ma się ponadprzeciętny wzrost od urodzenia, to najcięższym zadaniem jest nie dać wyprać sobie mózgu tymi "zasadami".
Mogę z dumą powiedzieć, że po wielu latach udało mi się postawić na swoim. Wzrostu nie zmienię, ale...
Wciąż tańczę, nie gram w siatkówkę, ani w koszykówkę. Noszę obcasy minimum 5 cm, maksymalnie 10 cm - i mam gdzieś, że dobijam prawie 2 metrów. Czuję się w nich wygodnie, kobieco i jeśli ktoś czuje się przy mnie nieswojo, to już jego problem.
Widząc na mieście wysokie kobiety, które też nie dają się zakuć w kajdany społecznej opinii czuję dumę, że nie dajemy się już opanować "zasadom", które nam wpajano.
Dostałem zaproszenie na pogrzeb od dziwnie nieznajomej kobiety na Facebooku.
Po wnikliwej analizie okazało się, że to moja znajoma z gimnazjum, tylko zmieniła nazwisko. Zapraszała na pogrzeb kogoś, kogo można uznać za klasowego gwiazdora.
Wszystkie wspomnienia wróciły.
Gość był znany z tego, że miał bogatych rodziców. Bogatych i wpływowych. Ojciec burmistrz, matka lekarz specjalista, jedyny w okolicy.
Poziom włażenia w tyłek i wazeliniarstwa w mieście możecie sobie wyobrazić.
Uwielbiany przez wszystkich, taki kochany, przecież niegroźny, zabawny - co lekcję rzucił jakimś żartem, gdzie cała klasa pękała ze śmiechu. Wygrywał wszystkie turnieje i zawody w szkole oraz mieście jak leci - od szachów po pływanie. Potem na szczeblu wojewódzkim szło mu gorzej. Złote dziecko, nie?
Złote dziecko terroryzowało szkołę. Obrażał nauczycieli na lekcjach, urągał im. Wyzywał od debili, szmat, zarzekał, jak ich zniszczy. Oni oczywiście nie mogli powiedzieć słowa, bo... tak. Ojciec burmistrz załatwi im wilczy bilet, a, jak samo "złote dziecko" określało, "matka cię nie przyjmie i zdechniesz pod płotem"
.
Klasę rzeczywiście początkowo bawiło, jak mały tyran ustawiał nauczycieli po kątach, a ci z miną szarej myszki znosili wszelkie wybryki. Potem jednak zaczął się nudzić poklaskiem dzieciaków i znęcać także nad nimi. Doszło nawet do tego, że płacił dzieciakom za bicie tych słabszych, biedniejszych. I śmiał się, jak jego "gladiatorzy" okładali się przed nim pięściami.
Konkursy? Też wszystko ustawione. W czymkolwiek startowałeś, zawsze, nawet jak byłeś najlepszy, musiałeś być drugi. Bo "złote dziecko" było pierwsze. Stąd zresztą jego przydomek. Jak jedna dziewczyna wygrała konkurs szkolny z j. polskiego, to specjalnie ją zdegradowali o parę pkt, aby on był pierwszy. W miejskim tak samo - znów "się zgubiło" jej parę punktów i to w takich przykładach, że była pewna, że błędów w nich nie zrobiła.
Jak przeszła etap wojewódzki i wygrała, to "złoty dzieciak" wylał jej pomyje na łeb. Dosłownie z zawiści na akademii wziął wiadro sprzątaczki i wylał na nią i na dyplom. Reakcja nauczycieli? Brak. Dzieci oczywiście w śmiech, bo taki zabawny, ale jej dowalił. Dziewczyna po tym zaczęła się ciąć, a on ją wyzywał, a w końcu nasłał na nią inne dzieciaki, które ją pobiły.
Moi rodzice jak ogarnęli co się odwala, zadecydowali, że pójdę do innego liceum. I dobrze, bo z tego co słyszałem, to było gorzej. Cały czas było gorzej.
A jak utracił życie ten "złoty dzieciak"? Oficjalnie ktoś obcy go napadł.
Nieoficjalnie? Ulica mówi, że cóż, napotkał paru ludzi, których dręczył. W ciemnym zaułku. Z metalowymi prętami.
Nigdy mi nic nie zrobił, ale cieszę się, że on nie żyje.
Ku zdziwieniu dawnej koleżanki stwierdziłem, że nie przyjdę na pogrzeb.
Historia będzie o moich najsmutniejszych urodzinach i o tym, jak jedna kropla przelewa czarę.
Na okazję 30. urodzin wyprawiłam imprezę, na którą zaprosiłam znajomych moich i męża. Nie chciałam robić tych urodzin, bo w mojej opinii mój mąż potrafi się "bawić nieco za dobrze".(przy czym mnie, o dziwo, wcale nie jest do śmiechu), jednakże uległam jego namowom "Kończysz 30 lat, to okrągła rocznica, należy ci się impreza" itp. OK, uległam, prosząc go tylko, żeby nie przesadzał z alkoholem.
Impreza trwała równe 2,5 godziny. Goście przyszli o 18, a o 20 mój mąż nie umiał ustać na nogach. Wytrąbił sam ćwiartkę, mimo że żaden z facetów nie pił mocnego alkoholu. Więc pił sam. Ze szklanki. Zapijając wodą.
Wywołałam go z pokoju, prosząc, aby przestał, bo każdy pije, ale z umiarem, tylko on jest pijany. No cóż... w trakcie moich próśb malowniczo zrzygał się do zlewu kuchennego, zarzygał kuchnię i przedpokój i stracił kontakt z rzeczywistością. Jeden z kolegów pomógł mi go zaciągnąć do łóżka.
Goście wyszli około 20.30, bąkając bez przekonania tradycyjne "sto lat" i "wszystkiego najlepszego". Do północy sprzątałam mieszkanie, myłam gary i talerze, chowałam jedzenie, sprzątałam rzygi, wywaliłam tort, bo nie mogłam na to patrzeć.
Rano mąż nie widział problemu, uznał, że zabawa była przednia, oczywiście obracałam kota ogonem. Mając właściwą całą noc na myślenie, myślałam o tych wszystkich "świetnych imprezach", o tym, ile razy bałam się jak przebiegną sylwester/urodziny/święta itp.
I postanowiłam też się świetnie zabawić.
Gdzieś koło 3 w nocy podjęłam decyzję o rozwodzie. Wy już wiecie, Anonimowi.
A teraz pora ubawić mojego męża. Oooo... pardon! Eksmęża.
Jestem 20-letnią dziewicą. Tak jak większość rodziców byłaby tym faktem zachwycona, tak moi pytają bez pardonu, kiedy się z kimś prześpię, bo to nie jest normalne w moim wieku. Na moje stwierdzenie, że "jak wezmę ślub", śmieją się i twierdzą, że jestem zacofana.
Odkąd pamiętam z całego serca nienawidziłem swojej starszej siostry.
Wychowywaliśmy się oboje pod ręką chorego psychicznie wuja, który całe szczęście miał nas gdzieś (rodziców nigdy właściwie nie zdążyłem poznać, a ona - z tego co mi wiadomo - nawet ich nie pamiętała). Był naszą jedyną rodziną, a do szkół chodziliśmy różnych, tak że nikt nie mógł zauważyć, jak znęcała się nade mną fizycznie i psychicznie, gdy byłem mały. Ja sam byłem tak zniszczony, że nikomu o tym nie ważyłem się opowiedzieć.
Gdy byłem już starszy, zacząłem odpowiadać na jej agresję agresją i powiedzieć, że ze sobą walczyliśmy i robiliśmy sobie nawzajem świństwa to mało (różnica w naszym wieku nie była jakaś wielka).
Kontakt urwał nam się szybko i nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.
Dziś mam już prawie trzydzieści lat.
Cztery lata temu ona wpadła pod samochód. Pijany kierowca zakończył jej życie (oraz życie jej męża) i skłamałbym, gdybym powiedział, że jakkolwiek mnie to ruszyło. Nie bardziej niż informacja o tragicznej śmierci kompletnie obcej mi osoby.
Nie miałem zamiaru nawet pojawić się na pogrzebie.
Kilka dni później dowiedziałem się jednak, że umierając osierociła dwóch synów w wieku szkolnym (podobno matką była bardzo dobrą). Jakimś cudem chłopcy wylądowali pod moją opieką. Ludzie uznali, że usychający ze starości psychol nie jest odpowiednią osobą, aby się nimi zaopiekować, a że oprócz niego byłem tylko ja (o rodzinie jej męża nie wiem wiele poza tym, że po ślubie z moją siostrą go wydziedziczyli), to chłopcy trafili do mnie.
Warunki miałem, jak to określili urzędnicy, "idealne". Nikt się nie zainteresował moimi wcześniejszymi relacjami z siostrą. Tak naprawdę wepchnęli mi chłopaków, z góry uznając, że skoro jestem z nimi spokrewniony, to będę się chciał nimi zaopiekować.
Na początku nie docierało do mnie ich towarzystwo. Ignorowałem ich kompletnie, traktowałem jak powietrze. Myślałem nad tym, czy nie chcę przypadkiem urządzić z ich życia takiego samego piekła, jakie urządzała mi ich matka. Pomysły te szybko wyleciały mi z głowy. W końcu chłopcy nie byli niczemu winni.
Jakiś czas później rozmowy między mną i nimi przyszły w naturalny sposób. W końcu nie mogłem wciąż udawać, że ich nie widzę. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać i okazało się, że dobrze się dogadujemy (przyczyniły się do tego wizyty u psychologa, do którego musiałem z nimi chodzić).
Przez te cztery lata staliśmy się sobie naprawdę bliscy. Kiedy na nich patrzę, czuję tylko ciepło, są dla mnie rodziną. Uwielbiam ich. Staram się po prostu nie myśleć o ich matce. Nie rozmawiam z nimi o niej.
Dzisiaj starszy z moich siostrzeńców zapytał, czy może mówić do mnie tato...
Byłem tak zszokowany, że nie umiałem mu odpowiedzieć, a on po kilku minutach czekania na moją odpowiedź speszył się i uciekł.
Gdy byłam mała, mój tata spędzał ze mną większość czasu, dlatego to głównie on nauczył mnie różnych podstawowych słów. Problem w tym, że poprzekręcał je i z normalnego słowa pajęczyna powstała pajembczyna.
Jako dziecko nie wiedziałam, że mówi się inaczej, więc kiedy na lekcji w podstawówce pojawiła się pajęczyna, zwróciłam nauczycielce uwagę, że w książce jest błąd. Po tym, jak zostałam wyśmiana przez resztę klasy, wpadłam w histerię, że wszyscy są w jakimś spisku, bo jak to możliwe, że to nie jest pajembczyna. Mój tata musiał przyjechać do szkoły i wytłumaczyć całą sytuację, bo nie chciałam się uspokoić. W tamtym momencie okazało się, że ojciec wpoił mi więcej błędnych słów. Ćmilak okazał się być ślimakiem, a pajomk pająkiem.
Ostatnio kiedy przypomniałam sobie o tej sytuacji zapytałam tatę, czemu to zrobił. Odpowiedział, że chciał sprawdzić, czy można ''śmiesznie zaprogramować dziecko''. No cóż...
Dodaj anonimowe wyznanie