Nie lubię wyjazdów z dziećmi. Pewnie nie jestem sama i znajdzie się sporo osób myślących podobnie, ale głupio mi przyznać się do tego przed mężem i rodziną.
Prawda jest taka, że od dnia przyjazdu na "niby wypoczynek", odliczam dni do wyjazdu. Wkurzam się, że w domu ogarnięcie dzieci (3 latka i roczek) jest banalnie proste, a w obcych miejscach trzeba się organizować na nowo i spoczywa to najczęściej na mojej głowie. Mąż zawsze cieszy się na myśl o wyjeździe i podładowaniu baterii, a ja chcę to mieć jak najszybciej z głowy i wrócić na swoje śmieci. Nie mówię mu o tym, żeby nie sprawić mu przykrości i żeby faktycznie mógł wypocząć, bo na co dzień ciężko pracuje.
Moja przyszła teściowa miesiąc przed ślubem zatruwała mi życie. Wszystko robiła po to, aby zostawić swojego synka jedynego w domu. Knuła okropne intrygi. Potrafiła np. przekupić kuzyna i ciotkę męża, aby ten opowiadał mi historię o narzeczonym z innymi kobietami, które działy się podczas trwania naszego związku. Poprzez jej zachowanie, między nami przestało się tak pięknie układać. Ciągłe kłótnie, łzy, nerwy. Brakowało mi sił.
Dzień przed ślubem odezwał się do mnie mój były. Był to mój pierwszy, poważny chłopak kiedyś. Rozstaliśmy się wtedy w zgodzie, a powodem była spora odległość - 400km. Zaproponował mi, abym zrezygnowała z ślubu i przyjechała do niego na wakacje na 2 tyg. Powiem szczerze, że wtedy było to dość kuszące. Miałam okropny mętlik w głowie, a na dodatek potrzebowałam wsparcia. Mimo zachęty jednak nie skusiłam się. Do ślubu doszło. Dziś jestem szczęśliwą żoną i matką. Teściowa troszkę spuściła z tonu. Choć jej dalej nie ufam. Gdy jedziemy w odwiedziny do niej, to razem. Nie "puszczam" męża samego, bo kilka razy potrafiła go bardzo zbuntować przeciwko mnie. Mam nadzieję, że ja nie będę taką zaborcza matką nigdy...
W grudniu zorganizowałam zbiórkę na pobliskie schronisko dla psów i kotów. Akcja trochę się rozrosła i włączyło się do niej około 200 osób. Udało się kupić sporo karmy, akcesoriów dla zwierząt, zabawek i nabierać mnóstwo koców dla pupili. Do schroniska jechałam z chłopakiem na 2 auta wypakowane po brzegi.
Na miejscu wyszedł pan z telefonem przy uchu, wskazał miejsce, gdzie możemy to rozładować i tyle. Powiedział jeszcze, że jak rozpakujemy, to możemy sobie iść.
Nie oczekiwałam fanfar czy komitetu powitalnego, ale zrobiło mi się przykro. Nikt nam nawet nie pomógł rozładować tych worów z karmą, nie zainteresował się, nie powiedział "dziękuję". Naprawdę, nie oczekiwałam wiele, ale liczyłam, że jak ja włożyłam dużo pracy w to, by zebrać to wszystko, to instytucja, dla której to było robione, pomoże chociaż rozładować karmy. Wiem, że w pomocy nie chodzi o to, by szukać pochwał i czekać aż ktoś nas poklepie po plecach, ale zwykłe zainteresowanie by starczyło.
Nie chcę nikogo zniechęcać do pomagania, ale myślę, że trzeba świadomie wybierać miejsca, którym należy się pomoc.
Idąc do galerii handlowej upadłam na ziemię przed wejściem. Pobiegło do mnie parę osób chcących pomóc z pytaniem czy nic mi się nie stało. Odpowiedziałam, że zakręciło mi się w głowie. Podejrzenia padły od razu na omdlenie, ale powiedziałam, że nie ma potrzeby wzywać karetki. Dodałam, że musiał mi spaść cukier albo obniżył mi się poziom żelaza we krwi. Miła pani usadziła mnie na murku i dała 2 cukierki na podbicie cukru.
Co w tym anonimowego?
A to, że tak na prawdę nie zemdlałam tylko parę godzin wcześniej za dużo wypiłam, bo zerwał ze mną chłopak. Nikt się nie połapał oprócz mamy, która odwiozła mnie bezpiecznie do domu.
Lubię traktować rzeczy jak ludzi. Większość sprzętu jaki posiadam ma swoje imię i jest częścią mojej rodziny. Moja materialna rodzina to m.in samochód Jurek, rower Romek, komputer Lucek i lodówka Samanta. Z niektórymi nawet rozmawiam, np. gdy za długo mam otwarte drzwi w lodówce, to wtedy ona zaczyna pikać. Wtedy mówię do niej, że już, wytrzymaj kochana, jeszcze tylko szynki włożę i już zamykam ci drzwi.
Samochód to w ogóle moje oczko w głowie. Jak chcę kogoś wyprzedzić, to mówię do mojego Jurka: No synuś dajemy na lewy i bierzemy go. Gdy już wyprzedzę kogoś to chwalę mojego "synka", że tak ładnie i szybko mu poszło. Tak po za tym to wiodę normalne życie. Mam męża, który też czasami nazywa nasze rzeczy tak jak je nazwałam i normalnie chodzę do pracy, a także mam też swoje artystyczne hobby. Mama często mi się pyta kiedy w końcu będzie miała wnuki, jednak ja jakoś nie przepadam za dziećmi. Wystarczają mi te moje materialne.
Wigilia u mnie w domu rodzinnym nigdy nie była miłym, ciepłym spotkaniem z krewnymi. Co roku są kłótnie między ciotkami, niemiłe komentarze, a na koniec obrażanie się na siebie.
Prawdziwej "magii" świąt doświadczyłam w domu mojego byłego męża.
Mam ośmioletnią córkę i mieszkam obecnie u rodziców, nie chciałam i nie chcę, by moja córka spędzała święta u moich rodziców, sama nie chcę takich świąt, dlatego od czasu rozwodu pracuję w wigilię oraz Boże Narodzenie. Z córką i rodzicami łamię się opłatkiem przed przyjściem rodziny, a następnie młodą odwożę do ojca, gdzie spędza święta. Choć jesteśmy po rozwodzie i był fatalnym mężem (mąż mnie zdradzał), to ojcem jest bardzo dobrym. Byli teściowie kochają wnuczkę, a ona ich. Wiem, że młoda jest zadowolona z takiego obrotu sprawy.
Za pracę w dzień świąteczny mam do "odebrania" dwa dni wolnego, czyli pracując te trzy dni świąteczne, mam sześć dni dodatkowego wolnego, z których korzystam w czasie gdy dziecko ma ferie, drugi tydzień ferii spędza z ojcem.
Rodzina nie ma pretensji, bo pracuję, ja się nie męczę, córka ma magiczne i spokojne święta, a nawet mój szef jest zadowolony, bo zawsze były problemy kto przyjdzie do pracy w te dni.
Tylko trochę mi żal, że muszę kłamać rodzinie i rodzicom o tym, że nie mogę mieć wolnego w święta.
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, ukrywam to już baardzo długo.
W czasach szkolnych mieszkałam w internacie. Któregoś wieczoru na kolację była potrawa, po której zawsze mam biegunkę. Nie chcąc na drugi dzień iść do szkoły, spałaszowałam kolację. Z samego rana wiadomo. Byłam blada i drżałam. Telefon do rodziciela, decyzja: zostaję w internacie. O godz 9:00 jak co dzień obchód po pokojach robiła kierowniczka. Szczerze nienawidziłam kobiety za sprawy, których nie mogę ujawnić (współlokatorzy mogliby rozpoznać). Wyjaśniłam kierowniczce sytuację, a także potwierdziłam zgodę rodzica na pozostanie w pokoju. Usłyszałam, że absolutnie, kategorycznie dla niej nie liczy się decyzja rodzica i mam iść natychmiast do lekarza.
W drodze do przychodni obmyślałam zemstę. U lekarza wyjaśniłam co mi jest. Padło pytanie: posiłki jesz ze stołówki internatu? Oczywiście, pani doktor. Wróciłam do pokoju, pokazałam kierowniczce zwolnienie i poszłam do pokoju. Na drugi dzień w szkole zostałam wywołana przez dyrektora z lekcji. Spotkałam się w gabinecie z dwiema kobietami, które przeprowadziły wywiad. Szybko pojęłam kim są. Zaczęłam opowiadać, że często w internacie choruję, dodatkowo w wieczór przed moją wizytą u lekarza kilka osób po kolacji też się źle czuło.
Po jakimś tygodniu wezwała mnie na dywan kierowniczka internatu. Wytrząsała się, że jak mogłam, przeze mnie była drobiazgowa kontrola w internacie z sanepidu. Trwało to kilka minut. Po czym wzięłam głęboki wdech i odpowiedziałam: "Proszę pani, chciałam po prostu zostać w pokoju i dojść do siebie, rodzice wyrazili zgodę i wiedziała pani o tym. Jednak mimo to kazała mi pani osłabionej iść do lekarza, sama jest pani sobie winna. Ja nic nie zrobiłam i to nie moja wina". Przez kilka dni była afera, każdy dopytywał, w tym opiekunki internatu, co się stało i jak się to stało. Ja odpowiadałam, że nie wiem, ja tylko poszłam do lekarza, tak jak kazała pani kierownik.
Wiecie, że nie żałuję tego? Tym bardziej, że wykryto kilka niezgodności i internat dostał karę finansową.
Mam 35 lat, świetną pracę, zarabiam bardzo dobrze, jeżdżę dobrym samochodem, ostatnio kupiłem dom, można rzec sielanka. Z wyglądu też niczego sobie; dobry garnitur, modne dodatki, regularnie trenuję taekwondo i chodzę na basen, a z gęby też podobno ujdzie. Więc w czym problem, po co to wyznanie, zapytacie?
Odpowiedź brzmi: Nigdy nie uprawiałem seksu. Dlaczego? Nie wiem sam, w czasach szkolnych nie miałem na to czasu (pełno zajęć pozalekcyjnych), na studiach podobnie, potem praca, gonitwa za awansem i... nagle się okazało, że mam 35 lat i jestem sam.
A najsmutniejsze w tym temacie jest to, że ja już nie potrafię być z kimś, nawet próbowałem, ale po dwóch spotkaniach zrezygnowałem, nie wiem dlaczego, jakoś nie potrafiłem...
Heh, wygadałem się, jakoś mi lżej. Tylko szkoda, że do końca życia będę sam.
Historia wydarzyła się ponad 7 lat temu, fakt kolejnego nowego roku boleśnie to przypomina.
7 lat temu źle się czułam, zwalałam wszystko na zmęczenie i brak dużej dawki snu, jednak gdy wciąż było nie halo, udałam się do lekarza. Właśnie w sylwestra w 2012 diagnoza - rak. Pół roku wcześniej były zaręczyny po wielu latach związku na "kocią łapę". Trudno, trzeba było zacząć walkę, myślę sobie "dam radę, bo jak nie ja to kto!".
Niestety pierwszy strzał był od mojego narzeczonego - "musimy się rozstać, nie chcę być z kimś chorym, nie będziesz już normalnym człowiekiem".
Pierwsza myśl, że, cholera, dobrze, że teraz, a nie po ślubie. Załamanie przyszło po 11 miesiącach, jednak powiedziałam sobie, że nie poddam się, będę walczyć dalej.
Walczyłam - udało się. Jestem zdrowa, jednak badania powtarzam i tu zaczyna się problem. Nikt nie chce się związać z kobietą, która przeszła raka. Gdy panowie dowiadują się po jakimś czasie, że byłam chora, uciekają gdzie pieprz rośnie. Pracuję, cieszę się życiem, doceniam życie, jednak nie mam z kim tej radości dzielić.
Próbowałam wszystkiego - szybkie randki, znajomi znajomych, nie chodzę i nie biadolę, że byłam chora, po prostu gdzieś w trakcie znajomości to wychodzi, a mężczyźni dosłownie uciekają. Próbowałam kilka razy, ale zawsze kończyło się tak samo. Jakby każdy, kto miał kiedyś raka, był osobą, która potrzebuje pomocy.
Ja walczyłam bardzo zaciekle, nie poddawałam się. Jednak ten nowy rok jest dla mnie strasznie, strasznie ciężki i pierwszy raz w życiu mam ochotę się poddać... Tym bardziej że wczoraj dostałam wyniki i znów będę musiała walczyć...
Miałem wypadek samochodowy, zabrała mnie karetka. Jadąc do szpitala, mieliśmy wypadek samochodowy...
Dodaj anonimowe wyznanie