#bL4Wg

Przypomniała mi się sytuacja z mojego miasta, miała miejsce z 15 lat temu. Zasłabła sobie kobitka na ulicy i sobie leżała, otoczona ludźmi. Ktoś tam wezwał karetkę. Patrzą ludzie, że nadjeżdża karetka no to się rozeszli, babkę zostawili.


Jak się potem okazało owa karetka jechała do innego wezwania. Po czym ludzie się skapnęli? Ano po tym, że karetka przejechała po babie i pognała dalej.
Co w tym anonimowego: strasznie mnie to wtedy rozbawiło. Miałem z 8 lat. Kurtyna xD.

#uDcmp

Gmerając ostatnio w rodzinnych pamiątkach, odnalazłem stare medale należące do mojego dziadka, których w dzieciństwie nie mogłem używać nawet do tak ważnych celów jak zmaterializowanie Świętego Graala w zabawkowej wersji przygód "Czarodziejki z Księżyca", w których brały udział moje figurki z Kinder Niespodzianek.

Postanowiłem sprawdzić z czym tak naprawdę mam do czynienia i rozszyfrować rangę medali. Ku mojemu zaskoczeniu jeden z nich noszący inskrypcję "Polonia Restituta" okazał się być najwyższym odznaczeniem państwowym po Orderze Orła Białego nadawanym za wybitne osiągnięcia na polu obronności kraju (czy oświaty, nauki lub kultury...).

Porażony tym odkryciem postanowiłem uświadomić resztę rodziny, jak dumni powinniśmy być z dziadka i że jesteśmy potomkami bohatera wojennego. Moja starsza siostra skwitowała to jednak krótko: "Tak, tak, Polonia Restituta, babcia zawsze mówiła, że dziadek dostał ten medal za bohaterstwo, z jakim przemycał do lasu wódkę partyzantom". Nie miałem już więcej pytań.

#FfcKl

Od wielu lat oszukuję wszystkich najbliższych, czasem także znajomych - jeśli sytuacja mnie zmusi.

W czym rzecz?
Cała moja rodzina myśli, że od dziecka mam lęk wysokości. Jednak to nie jest prawda. Ostatnio byłam na wycieczce w górach i pierwszy raz spotkałam tam człowieka z takim problemem. Zdecydowanie ja go nie mam, ale nie wyobrażam sobie tłumaczyć ludziom, że to nie "bycie wysoko" powoduje mój płacz, drżenie, mdłości, a po prostu ryzyko upadku. Tak, panicznie boję się upadać i przewracać, dlatego wszystko, co nie jest stabilne mnie przeraża. Choćby było to chwiejne krzesło, niemające więcej niż pół metra - moje kolana automatycznie zaczną szaleć, a to tylko rozhuśtuje taki obiekt mocniej, przez co moja panika jest większa. Zmysł równowagi mam bardzo słaby, dosłownie nie mam żadnego wyczucia. Tak długo, jak nie grozi mi upadek z dużej wysokości, albo mogę się chociaż czegoś podtrzymać, tak jeszcze dam radę na czymś stanąć/po czymś przejść bez większych emocji poza rozdrażnieniem i drgawkami, których pohamować za nic nie mogę. Wyżej położone przeszkody mają już mocniejszy wydźwięk.

Pozdrawia dorosła kobieta, mająca problem, by stanąć na poduszce sensomotorycznej bez komentarzy rehabilitanta "Nie bój się! Przecież to nic strasznego! No i było tak źle?" na widok trzęsących się nóg. Takie komentarze to dla mnie dodatkowy stres, bo ja się nie boję, chciałabym nie mieć żadnych fizycznych objawów, ale ciało wie swoje. Już wolę okłamywać wszystkich i siebie, że tu chodzi o wysokość, a nie ryzyko upadku, najczęściej działa.

#KEBv9

UWAGA, będzie obrzydliwie. Osoby wrażliwe i/lub jedzące uprasza się o nieczytanie.

W mojej rodzinie kobiety zawsze miały problemy z cerą, przez co większość ciotek czy kuzynek, które minęły już trzydziestkę, wygląda na dużo starsze, niż są w rzeczywistości. Moja mama i siostra również, mimo wizyt u specjalistów, ton kosmetyków bardziej i mniej naturalnych, nigdy nie osiągnęły ładnej buzi bez przebarwień czy syfów. Mnie zaś udało się przełamać tę klątwę. Jak? Tutaj właśnie zaczyna się obrzydliwa część wyznania.

Otóż będąc nastolatką przeczytałam gdzieś, że mocz dobrze wpływa na regenerację skóry. Kompletnie zdesperowana, przy najbliższej wizycie w toalecie zamoczyłam palce w gorącej cieczy i rozsmarowałam ją sobie po twarzy. Śmierdziało, trochę gdzieniegdzie szczypało, ale nie zniechęciłam się. Powtarzałam swój mały rytuał najpierw codziennie, potem raz w tygodniu i robię tak do dziś. Kilka minut w toalecie, by mocz się wchłonął, potem dokładne mycie twarzy i voila. Moja cera może nie jest idealna, wciąż zdarzają się gdzieniegdzie zatkane pory i raz na miesiąc pojawi się pojedynczy wyprysk, ale mimo to mam o wiele mniej zmarszczek niż moje rówieśnice. Poza tym miło ciągle słyszeć, że mam dziesięć lat mniej niż w rzeczywistości.

#UUrds

Mój tata to prawdziwy zrzęda, jeśli chodzi o zakupy - potrafi godzinami oglądać produkt, który chce kupić w Internecie, czytać jego recenzje, potem jechać do sklepu wypytywać obsługę o szczegóły, przymierzać, próbować, sprawdzać jakość, kupić, a po dwóch dniach i tak oddać. Z podziwem patrzę na obsługę sklepu, która cierpliwie odpowiada na pytania taty, podczas gdy wraz z mamą przewracamy oczami lub czekamy na tatę na ławkach przed sklepem.
Tatko jest mechanikiem, toteż wiedziałam co mnie czeka, gdy powiem mu, że chcę zakupić mój pierwszy samochód.

Miałam odłożone trochę pieniędzy, w dodatku zmieniłam pracę na lepiej płatną, ale po drugiej stronie miasta. Po analizie moich środków finansowych i umiejętności za kierownicą stwierdziliśmy, że na początek optymalnym rozwiązaniem będzie nieduże auto. Mnie zależało na jak najszybszym zakupie, tata oczywiście nie chciał się zapalać i chciał znaleźć samochód w jak najlepszym stanie i cenie, w dodatku niedaleko od naszego miasta, by móc go zobaczyć (jasna sprawa). Jednak te lepsze autka szybko się sprzedawały - po kilku dniach nie było oferty na stronie. Mówiłam tacie, że nie ma na co czekać, bo przecież i tak nie kupuję  nowego auta z salonu i z niskim przebiegiem, ale on i tak cierpliwie szukał ideału.

Gdy znalazłam swojego faworyta, potajemnie przed tatą pojechałam z mamą i chłopakiem go obejrzeć - tak, był świetny! Sprawny, w pięknym kolorze, no miód malina. Akurat w tym samym czasie oglądała go inna dziewczyna chętna na zakup, więc wiedzieliśmy, że czasu nie jest wiele.
Po powrocie do domu przyznaliśmy się tacie i stwierdziliśmy, że auto jest naprawdę fajne i czy moglibyśmy na następny dzień razem pojechać je zobaczyć - on by postukał, popukał, sprawdził, czy jest sprawny i jeśli tak, byłam gotowa go kupić. Zgodził się, ale pod warunkiem, że wcześniej pojedziemy zobaczyć jego typy.
Następnego dnia, gdy okazało się, że wybory taty nie były trafione, umówiliśmy się, by obejrzeć mojego faworyta. Tacie się spodobał, oglądał go na wszystkie strony, przejechał się - możemy brać. Oczywiście cena mu nie odpowiadała, ale sprzedawca był nieugięty. KUPILIŚMY! O euforio!!! Mój pierwszy, wymarzony, wspaniały, malutki samochodzik!!!

Po obiedzie miałam z chłopakiem wybrać się mym demonem prędkości w "dziewiczy rejs". Szyby otwarte, radio gra, rozwijamy prędkość. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, by się przesiąść - teraz miałam jechać ja. Ustawiłam fotel, lusterka, zapięłam pasy, zapaliłam silnik... Co za uczucie, mój samochód, radość ogromna! Ruszam z miejsca, zatrzymałam się przy wyjeździe ze stacji, by ustąpić pierwszeństwa i nagle... ŁUP!!! Radio wypadło, lusterka przestawione... Myślę - co to, drzewo na nas spadło?! 

Okazało się, że jakaś baba wjechała mi w tył, bo zagadała się z córką.
Auto uziemione na 3 tygodnie, uraz kręgosłupa szyjnego, L4 w nowej pracy.

PS Tata wyklepał ;)

#fYZk5

O tym, jak moja mama zrobiła z mojego brata życiową kalekę. Nie róbcie tego swoim dzieciom!

Mój brat, Karol, był normalnym dzieckiem. Chodził do szkoły, grał w piłkę z kolegami itp. Problemy zaczęły się, kiedy Karol wszedł w okres dojrzewania. Szybciej niż u kolegów jego głos zaczął mutować, a on się tego wstydził, bo koledzy mieli jeszcze "normalne" dziecięce głosy. Wtedy zaczął unikać chodzenia do szkoły, symulował choroby, odciął się od chłopaków, nie wychodził prawie z domu. Mama zamiast kazać mu iść do szkoły, szybko załatwiła mu nauczanie indywidualne, czyli utwierdziła go w tym, że może się odciąć od ludzi i siedzieć w domu.

Doszło do tego, że Karol nie miał żadnych obowiązków domowych - kiedy trzeba było skosić trawę, robiłam to ja albo siostra. Całe dnie siedział przy komputerze i grał, a matka go tłumaczyła "on jest chory i nie może pomagać w domu". Kiedy pytałyśmy na co jest chory, mama nie potrafiła odpowiedzieć, motała się w zeznaniach, raz miał nerwicę, innym razem schizofrenię, jeszcze innym razem miał depresję czy borderline. Z tego co dowiedziałam się dopiero teraz, czyli po latach, psychiatra zdiagnozował mu tylko nerwicę. Dodam, że ja i siostra też miałyśmy problemy w okresie dojrzewania. Ja miałam dużą nadwagę, przez co też wstydziłam się chodzić do szkoły, bo rówieśnicy naśmiewali się ze mnie z tego powodu, ale na szczęście nade mną matka się nie użalała. Siostrze zaczął szybciej rosnąć biust, przez co też się wstydziła chodzić do szkoły, ale i nad nią mama się nie użalała, po prostu kazała iść i koniec. Obie musiałyśmy nauczyć się radzić sobie z problemami i przeciwnościami, dzięki temu dziś sobie radzimy życiowo.

Ja i siostra poszłyśmy do pracy zaraz po szkole, ja w wieku 18 lat, siostra chyba 19. Kiedy Karol skończył naukę, też chciał iść do pracy tak jak my, ale mama stwierdziła, że to za wcześnie i niech jeszcze posiedzi w domu, aż się "wyleczy", a ona mu wszystko zapewni. Słowem, chciała go chronić przed całym światem i przed nim samym.

Lata leciały, dziś Karol ma 30 lat i NIGDY nie pracował. Jest już na tyle przyzwyczajony do wygód, że jak sam twierdzi, on do pracy już nie pójdzie. Rodzice go utrzymują, teraz mama pluje sobie w brodę, ale jest za późno. Kiedy ktoś Karolowi każe choćby zmyć gary, on dosłownie wpada w szał i wymienia wszystkie swoje zmyślone choroby, które rzekomo utrudniają mu jakikolwiek wysiłek, podczas gdy ma zdiagnozowaną tylko jedną - wspomnianą nerwicę. Ja mam zdiagnozowaną depresję, nerwicę, stany lękowe, do tego nadciśnienie, zwyrodnienia kręgosłupa i wiele innych rzeczy, siostra ma borderline, obie pracujemy i nie robimy z siebie ofiar losu. Bo nie my pierwsze i nie ostatnie mamy problemy ze zdrowiem!
Karol, cóż... boję się, że za jakiś czas będziemy go utrzymywać, jak rodziców zabraknie.

#mTOgo

Muszę się wygadać, niestety nie wypada mówić takich rzeczy mojej rodzinie czy znajomym, otóż jestem zazdrosna o moją najstarszą córkę.

Gdy jeszcze mieszkała z nami, była - delikatnie mówiąc - słabo ogarnięta, żyła jakby w innym świecie, miała kiepskie oceny i trzeba jej było załatwiać korepetycje, które nie dawały jej dużych efektów. W pokoju wiecznie wielki bałagan i wszelkie upominania o sprzątnięcie bajzlu nic nie dawały.

Natomiast od kiedy się przeprowadziła jakieś pół roku temu, wszystko robi lepiej ode mnie! Przez co jestem ciągle do niej porównywana.
W mieszkaniu zawsze ma czysto, nawet gdy robimy niezapowiedzianą wizytę.
Jak to ona mówi? "Sprzątanie na bieżąco dużo pomaga".
W jej szafie panuje idealny porządek, a utrzymanie porządku w tym miejscu to był dla niej największy problem.

Kiedy ona się nauczyła tak gotować!? Gdy wpada do nas na weekendy, ona postanawia coś ugotować, i to prawie zawsze coś nowego. Mój mąż i jej rodzeństwo o dziwo z wielką chęcią to jedzą, a mają bardzo wybredne podniebienia. Niejednokrotnie sama mam zagwozdkę co im ugotować, by wszystkim smakowało.
Wszelkie przepisy, które ja ją nauczyłam, również robi lepiej!
Później słyszę dlaczego nie zrobiłam czegoś jak ona, przecież to było lepsze!

Jej facet, ideał, pomaga jej w mieszkaniu, kocha ją, nie ma nałogów, dobrze wykształcony, z dobrą przyszłością i świetnie zabezpieczony finansowo.
Przeciwieństwo mojego męża, u którego odnoszę wrażenie, że im starszy, tym głupszy.

Ostatnia rzecz, która jest dla mnie zagadką - jej figura. Wszystkie kobiety z mojej rodziny są bez wcięcia w talii, a ona ma figurę klepsydry. Jak to możliwe?
Jedynym powodem, dla którego wiem, iż nie została podmieniona, to że jest do mnie podobna z twarzy.

Wcześniej przez jej dziwne zachowania myślałam, że ma problemy psychiczne.
Po przeprowadzce to zupełnie inna osoba. Sprawia wrażenie, jakby wiedziała co robi.
Nie wiem, czy mam to traktować jako sukces wychowawczy czy porażkę, ponieważ ogromna zmiana nastąpiła chwilę po przeprowadzce.

#RwTWk

Byłam ostatnio w sklepie z mężem. W pewnym momencie rozdzieliliśmy się, aby szybciej załatwić zakupy i szybko wrócić do domu na film. Chodząc po alejkach i szukając jajek, zobaczyłam mojego świeżo upieczonego małżonka przy regale z alkoholem. Jako iż moje uczucia do niego nie zdążyły jeszcze ostygnąć z racji niedawnego ślubu, postanowiłam, że skoro nikogo nie ma w zasięgu wzroku, to zaskoczę go od tyłu paroma niegrzecznymi słówkami odnoszącymi się do tego, co zrobimy, kiedy wrócimy do domu.
Pewnie się już domyślacie, co w tej historii jest kompromitującego... To nie był mój mąż.
Puściłam parę gorących zdań obcemu, zszokowanemu, co ja gadam, PRZERAŻONEMU facetowi, który ewidentnie nie był przygotowany na taką okoliczność, co można było wyczuć, bo jeszcze bardziej pogorszył już i tak beznadziejną sytuację, mówiąc: "Ale to mam pani zapłacić, czy pani to tak po prostu...?".

Zapadła cisza tak głęboka, tak niezręczna, iż zdawała się trwać w nieskończoność. Nie przesadzam, wstyd można by było skraplać z powietrza między nami. Koniec końców spaliłam buraka i uciekłam ze sklepu, zostawiając w środku zakupy.

PS Mąż nie wie. Nie dlatego, że boję mu się o tym powiedzieć, tylko tak żenuje mnie ta cała sytuacja, że nie potrafię zacząć tego tematu słownie...

#gtJJP

O tym, jak rodzice sami zabijają kontakt z własnym dzieckiem.

Gdy byłam mała, matka miała dwa standardowe typy odpowiedzi na prawie wszystko, co mówię. Albo coś w stylu "Co ty gadasz?", "Nie wymyślaj", "Nie filozofuj" i uśmieszek, albo (gdy powiedziałam coś w miarę mądrego) "Kto ci to powiedział?!". Było to wręcz krzyczane, tonem, jakbym zrobiła coś złego/dziwnego.
Podobnie jak opowiadałam o jakichś wydarzeniach, to zawsze były przytyki, bo coś mogłam zrobić inaczej, coś innego powiedzieć, mój znajomy też by mógł być inny, itd.

Wydźwięk tego był taki, że jeśli sama coś wymyślam/robię, to jest to głupie/złe/dziwne/śmieszne, a jeśli jednak takie nie jest, to znaczy, że "ktoś mi nagadał" i powtarzam.

Jak to na mnie wpłynęło? Przestałam rodzicom cokolwiek opowiadać, bo zawsze była krytyka. Starałam się jak najprościej, najszybciej zakończyć rozmowę. Jak w szkole? Dobrze. Co u koleżanki? W porządku.

Jednak takie traktowanie siada trochę na mózg, mimo że może się to wydawać pierdołą. Jest różnica, gdy doświadczy się tego raz, a gdy doświadcza się całe życie, od małego dziecka, w domu rodzinnym. Dlatego wpłynęło to też na moją samoocenę i pewność siebie - w sytuacjach społecznych bałam się, że powiem coś dziwnego, głupiego, bo przecież tylko tak potrafię, przecież jestem głupia. Więc mówiłam coraz mniej i wycofywałam się coraz bardziej, bałam się zgłaszać na lekcji i inicjować jakiekolwiek aktywności, bo przecież na pewno to głupie, ośmieszę się tylko, ludzie źle na to spojrzą.

Później byłam też krytykowana, że na rodzinnych imprezach siedzę przy stole i nic nie mówię - powinnam być fajna i rozbawiać towarzystwo.

Nieśmiałość, fobia społeczna, niska samoocena itd. często mogą mieć źródło w domu rodzinnym.

Obecnie jestem dorosła, nie utrzymuję już kontaktu z rodzicami. Powodów jest dużo więcej, ale o tym może w innych wyznaniach :)
Dodaj anonimowe wyznanie