Mam 3 rodzeństwa. Niestety muszę się nim zajmować, bo rodziców często nie ma w domu. Wracaj w nocy, a wychodzą bardzo wcześnie, więc w domu prawie ich nie ma.
Stać by ich było na opiekunkę, ale po co. Przecież jestem ja. 16-latka która powinna się skupić na nauce i powinna wychodzić ze znajomymi, a zamiast tego - siedzę z rodzeństwem. Uczę się najlepiej w szkole, ale siedzę z rodzeństwem, którego mam dość. Mam dwie siostry 6 i 9 lat i brata 11 lat. Jakoś sobie radzę, ale nie zawsze jest z górki. Najbardziej muszę się zajmować najmłodszą siostrą. Męczy mnie to. Rozmawiałam o tym z rodzicami i powiedzieli, że zastanowią się nad opiekunką, ale dopiero za jakiś czas, bo obecnie się przeprowadzamy.
Byłam zdziwiona dlaczego, bo nasz dom jest bardzo duży. Dowiedziałam się dlaczego - mama jest w ciąży. Mam nadzieję, że będzie opiekunka. jeśli nie to wtedy czekam do 18 i się wyprowadzam.
O tym, jak gówniarze znudził się piesek. Do tej pory nikomu nie zdradziłam wszystkich szczegółów.
Na początku przedstawię Wam mamę. Nierozpoznany zespół Aspergera i ciężka młodość doprowadziły do powstania ciężkich zaburzeń – depresja, nerwice, paranoje, agresja itp. Dorastałam w bogatej patologii. Krzyczała, wbijała paznokcie, raz zamknęła w ciemnej komórce, zbiła za "szantaż emocjonalny", kiedy jako pięciolatka modliłam się, żeby przestała. W końcu poszła po rozum do głowy, przeszła terapię. Zaczęła się o mnie troszczyć, mówić, że kocha, dawać mi ciepło, choć nigdy nie wyzdrowiała.
Po latach błagań mama zgodziła się na adopcję psa. Miałam już 13 lat i rozumiałam, co to znaczy. Spacery w ciepłe dni i w jesienną pluchę, świetna zabawa i opieka w chorobie i starości, weterynarz, odchody, wychowywanie, pielęgnacja – wzięłam pełną odpowiedzialność. W schronisku wypatrzyłam wielkie, piękne i przyjazne psisko.
Byłam wzorową opiekunką, chciałam udowodnić swoją dorosłość i odpowiedzialność. Bez gadania w niepogodzie spacerowałam z psem, sprzątałam efekty nietrzymania moczu, karmiłam, kąpałam. Bawiłyśmy się jak dwa szczeniaki – zapasy, delikatne podgryzanie, gonitwy przez pole i walki o patyki.
Mamę poruszył fakt, że sunia przeszła niedawno sterylizację aborcyjną. Sama straciła dwie ciąże, więc poczuła więź. Ja widziałam w niej równą sobie przyjaciółkę, mama – skrzywdzoną przez mężczyzn kobietę. Mimo początkowej niechęci, pokochała psa… zbyt mocno. Stała się nadopiekuńcza? Oszalała? Mijając mniejszego psa, widziała w suni cierpienie po stracie dzieci (sic!). Każda zabawa, włącznie z aportowaniem, czy zdecydowany ton podczas nauki, były znęcaniem się, przejście ze smakołyków na pochwały oszustwem, a rzucanie ich na podłogę brakiem szacunku. Pieszczotami i mięsem odwracała uwagę suni od nauki, śmiejąc się, że pies woli ją. Że to jej pies, a nie mój. Podczas kłótni szła do psa i mówiła, że tylko on ją kocha. Zabawa i czułości? Ona jest panią. Odchody? "To mój pies". Rozmowy nic nie dawały.
Moja frustracja bawiła ją i przerażała psa, który zaczął mnie unikać i mimo prób nigdy więcej nie przekonał się do mnie. Choć wiedziałam, że zwierzę nie zawiniło, pojawiły się nienawiść i pogarda. Widziałam w nim i przyjaciela, który porzucił mnie dla dręczyciela, i bezmyślne narzędzie, nowy pas. A mama? Nie potrafiłam przestać kochać mamy.
Pies to przyjemność, ale i obowiązek. Ponieważ nie pozwoliła mi na przyjemności, nie godziłam się na przejęcie przykrej reszty, odmówiłam opieki nad psem. Mama do dziś wypomina mi, że znudził mi się piesek.
Po trzech latach zabrała psa i wyjechała za granicę. Happy end? Nie, ale to materiał na oddzielne wyznanie, jeśli tylko zechcecie.
Chyba jednak ja jestem w tej historii stroną z piekła rodem, ale to już oceńcie sami. Zacznijmy od tego, że w okresie buntu młodzieńczego zanegowałam istnienie Boga, przestałam chodzić do Kościoła, nie mam nawet bierzmowania, a żeby postawić kropkę nad „i”, któregoś dnia pobiegłam do proboszcza z aktem apostazji.
Tak naprawdę nigdy nie miałam problemów z racji swojego wyboru, ale jednak z jakiegoś powodu tu jestem. Mam jeszcze rodzinę, taką, z którą najlepiej wychodzi się na zdjęciach.
Trzy lata temu moja kuzynka urodziła dziecko, więc kilka tygodni później otrzymałam propozycję nie do odrzucenia, a raczej nakaz zostania matką chrzestną, bo przecież apostazję można cofnąć, a brakujące sakramenty nadrobić. Odmówiłam twierdząc, że ze względów formalnych nie mogę tego zrobić, a także nie jestem ubezwłasnowolniona, więc mam jeszcze coś do powiedzenia w tej sprawie.
Wybór uzasadniłam mówiąc, że chrzestnym nie powinna być osoba, która w kościołach bywa tylko jako turystka, Katechizm Kościoła Katolickiego dość jasno określa funkcję rodzica chrzestnego, a ja ze względu na osobiste poglądy nie spełniam określonych wymogów, więc wyznaczanie kogoś takiego jak ja świadczy o lekceważącym stosunku do religii.
Stwierdziłam też, że zgadzając się, zaprzeczyłabym praktycznie wszystkim swoim poglądom, więc nie ma takiej opcji.
Zrozumienie i uszanowanie mojego wyboru? Nie w tym świecie. W ciągu kilku minut dowiedziałam się, że jestem niewdzięcznym potworem, który odmawia dziecku i przez moje wybory dziecko będzie miało problemy w życiu (?). Zakończyłam rozmowę utrzymując, że nie odmawiam dziecku, tylko jego matce.
Moja decyzja była dla rodziny taką potwarzą, że od tamtego czasu kontaktu praktycznie nie ma i zostałam czarną owcą. Nie powiem, żebym jakoś bardzo żałowała lub tęskniła za tymi ludźmi.
Kiedyś moje kochane koty (albo jeden z nich, nie wiadomo) zasikały mi dwie pary ulubionych butów pozostawionych na takiej „wewnętrznej” wycieraczce. Nie byłam gotowa pogodzić się z ich stratą, wiec wrzuciłam je do pralki. Po wypraniu jeszcze wystawiłam na kilka dni na balkon, żeby zapach kociego moczu całkowicie wywietrzał. Po tym czasie powąchałam i stwierdziłam, że misja zakończona sukcesem.
Ubrałam ukochane buty i poszłam do pracy, a pracuję w typowym „open space”.
Wszystko wydawało się w porządku aż do momentu, jak musiałam iść poprowadzić spotkanie w pokoju konferencyjnym. Zapach kociego moczu prawie wyciskał łzy z oczu.
Ja udawałam, że niczego nie czuję, a ludzie chyba byli zbyt przestraszeni (świeżaki podczas szkolenia), aby cokolwiek powiedzieć.
Oczywiście po powrocie do domu buty powędrowały do kosza.
Co ciekawe, druga para butów pozbyła się po pewnym czasie tego zapachu i chodzę w nich do dzisiaj.
Urodziłam dziecko mimo tego, że strasznie go nie chciałam. Rodzina i chłopak nie chcieli nawet słyszeć o żadnej innej opcji niż urodzenie i pokochanie. Ja od początku czułam, że tego nie chcę. Zaszłam w ciążę mimo założonej spirali. Nie wiem jak, chodziłam często na kontrole do ginekologa i zawsze było wszystko w porządku. A jednak... Ciąża. Z początku byłam przerażona, załamana i zrezygnowana, jednak pod wpływem bliskich uznałam, że może mają rację i wszystko się ułoży. Jednak bardzo źle znosiłam ciążę, cierpiałam psychicznie i bardzo ciężko było mi żyć z tym, że noszę w sobie dziecko, które niszczy moje ciało, a potem zmieni całe moje życie. Z moim stanem psychicznym było coraz gorzej, ale rodzina wciąż pilnowała, abym nie zmieniła zdania, partner szczególnie. No i nadszedł w końcu poród. Gdy zobaczyłam dziecko po raz pierwszy, nie poczułam nic, poza tym, że w końcu nie jest już we mnie. I mimo wielu prób nie pokochałam go nigdy.
Mój syn ma obecnie ponad 2 lata, a ja marzę tylko o tym, aby uciec od niego. Oczywiście zajmuję się nim, dbam, ale nie robię tego z miłości, a powinności. Z kolei mój partner jest dzieckiem zachwycony, za to opieka nad nim już go niezbyt interesuje. A ja mam dość. Choćbym chciała oddać syna, to partner w życiu się na to nie zgodzi. Dlatego postanowiłam, że odejdę. Zbyt męczy mnie takie życie wbrew sobie, udawanie miłości, poświęcanie się i ciężka praca przy dziecku, przy której teraz nagle nikt mi nie pomaga, nawet rodzice. Nie daję już rady psychicznie. Sądzę, że większą krzywdę sprawię temu dziecku, wychowując je z przymusu niż poprzez odejście. Alimenty będę płacić, ale nie chcę nigdy wracać do tego domu, partnera i dziecka. Chcę żyć normalnie, a nie udając i zmuszając się do rzeczy, które niszczą moje życie.
Mieszkam w Niemczech i zarabiam jako "dama do towarzystwa".
Naprawdę strasznie współczuję wszystkim kobietom, których mężczyźni przyjeżdżają tutaj do pracy. W weekend przykładni mężowie i ojcowe, a w tygodniu całkiem inne życie. Są u mnie i moich koleżanek praktycznie codziennie. Nieraz słyszałam w telefonie głos tęskniącego dziecka czy żony, zapewnienia jak on ciężko dzisiaj pracował, dopiero wrócił do domu i musi odpocząć, podczas gdy on tylko czekał, aż zaczniemy.
Niektórzy przyjdą, zrobią co mają zrobić i idą. Inni mówią, że żona nie dorasta mi do pięt, że nie chcą do niej wracać. Bardzo wiele kobiet nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jaki mąż jest naprawdę.
Gdy byłam w podstawówce, chodziłam z koleżanką na korepetycje z matematyki, ponieważ średnio sobie z nią radziłam. Za takie podwójne lekcje płaciłyśmy trochę mniej, niż gdybyśmy chodziły osobno, a wtedy naszym rodzinom niezbyt dobrze się powodziło. Koleżance nauka szła o wiele sprawniej, ale chodziła razem ze mną, by przerabiać z nauczycielką trudniejsze działy i zadania.
Lubiła później mi wytykać, że ledwo daję sobie radę z ćwiczeniami z książki, a ona zaczyna robić już zadania dla wyższych roczników.
Pewnego dnia miałyśmy w szkole sprawdzian, jak dla mnie był on bardzo trudny, ale ogromnie się ucieszyłam, gdy dostałam minus 4. Na kolejnych korkach pochwaliłam się pani nauczycielce i podziękowałam za przygotowanie do tego sprawdzianu. Jej reakcja? Spuściła wzrok, pokręciła głową i mruknęła pod nosem "wiedziałam, że z takiego tłuka nic lepszego nie będzie", po czym zajęła się omawianiem czegoś z koleżanką.
Oczywiście koleżanka podchwyciła ten arcyśmieszny tekst i pytała mnie potem przed całą klasą ile to dwa plus dwa i tym podobne, jakbym naprawdę była głupia i tego nie wiedziała. Jednak słowa tej kobiety mnie nie załamały, przeciwnie, sprawiły, że chciałam umieć więcej. Siedziałam do późnej nocy robiąc dodatkowe zadania i powtarzając wzory tak długo, aż pamiętałam je lepiej od własnego nazwiska. Później znowu dostałam czwórkę z testu i bałam się przyznać do tego korepetytorce. Na nieszczęście kumpela sama wspomniała o sprawdzianie, a wtedy musiałam powiedzieć o mojej ocenie. I ponowna reakcja w stylu: "czy ja cię niczego przez ten cały czas nie nauczyłam? Za co płacą twoi rodzice? Nie jest ci głupio, że wydają na ciebie tyle pieniędzy, a ty się nic nie starasz?".
Zrobiło mi się okropnie głupio. Wydawało mi się wtedy, że faktycznie zawiodłam moją rodzinę, która niemało na mnie wydawała. Wkrótce przed każdymi zajęciami trzęsły mi się dłonie i waliło serce. Odbierałam te lekcje jako tortury, a nie pomoc. Paradoksalnie, pogorszenie się sytuacji finansowej mojej rodziny uratowało mnie od tej kobiety. W połowie marca musieliśmy zrezygnować z korków. Mama dała mi parę złotych na jakąś czekoladę dla niej i kazała ładnie podziękować.
W myślach ułożyłam sobie wspaniały scenariusz z obrzuceniem baby obelgami i śmianiem się z niej. Ale strach przed karą wygrał, więc kupiłam jakąś tanią czekoladę i poszłam się z nią pożegnać. Skrzywiła się na widok czekolady, przyjęła moje wyjaśnienia i powiedziała: "Nie powtarzaj błędu swoich rodziców i zacznij się uczyć, bo kiedyś nie będziesz mieć pieniędzy nawet na taką tanią czekoladę"...
Znam pewną parę, która od ponad roku bezskutecznie starała się o dziecko. Nie znam ich dobrze, to raczej znajomi znajomych. On z poprzedniego związku syna miał, więc kłopot raczej leżał po stronie kobiety. Badań robić nie chcieli, sama nie wiem czemu, ale postanowili sprawdzić to na swój chory sposób. Historia o tym, jak trzech ludzi wykazało się potwornym brakiem wyobraźni.
Para miała koleżankę. Groszem nie śmierdziała, więc na propozycję pary się zgodziła. Plan był taki, by on tę koleżankę zapłodnił. Jeśli dziewczyna by zaciążyła, mieliby dowód na to, że coś z jego partnerką jest nie tak. Kobieta zaszła, usunąć nie chciała (a taki plan był w razie gdyby zaszła), facet obecną kobietę zostawił dla tej koleżanki w ciąży.
Puenty nie ma, dziwi mnie tylko ludzka głupota.
Uwaga, będzie obrzydliwie.
Jako, że nigdy choruję, nie korzystam również z L4.
Od tygodnia bolały mnie oczy, opuchnięte powieki, czerwone gałki oczne.
Tego dnia szef w korpo okrutnie mnie wkurzył, mówię sobie "A niech sp$#@! Idę jutro do lekarza, biorę L4 na 3 tygodnie".
Jadę więc do domu, zadowolony z siebie, planuję już ten boski urlop.
Plan zajebisty, ale patrzę w lusterko, a oczy jakby mniej spuchnięte.
Nie no nie poddam się, na taką opuchliznę będzie tylko tydzień wolnego.
Myślę, myślę... nasikałem na dwa gaziki.
Przykładam do oczu.
Smród niesamowity, ale czuję już te 3 tygodnie wolnego... i trzymam te pieprzone gaziki na oczach.
Taak - rano opuchlizna dzięki nim magicznie zniknęła.
Historia miała miejsce kilka lat temu.
Chodząc do chyba 2 klasy gimnazjum, postanowiłam zrobić sobie jeden dzień wagarów, bo naprawdę źle się czułam i nie byłam przygotowana na sprawdzian. Udawałam, że poszłam do szkoły, a tak naprawdę schowałam się na 3 piętrze w domu. Rodzice pojechali do pracy, a ja cieszyłam się, że mój misterny plan wypalił
Jakiś czas później postanowiłam zrobić sobie coś do jedzenia, więc zeszłam piętro niżej. Niestety okazało się, że tata skończył robotę wcześniej, a ja musiałam się gdzieś szybko schować, by mnie nie zauważył. Padło na szafę mamy.
Szafa miała kilka przegród, więc otwierając jedną nie widziało się zawartości drugiej. Tak się złożyło, że tata zaczął przeszukiwać inną część szafy mamy. Sam w sobie fakt, że tata szperał w ubraniach mamy był dla mnie dziwny, no ale mniejsza.
Tata koniec końców otworzył przegródkę, w której siedziałam, a moim oczom ukazał się mój własny ojciec przebierający się w damskie ubrania.
Koniec tej historii jest taki, że ani tata nie wygadał mamie o moim wagarach, ani ja o jego dziwnym hobby.
Dodaj anonimowe wyznanie