#Lb2Hb

Nigdy nam się w domu nie przelewało. Słodycze dostawaliśmy od święta, ale jako dziecko wpadłam na genialny pomysł, aby w telewizorze zrobić małą dziurkę, taką, żeby przełożyć rączkę i kiedy by reklamowali smakołyki, to po prostu je sobie wyciągać z tego magicznego pudełka.
Rodzice przyłapali mnie z młotkiem w dłoni, do dziś im wmawiam, że wcale nie chciałam rozwalić telewizora.

#6kfZC

Wróciłam właśnie ze sklepu i nie mogę przestać się śmiać.

Po pracy podjechałam na szybkie zakupy, a że się spieszyłam, to już kilka metrów od samochodu kliknęłam automatyczne otwieranie bagażnika. Samochód stał przodem do sklepu, więc nie widziałam co się z nim dzieje.

Okazało się, że jakiś chłopak postanowił ukryć się za autem i zwyczajnie wysikać. Problem w tym, że na dźwięk otwieranego bagażnika przestraszył się, podniósł głowę i oberwał klapą w dziób, po czym wpadł w krzaki i nie mógł się pozbierać, a jego przyrodzenie dyndało nad spodniami. Po czym wstał czerwony jak burak, przeprosił i odszedł :D

#BZk2a

Nie lubię wyjazdów z dziećmi. Pewnie nie jestem sama i znajdzie się sporo osób myślących podobnie, ale głupio mi przyznać się do tego przed mężem i rodziną.


Prawda jest taka, że od dnia przyjazdu na "niby wypoczynek", odliczam dni do wyjazdu. Wkurzam się, że w domu ogarnięcie dzieci (3 latka i roczek) jest banalnie proste, a w obcych miejscach trzeba się organizować na nowo i spoczywa to najczęściej na mojej głowie. Mąż zawsze cieszy się na myśl o wyjeździe i podładowaniu baterii, a ja chcę to mieć jak najszybciej z głowy i wrócić na swoje śmieci. Nie mówię mu o tym, żeby nie sprawić mu przykrości i żeby faktycznie mógł wypocząć, bo na co dzień ciężko pracuje.

#x66gh

Moja przyszła teściowa miesiąc przed ślubem zatruwała mi życie. Wszystko robiła po to, aby zostawić swojego synka jedynego w domu. Knuła okropne intrygi. Potrafiła np. przekupić kuzyna i ciotkę męża, aby ten opowiadał mi historię o narzeczonym z innymi kobietami, które działy się podczas trwania naszego związku. Poprzez jej zachowanie, między nami przestało się tak pięknie układać. Ciągłe kłótnie, łzy, nerwy. Brakowało mi sił.

Dzień przed ślubem odezwał się do mnie mój były. Był to mój pierwszy, poważny chłopak kiedyś. Rozstaliśmy się wtedy w zgodzie, a powodem była spora odległość - 400km. Zaproponował mi, abym zrezygnowała z ślubu i przyjechała do niego na wakacje na 2 tyg. Powiem szczerze, że wtedy było to dość kuszące. Miałam okropny mętlik w głowie, a na dodatek potrzebowałam wsparcia. Mimo zachęty jednak nie skusiłam się. Do ślubu doszło. Dziś jestem szczęśliwą żoną i matką. Teściowa troszkę spuściła z tonu. Choć jej dalej nie ufam. Gdy jedziemy w odwiedziny do niej, to razem. Nie "puszczam" męża samego, bo kilka razy potrafiła go bardzo zbuntować przeciwko mnie. Mam nadzieję, że ja nie będę taką zaborcza matką nigdy...

#lUjls

Historia o tym, jak "przyjaciółka" potrafi odebrać marzenie.

Jestem osobą, która uwielbia podróżować. Jakiś czas temu trafiłam na grupę, gdzie ludzie szukają osób do wspólnych podróży/wypadów. I tak poznałam jedną dziewczynę, bo szukała jeszcze 2 osób na 2-tygodniowy wypad na Owcze Wyspy, Islandię. Oczywiście byłam chętna na taki wypad, ale odpowiedź, czy jadę, miałam jej dać za kilka dni, bo jeszcze nie wiedziałam, jak to z pracą będzie. W międzyczasie opowiedziałam o tym wypadzie przyjaciółce, pokazałam jej tę grupę, dziewczynę, która to organizuje i cały plan wyjazdu itp. Ta stwierdziła, że fajnie, ale jej to za bardzo nie interesuje.
Tego samego dnia, co jej o tym opowiadałam, tylko że wieczorem, dostałam wiadomość od organizatorki wypadu, że już się zgłosiły dwie osoby, które są pewne, że pojadą. Zasmuciła mnie ta wiadomość, bo moim marzeniem było wyjechać na te Wyspy i pozwiedzać, i to za śmiesznie małe pieniądze, bo 5-6 tysięcy plus loty samolotem.

Po kilku dniach spotkałam chłopaka mojej byłej już przyjaciółki, który przez przypadek wygadał się gdzie jadą, bo go dziewczyna namówiła, jak się możecie domyślić, to właśnie oni zajęli moje miejsce w tej wyprawie.

Zrobiło mi się mega przykro, bo przyjaciółka wiedziała jak mi zależy na tym wyjeździe i jeszcze próbowała ukryć ten fakt przede mną. Po tej akcji zerwałam z nią kontakt.

I pewnie ktoś pomyśli, że to przecież nie jest powód do zrywania kilkuletniej przyjaźni, ale dla mnie był. Bo to nie pierwszy raz, jak odebrała mnie moje marzenie czy hobby, nie wiem jak to można jeszcze inaczej nazwać. Np. ja kupiłam sobie sprzęt do fotografowania, ona też, chociaż nie interesowała się fotografią. Ja kupuję bilety na koncert danego artysty, ona też, mimo że nie znała artysty i nie interesował jej ten typ muzyki. Pamiętam, że jak chodziłam do szkoły, to zaczęłam brać udział w wolontariacie, chodziłam do domu opieki dla starszych osób albo chodziłam pobawić się z dziećmi niepełnosprawnymi. Jak się o tym moja przyjaciółka dowiedziała, to też zaczęła chodzić, ale nie dlatego, że chciała pomóc, tylko dlatego, że chciała pokazać jaka to ona super jest. Odkąd pamiętam, zawsze robiła to co ja, miała albo chciała mieć to co ja.

Czasami miałam wrażenie, że chce odebrać mi moje życie, że tak powiem.
Dlatego postanowiłam urwać naszą przyjaźń, mimo że miałyśmy też kilka wspaniałych wspomnień, była ekstra, kiedy nie chciała zamieniać się we mnie i odebrać mi moich marzeń.

#CT6FY

W grudniu zorganizowałam zbiórkę na pobliskie schronisko dla psów i kotów. Akcja trochę się rozrosła i włączyło się do niej około 200 osób. Udało się kupić sporo karmy, akcesoriów dla zwierząt, zabawek i nabierać mnóstwo koców dla pupili. Do schroniska jechałam z chłopakiem na 2 auta wypakowane po brzegi.

Na miejscu wyszedł pan z telefonem przy uchu, wskazał miejsce, gdzie możemy to rozładować i tyle. Powiedział jeszcze, że jak rozpakujemy, to możemy sobie iść.

Nie oczekiwałam fanfar czy komitetu powitalnego, ale zrobiło mi się przykro. Nikt nam nawet nie pomógł rozładować tych worów z karmą, nie zainteresował się, nie powiedział "dziękuję". Naprawdę, nie oczekiwałam wiele, ale liczyłam, że jak ja włożyłam dużo pracy w to, by zebrać to wszystko, to instytucja, dla której to było robione, pomoże chociaż rozładować karmy. Wiem, że w pomocy nie chodzi o to, by szukać pochwał i czekać aż ktoś nas poklepie po plecach, ale zwykłe zainteresowanie by starczyło.

Nie chcę nikogo zniechęcać do pomagania, ale myślę, że trzeba świadomie wybierać miejsca, którym należy się pomoc.

#W2DMu

Idąc do galerii handlowej upadłam na ziemię przed wejściem. Pobiegło do mnie parę osób chcących pomóc z pytaniem czy nic mi się nie stało. Odpowiedziałam, że zakręciło mi się w głowie. Podejrzenia padły od razu na omdlenie, ale powiedziałam, że nie ma potrzeby wzywać karetki. Dodałam, że musiał mi spaść cukier albo obniżył mi się poziom żelaza we krwi. Miła pani usadziła mnie na murku i dała 2 cukierki na podbicie cukru.

Co w tym anonimowego?
A to, że tak na prawdę nie zemdlałam tylko parę godzin wcześniej za dużo wypiłam, bo zerwał ze mną chłopak. Nikt się nie połapał oprócz mamy, która odwiozła mnie bezpiecznie do domu.

#ftaQY

Lubię traktować rzeczy jak ludzi. Większość sprzętu jaki posiadam ma swoje imię i jest częścią mojej rodziny. Moja materialna rodzina to m.in samochód Jurek, rower Romek, komputer Lucek i lodówka Samanta. Z niektórymi nawet rozmawiam, np. gdy za długo mam otwarte drzwi w lodówce, to wtedy ona zaczyna pikać. Wtedy mówię do niej, że już, wytrzymaj kochana, jeszcze tylko szynki włożę i już zamykam ci drzwi.

Samochód to w ogóle moje oczko w głowie. Jak chcę kogoś wyprzedzić, to mówię do mojego Jurka: No synuś dajemy na lewy i bierzemy go. Gdy już wyprzedzę kogoś to chwalę mojego "synka", że tak ładnie i szybko mu poszło. Tak po za tym to wiodę normalne życie. Mam męża, który też czasami nazywa nasze rzeczy tak jak je nazwałam i normalnie chodzę do pracy, a także mam też swoje artystyczne hobby. Mama często mi się pyta kiedy w końcu będzie miała wnuki, jednak ja jakoś nie przepadam za dziećmi. Wystarczają mi te moje materialne.

#xDo2c

Wigilia u mnie w domu rodzinnym nigdy nie była miłym, ciepłym spotkaniem z krewnymi. Co roku są kłótnie między ciotkami, niemiłe komentarze, a na koniec obrażanie się na siebie.
Prawdziwej "magii" świąt doświadczyłam w domu mojego byłego męża.

Mam ośmioletnią córkę i mieszkam obecnie u rodziców, nie chciałam i nie chcę, by moja córka spędzała święta u moich rodziców, sama nie chcę takich świąt, dlatego od czasu rozwodu pracuję w wigilię oraz Boże Narodzenie. Z córką i rodzicami łamię się opłatkiem przed przyjściem rodziny, a następnie młodą odwożę do ojca, gdzie spędza święta. Choć jesteśmy po rozwodzie i był fatalnym mężem (mąż mnie zdradzał), to ojcem jest bardzo dobrym. Byli teściowie kochają wnuczkę, a ona ich. Wiem, że młoda jest zadowolona z takiego obrotu sprawy.

Za pracę w dzień świąteczny mam do "odebrania" dwa dni wolnego, czyli pracując te trzy dni świąteczne, mam sześć dni dodatkowego wolnego, z których korzystam w czasie gdy dziecko ma ferie, drugi tydzień ferii spędza z ojcem.

Rodzina nie ma pretensji, bo pracuję, ja się nie męczę, córka ma magiczne i spokojne święta, a nawet mój szef jest zadowolony, bo zawsze były problemy kto przyjdzie do pracy w te dni.

Tylko trochę mi żal, że muszę kłamać rodzinie i rodzicom o tym, że nie mogę mieć wolnego w święta.
Dodaj anonimowe wyznanie