#T5dpg

Schodziłam po schodach na klatce schodowej i złamał mi się obcas, przez co poleciałam w dół, uderzając głową o poręcz oraz tracąc przytomność. Gdy przytomność zaczęła mi powoli wracać, zorientowałam się, że przechodzący obok sąsiad w zaistniałej sytuacji uznał, że zamiast wezwać pomoc, woli sobie podotykać, korzystając z tego, że przecież nie odmówię, bo nie mam jak. Zdążyłam jęknąć, że ma przestać mnie dotykać, wtedy sąsiad spalił głupa, że chciał tylko pomóc.

Nie wiem jakim trzeba być potworem, żeby się tak zachować. Zamierzam go pozwać.

Wstrząs mózgu nie boli mnie aż tak jak to, że ktoś bezkarnie swoimi obrzydliwymi łapami dotykał moje ciało i to w momencie, gdy potrzebowałam pomocy. Czuję się teraz jak jakiś przedmiot.

#yr46L

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale w końcu to Anonimowe :D

Początek semestru na pierwszym roku, jakieś zajęcia, człowiek był młody, to i chodził...
Siedzę sobie grzecznie i robię notatki. Nagle odwraca się do mnie chłopak ze zniewalająco pięknym uśmiechem i swym przecudownie uroczym głosem mówi "fajnie, że ktoś zapisuje ten bełkot, będę miał od kogo spisać", a ja nie wiedzieć czemu zaczęłam chichotać jak idiotka blondynka z yorkiem pod pachą widząca nowe różowe kozaczki...
No i próbując się opanować, by nie wyjść na kompletną blond pindzię, spięłam się tak, że pierdnęłam tak okropnie głośno, że nagle wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, a ja zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej i jeszcze głupiej, bo nie miałam jak uciec... No cóż, zdarza się, jak widać, nie tylko "na dworze dupa może", ale na sali wykładowej też...


PS Nie, nie bierzemy ślubu i nie, nie jesteśmy parą - jest chłopakiem mojego przyjaciela.

#tG7c3

Byłam mocno zmęczona i w głowie przeklinałam cały świat. Zbierałam standardowo rozwalone skarpetki po całej chacie, by wstawić pranie. Zebrałam, udałam się do łazienki, by wrzucić całą kupę ciuchów do pralki, więc otworzyłam kibel, wrzuciłam wszystko do środka i zamknęłam klapę.
Przygoda zaczęła się dopiero wtedy, gdy zrozumiałam co odje*ałam, bo spuściłam wodę.

#xeMcX

Wracam z moim rocznym synkiem w wózku do domu od mojej mamy. Do pociągu mamy 20 minut, a mały jest głodny, więc postanowiłam go nakarmić na ławce.
Przed dworcem (a także galerią) pełno ławek i mnóstwo palących ludzi. Z radością zauważam jednak ławkę oddaloną od nich, gdzie nikt nie pali, i tam daję mu jeść.
Po kilku minutach dosiadają się dwie panie około po 30 lat. I zaczynają wyciągać fajki,
więc ja grzecznie pytam z taką prośbą w głosie, czy panie zamierzają tutaj palić, bo jestem z małym dzieckiem i długo szukałam miejsca, gdzie nikt nie palił, a nie chcę, by moje dziecko to wdychało. Kobiety na to oburzone, że - cytuję - "to miejsce publiczne i ogólnodostępne dla wszystkich i ja sobie mogę palić gdzie chcę", a ja odpowiadam, że jednak przy innych ławkach też jest miejsce, gdzie ludzie palą, a co ważniejsze, nie ma tam dzieci, a ja tutaj usiadłam w oddalonym miejscu właśnie po to, by nikt przy nas nie palił, a panie na miejsce by sobie zapalić wybrały akurat jedyną ławkę, na której siedzi dziecko...
Coś tam pod nosem powiedziały, że bezczelna baba ze mnie i usiadły specjalnie bliżej nas i odpaliły papierosy. No cóż innego mogłam zrobić, jak zabrać stamtąd synka. Szkoda słów na takich ludzi. Przykre.

#kUfM3

Zostawiłem żonę dla kochanki i nie żałuję.

Jako młody chłopak wyjechałem do UK. Pracowałem jako kontroler lotów. Na jednej z imprez poznałem uroczą Angielkę. Zaczęliśmy się spotykać. Potem był ślub. Moje stanowisko zostało zlikwidowane, szybko jednak znalazłem pracę jako manager hotelu, a półroczną odprawa pozwoliła nam na kupno domu. Żona stwierdziła, że nie chce pracować i zajmie się domem. Seks był udany do czasu aż Melissa zobaczyła dwie kreski na teście. To był koniec. Właściwie nie pozwalała się dotknąć. Po urodzeniu syna nic się nie zmieniło. Stała się jeszcze bardziej oschła. Mieliśmy opiekunkę na 3 godzinny dziennie, żeby żona mogła odpocząć. Mimo tego wracając do domu jedyne co zastawałem to syf. Chciałem to ratować, zapraszałem na kolacje, organizowałem rodzinne wakacje, próbowałem rozmawiać. Jej nie zależało na tym, żeby mieć udane małżeństwo. Czułem się jakbym był tylko narzędziem do spełnienia jej marzeń o domu i dziecku. Odzywała się do mnie tylko kiedy coś trzeba zrobić lub kiedy chciała nowe zasłony do sypialni.

Pewnego dnia do mojego hotelu zawitała śliczna, młoda Słowaczka. Nawiązaliśmy romans. Pamiętam jej słowa na początku „tylko się we mnie nie zakochaj”… A ja zakochałem się bez pamięci. Ona również odwzajemniła to uczucie. Nie mogłem jeść, spać, oddychać. Wracając do domu płakałem z bezsilności, bo wiedziałem, że nie mogę zostawić syna. Trwało to kilka lat. Potem zrobiłem ogromny błąd. Obiecałem mojej ukochanej coś, czego nie mogłem jej dać. Obiecałem, że odejdę od żony (choć ona nigdy nie nalegała). Przez chwilę nawet w to wierzyłem. Naprawdę chciałem z nią być, chciałem być szczęśliwy… ale nie mogłem. Moja kochanka zerwała kontakt. Złamałem jej serce, a przy tym również swoje.
Tęskniłem za nią ogromnie. Dosłownie czułem ból fizyczny. Rozmawiałem z żoną, że nam się nie układa i musimy to jakoś rozwiązać albo naprawić (choć z mojej strony byłoby to tylko z poczucia obowiązku). Melissa powiedziała, że nie obchodzi jej co i z kim robię. Ważne, żeby syn widział, jak wracam na noc do domu…Tak minął rok, drugi, trzeci. A ja ani trochę nie przestałem jej kochać.

Pewnego dnia spotkałem moją byłą kochankę. Nie była to już lekko speszona dziewczyna, której kiedyś dałem pracę. Była to pewna siebie 30-letnia kobieta. Wyglądała niewiarygodnie pięknie.Wymieniliśmy się tylko uprzejmościami jak zwykli znajomi i ona poszła w swoją stronę. Moje serce pękło na części po raz kolejny… Kilka dni później dostałem od niej SMS „Nigdy nie przestałam o tobie myśleć, zawsze będziesz miłością mojego życia”. Wtedy poszedłem się pakować. Moja żona widząc to oznajmiła tylko, że nadal mam spłacać kredyt na dom i płacić na syna.
Następnych kilka miesięcy było dla mnie okropne ze względu na dziecko, ciężko mu było się pogodzić z moim odejściem. Miałem nawet chwile zwątpienia. Po rozmowach i spotkaniach z psychologiem syn zaczął akceptować sytuację.

Z moją teraz już żoną jesteśmy razem 7 lat. Czuję się kochany i doceniany. Żałuję tylko, że tak późno to zrobiłem.

#99Omf

7 marca 2020, sobota, godzina wieczorna. Wchodzę do wioskowego marketu, robię zakupy, a na końcu zauważam wielkie stoisko z kwiatami, a wokół niego sami faceci. Przeglądam bukiety, biorę jeden i idę do kasy. Przede mną sami faceci z kwiatami i jakimiś słodyczami, jeden z nich po zakupach stanął w miejscu i zaczął rozmawiać z kasjerką. Pakuję swoje zakupy, biorę bukiet i ów pan mówi do mnie "Ładny bukiet pani sama sobie kupiła na Dzień Kobiet, ha, ha", a więc odpowiadam ze smutkiem "To nie dla mnie te kwiaty, tylko na grób siostry z okazji Dnia Kobiet". Pan spuścił głowę na dół, kasjerka znała moją siostrę, więc spojrzała na niego, jakby chciała go zjeść.

Normalnie bym tak nie powiedziała, ale wiedziałam, że siostra byłaby ze mnie dumna za ten tekst i powiedziała "piąteczka, stara". Nienawidziła takich śmieszków.

#3kI6b

Moja mama jest bardzo wierzącą osobą - dla wszystkich dobra, wyrozumiała, przebaczająca. Od zawsze uczyła mnie pokory, ale według mnie robiła to źle, na tyle, że nie umiem sobie z tym poradzić.

Gdy byłam dzieckiem, to jeśli gdzieś rozdawali cukierki, zawsze zatrzymywała mnie żebym nie biegła pierwsza, koniec końców szlam ostatnia i niestety nic już dla mnie nie zostawało. Nigdy też nie chciała mi wierzyć. Mieszkaliśmy na wsi. Jeśli na mój temat poszła jakaś plotka, a to nie było prawdą, nigdy nie chciała uwierzyć mi, że to nieprawda, stawała zawsze za wszystkimi babkami plotkarami spod kościoła. Później, gdy byłam starsza, miałam chłopaka jednego, drugiego, i gdy się rozstawaliśmy, obwiniała mnie, że to na pewno moja wina, że powinnam przepraszać, błagać o litość, bo tak się robi.

Jakiś czas temu, gdy byłam w ciąży, mój partner oznajmił mi, że on jednak nie chce już ze mną być i wyszedł sobotnim wieczorem i nie wrócił na noc. Akurat tak się złożyło, że dzwoniła do mnie mama zapytać co słychać i opowiedziałam jej, jak mój luby się zachował. No i jak zwykle się zaczęło... Powiedziała, że mam natychmiast do niego zadzwonić albo go szukać, przeprosić i poprosić, żeby wrócił do domu. Powiedziała jeszcze, że nie powinnam go denerwować i to wszystko na pewno moja wina, że odszedł.

Pamiętajcie, żeby wspierać swoje dzieci. Nie uczcie ich pokory, tak jak moja mama chciała nauczyć jej mnie. Pokory człowiek uczy się sam, bo życie  samo uczy pokory. Mam do niej wielki żal o to, że kazała mi przepraszać osoby, które mnie krzywdziły.

#I1gD5

Kiedy miałam 12 lat, były duże opady i stan wód w jeziorach się podniósł.
Byłam wtedy na wakacjach u babci i chodziłam sama z bratem na plażę. Tam chłopaki skakali z pomostu na dwie strony - wewnętrzną, której w określonych godzinach pilnował ratownik i tę otwartą na jezioro, gdzie nikt nic nie pilnował. Tamtego lata chciałam nauczyć się skakać.

Początkowo wszystko szło dobrze, ale ja nie lubiłam jak chłopcy mnie pchali i popychali w kolejce do skoku. Ktoś pokazał mi, jak się skacze na główkę. Pomyślałam sobie, że co będę skakać tam, gdzie wszyscy, skoczę sobie w innym miejscu. Wzięłam rozbieg i skoczyłam na główkę. Tuż przed wpadnięciem do wody usłyszałam takie męskie "stój!!!". Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam do kogo to było skierowane. Wygięłam się spadając i zamiast na główkę spadłam na brzuch, na "dechę". Poczułam bardzo silne uderzenie w mostek. Straciłam całe powietrze z płuc. Potem już tylko spadałam. Ból był tak wielki, że nie byłam w stanie oddychać, a nawet się ruszyć. Powoli zatapiałam się pod wodą, czując przerażający lęk i pewność, że umrę. Woda była ciemna, wszędzie były wodorosty. Albo straciłam przytomność, albo byłam tak odrętwiała, że nic dalej nie pamiętam.

Kolejne co pamiętam, to jak leżałam na pomoście i ludzie pytali mnie, czy wszystko dobrze, a ja kaszlałam wodą i z każdym oddechem bardzo bolały mnie płuca i mostek.
Miałam na klatce (byłam wtedy jeszcze płaska jak decha) takie białe miejsce wielkości 5x5 cm, w którym była zdarta skóra.

Nie wiem, kto wtedy krzyczał. Z wody wyciągnął mnie jakiś mężczyzna, który pływał po drugiej stronie pomostu i zauważył, że skoczyłam, ale nie wypłynęłam.
To było jeszcze w latach 90. XX wieku. Komórki nie były powszechne. Obcy ludzie zawinęli mnie w koc i mówili, że zawiozą do szpitala, ale ani ja, ani mój brat nie chcieliśmy jechać, bojąc się reakcji rodziców. Siedzieliśmy na plaży tak długo, aż doszłam do siebie. W kolejnych dniach na klatce piersiowej zrobił mi się olbrzymi krwiak, który bolał kilka tygodni. Nie mogłam mocniej oddychać, unosić rąk, kilka miesięcy miałam problem, by np. zrobić pompkę.
Nigdy potem nie odważyłam się skakać do wody.

Lubię myśleć, że tamtego dnia krzyknął mój "anioł stróż" - może był nim ktoś przypadkowy, kto krzyczał coś do swojego dziecka? Ważne, że na mnie podziałało.
Potem się okazało, że podniesiony poziom wody uniósł do góry molo i stare belki odłączyły się od konstrukcji. Kilka tygodni potem molo zamknięto.
Myślę sobie czasem, że gdyby nie ten czyjś krzyk, nadziałabym się głową o belkę i złamała kręgosłup szyjny.

Wyznanie piszę, bo kilka dni temu miałam stłuczkę w aucie i zrobili mi rtg klatki, by sprawdzić, czy nie mam pękniętych żeber. Okazało się, że na mostku mam starą bliznę. Ortopeda pytał, kiedy było pęknięcie.

#I3EQp

W mojej rodzinie nie ma osób z nadwagą, każdy w jakimś stopniu dba o swoją sylwetkę. Sama też zaraziłam się od nich miłością do sportu i prowadzę aktywny tryb życia. Często na rodzinnych spotkaniach słyszałam masę kompletów na temat mojego wyglądu i to, że na pewno znajdę przystojnego kawalera.
Miałam już dwóch chłopaków, którymi moi rodzice niesamowicie się zachwycali, bo mieli równie "dobrą aparycję". Kiedy pierwszy mnie zdradził, mama namawiała mnie, żebym mu wybaczyła, "bo to taki ładny chłopak". Drugi mi groził i kilka razy poszarpał, zerwałam z nim. Jak zareagowała moja mama i babcia? "Widocznie sobie zasłużyłaś, a to był taki ładny chłopak".

Po dłuższej przerwie od związków w końcu zakochałam się w facecie, który naprawdę jest dobry, kochający i inteligentny. Czuję, że to jest w końcu to, na co tak długo czekałam. Niestety mój facet ma dość sporą nadwagę. Mi to nie przeszkadza, poza tym P. zaczął o siebie dbać, dużo ćwiczy i przeszedł na dietę (dla własnego zdrowia i lepszego samopoczucia), i ja naprawdę w niego wierzę. Trzeba mu dać trochę czasu i będzie w świetnej formie.

Moja rodzina tego nie rozumie. Kiedy przyjechał poznać moich rodziców, mój ojciec ciągle się z niego naśmiewał, a moja mama patrzyła na niego z obrzydzeniem. Było mi strasznie wstyd i szybko wyszliśmy. P. ma dystans do siebie, więc się z tego śmiał, ale wiem, że w głębi było mu przykro. Poznał też moich dziadków. Kiedy dowiedzieli się, że jest na diecie, mój dziadek parsknął śmiechem twierdząc, że nigdy nie uda mu się schudnąć.

W końcu czuję się przy kimś szczęśliwa, a moja rodzina nie chce tego zaakceptować. Nie wiem już co mam robić.

#DkRin

Miałem może szesnaście lat (a to znaczy, że minęły już ze cztery dekady).

Lato, gorąco jak w piecu, ojciec w pewnym momencie wstaje z trawy i oświadcza, że idzie się przejść po wsi. Pół godziny później wraca z "wujkiem" i wołają mnie, że trzeba by pustaka przerzucić wujkowi poza teren.
Co prawda wujek żadnego pustaka na terenie nie ma, ale co tam, polazłem.

Idziemy, ale skręcamy pod las, a tam już w przepływającej rzeczce chłodzi się wódka.
No to co tam, przecież trochę napić się można. Wujek wlał w siebie ze trzy butelki i padł, ojciec jakąś jedną, ale dobrze się trzymał, a ja tylko uszczknąłem, ale pamiętam, zrobiło mi się wesoło. Potem z ojcem wujka zostawiliśmy (w cieniu, żeby nie było) i zaczęliśmy wracać. Przechodzimy obok domu innych "wujków", a ci już wołają do nas przez okno. A przecież odmówić nie wypada...

Stamtąd wyszliśmy już uchachani całkowicie. Mi się dwoiło i troiło w oczach, a ojciec aż pogubił buty. W pewnym momencie zaczepił nas jeszcze inny "wujek" i ojciec poszedł z nim, a ja stwierdziłem, że mi wystarczy. Byłem już prawie że pod domem, kiedy zawołała mnie "ciotka" z naprzeciwka, żeby jej drabinę przenieść. A była to drabina taka stara, ciężka i całkowicie metalowa. Oczywiście damie w potrzebie odmówić nie wypada. Tak samo jak nie wypada potem odmówić domowej naleweczki ofiarowanej w podzięce.
Tak więc od ciotki wylazłem już prawie że na czworaka.

Potem film na chwilę się urwał, a następnie byłem już pod jedynym we wsi sklepem i piłem ze swoim kolegą (rówieśnik, jeden z niewielu we wsi) oraz bratem jego ojca.
Ogólnie, z tego co mi wiadomo, odstawili mnie potem pod samą furtkę. Co nie znaczy, że trafiłem do domu, bo nie, nie trafiłem.

Nie wiem co sobie ubzdurałem, ale doczołgałem się z powrotem do lasku i razem z wujkiem, który już nieco się "ostudził", stwierdziliśmy, że pójdziemy na ryby, co skończyło się na tym, że piliśmy wstrętne, ciepłe piwo u niego w szopie.

Potem okazało się, że ojciec mnie po całej wsi szuka i mieliśmy wrócić o domu, ale on stwierdził, że jak nas matula zobaczy, to nam nogi z dup powyrywa (wtedy wydawało się to być dość realną groźbą), więc poszliśmy na stary tartak i tam wykończyliśmy we dwóch jeszcze jedną butelkę już sam nawet nie wiem czego. Potem zasnęliśmy, ja pod stołem, on na wpół siedząc przy ścianie.

Do domu wróciłem dopiero następnego dnia i to wciąż w stanie ubzdryngolenia, po czym walnąłem się na łóżko i przespałem kolejną dobę.

To był ostatni raz, jak piłem cokolwiek z procentami w całym swoim życiu.

A piszę tu o tym, ponieważ ostatnia osoba, która znała tę historię, zmarła dwa dni temu. Synowi tego nie opowiem, bo od dzieciaka był przeciwnikiem jakiegokolwiek picia, a wnuczce nie dość, że nie wypada, to jest jeszcze za mała, by cokolwiek zrozumieć.

Pozdrawiam.
Dodaj anonimowe wyznanie