Jestem między młotem i kowadłem.
Z pierwszym mężem wpadliśmy tuż po maturze, urodziła się Iga. Nie byliśmy dobraną parą i rozwiedliśmy się kiedy mała miała cztery lata. Kiedy poszła do pierwszej klasy, poślubiłam mojego obecnego męża. Jej ojciec wyjechał do Norwegii, ale bardzo interesował się Igą, odwiedzał ją kiedy tylko mógł, zabierał do siebie.
Mój mąż jest dość zasadniczą i surową osobą, od początku nie bardzo dogadywał się z Igą. Jeszcze gorzej było kiedy dwa lata po ślubie urodziłam synka. Iga zakochała się w Tomku, braciszek był jej oczkiem w głowie. Mąż był chyba o to zazdrosny. Rozmowy o tym kończyły się kłótnią. Poza tym teść poważnie zachorował, więc zamieszkaliśmy u nich. Teściowa kręciła nosem na Igę, ale na szczęście tylko się mijały. W dodatku musiała zmienić szkołę, w której miała mnóstwo przyjaciół, widywała się z nimi tylko podczas wizyt u mojej rodziny. Poza tym źle się czuła w nowej szkole, to była wieś, wszyscy się znali i wiedzieli, że mój mąż nie jest ojcem Igi. Dokuczano jej przez to, a córka nie znosiła tego potulnie. Kiedy rozmawiałam o tym z wychowawczynią, nie traktowała sprawy poważnie, było wręcz gorzej. W domu też było ciężko.
Wtedy mój były wpadł na pomysł, żeby Iga zamieszkała u niego, przynajmniej na czas choroby teścia. Mała bardzo chciała więc się zgodziłam. Kiedy się dało przyjeżdżali do Polski.
Po trzech latach z mężem i synem zamieszkałam w mieście więc chciałam odzyskać córkę. Absolutnie nie chciała kolejnych zmian, została z ojcem w Oslo.
Mimo to mieliśmy kontakt, zwłaszcza mój syn jest z Igą blisko.
Córka ma już 27 lat, narzeczonego i córkę.
W ostatnie wakacje były okrągłe urodziny mojego ojca, urządził przyjęcie. Iga przyjechała z Peterem i Elise. Zaprosiłam ich do nas. Mój mąż pojechał do kolegi. Na przyjęciu udawał, że ich nie widzi. Posprzeczaliśmy się. Córka zaprosiła nas na kilka tygodni do siebie. Po jednym spojrzeniu męża wiedziałam, że nie ma mowy. Syn bardzo prosił więc się zgodziłam, mimo tego, że mąż nie odzywał się do nas kilka dni. Bardzo chciałam jechać, ale wiem, że to byłby koniec mojego małżeństwa. Mąż krzywo patrzy na nasze kontakty z Igą, boi się, że syn wyjedzie do siostry, zwłaszcza, że zaprzyjaźnił się z Peterem. Z wakacji wrócił zachwycony, mąż był na niego obrażony. Rozmowy na ten temat kończą się awanturą.
Kocham i męża i córkę. Chciałabym, żeby chociaż nie obrażał się o kontakty z Igą. Córka jest uprzejma, ale kiedy on ignoruje zwykłe dzień dobry z jej strony, też traktuje go jak powietrze. Nie chcę wybierać, ale kiedy tylko mam zobaczyć córkę i wnuczkę, mąż zachowuje się jakbym popełniała przestępstwo.
Często oglądam z nudów krótkie scenki z serialu "Szkoła", głównie dlatego, żeby pośmiać się z aktorstwa lub komentarzy pod filmikami. Ostatnio nawinął mi się fragment z odcinka, gdzie jakaś dziewczyna miała problem z dużym biustem. Już abstrahując od tego, że aktorka normalnie wyglądała, to dużo komentarzy było na ten temat, że duży biust to nie problem i czy już twórcy serialu nie mają lepszych pomysłów. Może i rzeczywiście, nie jest to jakiś super ciekawy odcinek, ale taki problem ogólnie istnieje.
Sama mam większy biust niż bym chciała i to jest naprawdę uciążliwe. Muszę nosić cały czas sportowy stanik, żeby jakoś to wyglądało, ale również dla komfortu. W tradycyjnym staniku jak chodzę normalnie (nie wspominając o bieganiu), to biust mi strasznie podskakuje, a to strasznie boli (nawet jak leżę na brzuchu) . Mam straszne rozstępy, a do tego często boli mnie kręgosłup od takiego gabarytu.
I najbardziej rozwalają mnie komentarze chłopaków, którzy się wypowiadają, że to nie problem, a nie mają pojęcia jak to jest. Na starość to pewnie moje piersi będą zwisać, a pomiędzy nimi będzie pępek... Od jakiegoś czasu ćwiczę klatkę piersiową i mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się trochę zrzucić z biustu.
W mojej rodzinie od kiedy pamiętam była przemoc słowna. Już jakoś dziecko byłam wyzywana od głupich, nierozumnych. Mam oboje rodziców, ale bliższy kontakt (tzn. taki, że się nie zabijamy co 5 minut) nawiązałam z ojcem w wieku 20 lat, kiedy poznałam mojego obecnego chłopaka.
Niestety, to co przeżyło się w dzieciństwie pozostaje w nas na zawsze.
Nie wiem, czy można to tak nazwać, ale chyba to jakiś rodzaj nerwicy, nie wiem, bo nigdy nigdzie się z tym nie zgłosiłam.
Ciągle mam wrażenie, że dzwoni mi telefon. Ciągle mam go przy sobie, ciągle sprawdzam, bo boję się, że zadzwonią do mnie rodzice i będą krzyczeć, że nie odbieram telefonu. Wzięło się to z tego, że bardzo często tak się działo i potem w domu była kłótnia. Teraz często mam wrażenie, że on gdzieś wibruje w torebce, w kieszeni, na stole, i biegnę, żeby zdążyć go odebrać, a odbierając modlę się, żeby to nie był żaden krzyk ani pretensje.
Rodzice o tym nie wiedzą, żyją i uważają nas za dobrą rodzinę, co też mnie dziwi swoją drogą, po reszcie ekscesów, jakie w niej były.
Nie wie o tym nikt, a ja mam wrażenie, że zwariowałam.
Siedzę spokojnie w domu, nagle dzwoni domofon.
Odbieram i jakaś pani mi mówi „czy czasem pani czegoś nie zgubiła?”. Ja odpowiadam, że nie sądzę, ona mówi „proszę zejść na dół, coś pani pokażę”.
Schodzę na dół - stoi starsze małżeństwo, pan trzyma w ręku mój portfel. Zgubiłam portfel i nawet o tym nie wiedziałam! Pytam się tego pana skąd go ma, on mówi, że znalazł go w tramwaju. Nie wiem skąd ten portfel się znalazł w tramwaju, skoro ja jeżdżę samochodem. W każdym razie wszystkie dokumenty zachowane i nawet karta płatnicza, z konta nic nie ubyło, jedyne co ubyło, to tylko 20 zł z portfela.
Nie wiem jak mam tym ludziom dziękować, gdyby nie recepta w portfelu, nie znaleźliby mojego adresu.
Oby więcej takich ludzi jak oni!
Moja była współlokatorka po dwóch latach bezproblemowego wspólnego mieszkania, na sam koniec w czasie swojej wyprowadzki mnie okradła, ja byłam wtedy w pracy i naprawdę nie spodziewałam się, że to zrobi. Dwa lata mieszkałyśmy razem i nigdy wcześniej tego nie zrobiła. Część rzeczy udało mi się odzyskać, bo na skradzionym tablecie miałam zainstalowany program do namierzania sprzętu. Część zabrał jej znajomy, który pomagał jej w przeprowadzce i ona nie wie, gdzie on mieszka.
Sprawa oczywiście na policji, ale nikt się tym nie zajął.
To było rok temu. Dziś bezczelna napisała do mnie, czy uszyłabym jej maseczki, bo jej nie stać na zakup. Tak po prostu, jakby nigdy nic się nie stało....
Odmówiłam. Była bardzo zdziwiona tym faktem, bo przecież uszyłam maseczki dla paru naszych wspólnych znajomych, to co za problem...
W dzieciństwie rodzice nie kupowali mi "zbędnych rzeczy" typu chipsy, lalki Barbie i inne rzeczy lubiane przez dzieci. W ogóle oszczędzali na czym się dało, żeby całą kasę władować w dom i podwórko, bo co ludzie powiedzą. Mieliśmy najładniejszy dom i podwórko we wsi, ludzie myśleli, że nam się powodzi.
Pamiętam, jak raz uzbierałam złotych coś tam nie wiem skąd (może znalazłam, bo pieniędzy też nie dostawałam od rodziców) i spytałam siostry, czy starczy mi na kinder niespodziankę. Siostra mi dorzuciła (ukradła kasę mamie) i kupiła to jajko, ale mimo że 20 lat minęło, nadal jest mi przykro, że to było moje może nawet jedyne jajko niespodzianka w dzieciństwie (poza tymi z paczki na święta w szkole raz do roku). Teraz będąc dorosła kupuję nałogowo te jajka, a każdą zabawkę chowam do pudełka mając satysfakcję, że rodzice by mnie za to skrytykowali, a robię im na złość.
Wiecie albo nie, ale wojsko też angażuje się w walkę z nowym wirusem, w wojsku są też osoby po ratownictwie, a ja jestem jedną z nich i przypadł mi ''zaszczyt'' przewożenia ludzi z tą chorobą do szpitala. Nie jest to coś, co pozwala być w pracy wyluzowanym, bo jak większość ludzi mam rodzinę, ale stres i strach (tak, moi drodzy, każdy człowiek w takiej sytuacji się boi) zostawiam przed domem. Moja dziewczyna jest teraz na L4 przez problemy zdrowotne, dziecko w domu, bo e-lekcje. Nie będę się rozpisywał o brakach sprzętu, bo mundurówka go ma, o ludziach i ich podejściu też nie. Problem jest inny.
Wracam do domu i słyszę od progu ilu mamy chorych, ilu umarło itd. Ja rozumiem, że moja kobieta się obawia o siebie, o dziecko i o mnie, ale czy tak ciężko jest zrozumieć, że skoro ten temat ciągle przewija się w mojej pracy, to nie mam ochoty o tym słuchać w domu? Szlag mnie trafia, bo wracam padnięty i chcę jej i dziecku poświęcić czas, mimo że jedyne o czym myślę, to żeby się wyspać, chcę obejrzeć kretyński serial czy ułożyć puzzle, ale nie słuchać o tym! Jakiekolwiek zwrócenie uwagi oznacza rzecz jasna obrazę majestatu i focha, bo nie chcę jej słuchać i w ogóle to najlepiej jak ona się przestanie odzywać.
Uwierzcie, że kiedy pracuje się przy tej chorobie, to ciągłe słuchanie o tym, że znowu ileś osób zachorowało nie pomaga, tylko dołuje. Dlatego mały apel ode mnie: jeśli znasz kogoś, kto jest w tym gównie po uszy, nie poruszaj tego tematu w jego czasie wolnym. My nie chcemy, żebyście uznali nas za bohaterów, bo pomoc ludziom jest wpisana w nasze zawody, bez znaczenia, czy jesteś policjantem, ratownikiem czy żołnierzem, my chcemy tylko na chwilę o tym nie myśleć, bo tak jak wszyscy jesteśmy ludźmi, ludźmi, którzy mogą się załamać.
Wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja w dzisiejszym świecie. Chodzę do liceum i muszę grzecznie przesyłać prace domowe.
Jako że siedzę cały czas w domu, stwierdziłam, że wezmę się za siebie i zaczynam ćwiczyć - na pierwszy ogień wiadomo, tyłeczek... A więc cykam sobie kilka zdjęć mojej puszystej pupci, żeby potem zrobić popularny efekt PO.
Potem odrabiam pracę domową z matmy, męczę się przy tym niemiłosiernie. Okej, dałam radę - wysyłam.
Budzę się rano, wchodzę na maila, a tam wiadomość od mojego profesora matematyki „Witam, dziękuję za przesłanie połowy zadań, niestety drugą połowę też musisz przesłać, goły tyłek nie zadziała”.
Tak, wysłałam jedno zdjęcie pracy domowej, a drugie mojej zadka. Pomocy, nie wiem jak ja wrócę do szkoły :D
Piszę to na anonimowych, choć wiem, że nie jest to najlepsze wyjście z sytuacji, ale muszę to po prostu wyznać... komentujcie licznie.
Nie daję rady. Od ponad 5 lat borykam się z anoreksją bulimiczną, obecnie jestem w stanie zagrożenia życia, moje BMI wynosi niecałe 12. Od razu uprzedzę wszelkie porady typu: TERAPIA! Spędziłam na niej ostatnie 3 lata - różni psycholodzy w różnych klinikach, psychiatra, który przepisywał antydepresanty, a nawet pobyt w szpitalu psychiatrycznym - nic to nie dało, problem jak był, tak jest, a wręcz wydaje mi się, że z każdą taką "zmianą" się zaostrzał. Relacje w rodzinie też mam dobre, wspierający i kochający rodzice, z którymi otwarcie rozmawiam o chorobie. Zrobili wszystko, ciągali po lekarzach, już nie wiedzą co robić.
Ja jestem tym po prostu zmęczona. Nie mam na nic siły, brak pasji, zainteresowań, nie mam znajomych, całe moje życie kręci się wokół kalorii. Gdy chodziłam do szkoły, to udawało mi się od tego odciągnąć, skupiałam się na nauce i sprawdzianach. Teraz, gdy jest zdalne nauczanie (wszyscy wiemy jak to wygląda, tak, ja też nie mam żadnych lekcji) jest masakrycznie. Od ostatniej wizyty u lekarza schudłam 10 kg, nie jestem w stanie nic zjeść. Nie mogę się na niczym skupić, całą dobę odczuwam niepokój i nieuzasadniony stres, nie mam siły wstać z miejsca i nie mogę spokojnie przespać nawet jednej nocy. Z drugiej strony mam świadomość problemu, czuję nieregularne bicie serca, wypadły mi włosy, bolą mnie mięśnie, mam wiecznie przekrwione oczy i opuchnięte ciało. Widzę w lustrze osobę chorą, która wygląda przerażająco i groteskowo, gdy się uśmiecha... a jednak nie potrafię nic z tym zrobić. Nawet gdy próbuję zrobić sobie "fit zdrowy obiad", czyli w moim przypadku sałatę z marchewką i pomidorem, i mówię sobie: "Nie ma opcji, że od tego przytyjesz, a jak nie zjesz, to umrzesz!", to i tak kończy się zwróceniem pokarmu w toalecie. Samo uczucie jedzenia w żołądku obniża mój nastrój, sprawia, że czuję się winna, tłusta.
Chciałabym znowu spotykać się z ludźmi, naprawdę się uśmiechać, nie kłaść się spać z obawą, że mogę się już nie obudzić, bo w nocy stanie mi serce. Chciałabym korzystać z życia na nowo, a tymczasem liczę kalorie z espresso... Brak we mnie jakiejkolwiek motywacji i siły do nauki. Próbowałam wszystkiego, szukałam porad w internecie, czytałam co mi grozi, przeglądałam wywiady z tymi, którym udało się pokonać chorobę, mimo wszystko wciąż tkwię w martwym punkcie. Wiem, że wzrost wagi to nie wszystko, cały problem tkwi w głowie, ale ja jestem w takim dołku, że najpierw muszę zrobić wszystko, by mój organizm miał w ogóle paliwo, by działać. Nie wiem kiedy wyzdrowieję, nie wiem w ogóle CZY wyzdrowieję...
Jestem w związku z kobietą, której nie kocham.
Dlaczego?
Bo nikogo lepszego nie znajdę. Ona - zakochana na zabój, cokolwiek zrobię jest super, cud, miód i orzeszki. Nawet jak się zachowam nie tak, to bierze moją stronę.
Nie zdradzam jej ani nic z tych rzeczy, jestem typem samotnika. Wolę siedzieć sam i się izolować, z dala od ludzi i na łonie natury.
Myślałem, że to zauroczenie, ale utrzymuje się już z 2 lata, więc raczej nie. Kiedy dawałem jej pierścionek zaręczynowy to posikała się (dosłownie) i popłakała z radości, a potem przepraszała przez 3 miesiące.
Na dodatek jej ojciec ma firmę, która zarabia miliony i jest chory, a to właśnie jej chce oddać interes by się leczyć. Więc za jednym zamachem mam kobietę i utrzymanie.
Czasem dopadają mnie wyrzuty sumienia, ale wtedy dochodzi do mnie - jak nie ja to ktoś inny znajdzie frajerkę, a tak? A tak korzyść mam ja.
Co odróżnia to wyznanie?
Po cichu liczę na to, że przez jej niebezpieczne hobby (wyczynowa jazda terenowa) szybko skręci kark i zostanę sam, będę wreszcie wolny od tego udawania i z biznesem, w którego zrobienie nie dołożyłem ni grosza, a który jest dojną krową.
Dodaj anonimowe wyznanie