#7PN3m

Mój tata w młodości handlował różnymi przedmiotami i produktami (jedzenie, jakieś tam rzeczy z innych państw itp.).

Pewnego dnia dostał propozycję od firmy produkującej rogaliki z czekoladą. Wszystko super, mój tata (typowy wodzirej) bez problemu sobie z nimi rozmawia.
Nagle pada ostatnie pytanie.
- Co pan sądzi o naszym produkcie?
Na co mój tata już na "luzie", w 100% pewny, że dostanie te robotę, mówi:
- No fajny, fajne te rogaliki są, no ale strasznie oszukujecie te dzieci, bo pchacie tej czekolady tyle co kot napłakał.

Pracy w rezultacie nie dostał.

#6WX9n

W ubikacji mam szafkę, która czasem się mocno zatrzaskuje i jest problem z jej otworzeniem, ale już dawno temu znalazłem na to sposób i otwieram ją... widelcem. Jak szukałem czegoś, czego można by użyć do otworzenia zatrzaśniętych drzwiczek, to akurat w ręce wpadł mi widelec, a wiadomo jak to jest, skoro coś działa...

Ostatnio straciłem robotę, wiadomo jaka jest sytuacja, niezbyt ciekawe perspektywy, na szczęście mam oszczędności, żona pracuje, a i na pomoc rodziców mogę liczyć. Kumpel z byłej już pracy miał wpaść i mi przywieźć jakieś papiery i tak się złożyło, że przyjechał, jak ja akurat kombinowałem z otworzeniem szafki, bo żona coś z niej chciała. Słysząc pukanie, żona wpuściła kumpla do środka, ten wszedł, a ja po chwili wyszedłem z toalety z widelcem w ręku...

Nie wiem, co sobie w pierwszej chwili pomyślał, ale jego przerażonej i pełnej obrzydzenia miny nie zapomnę do końca życia :D

#ZOJSu

Historia o ludzkiej bezczelności w czasie epidemii.

Niedawno otrzymałam po cioci niewielkie mieszkanie. Sama jestem studentką (II stopień), ale tak się złożyło, że mieszkam z chłopakiem w jego mieszkaniu. Moje mieszkanie postanowiłam wynająć. Było zadbane, łazienka i kuchnia zostały odnowione kilka lat temu (jeszcze za życia cioci). W kuchni zmywarka, nowy sprzęt. Od siebie dodałam kilka ładnych dodatków, stary, drewniany stół i kredens po cioci trochę odświeżyłam, dodałam nowe kwiaty, wymieniłam telewizor.
Mieszkanie wynajęłam we wrześniu studentce, opłata za miesiąc to 1800 zł. Mieszkanie składa się z kuchni, łazienki, sypialni, nyży i pokoju dziennego z jadalnią, więc cena według mnie korzystna.

Studentka przeważnie przelewała pieniądze w terminie, kilka razy przyszłam do mieszkania po gotówkę i wtedy wszystko było OK, dziewczyna wydawała się porządna.
Na początku epidemii napisała do mnie spanikowana, że jest w trudnej sytuacji i prosi mnie o polubowne obniżenie czynszu, bo wróciła do domu - nie studiuje, nie pracuje i nie ma tylu pieniędzy. Zgodziłam się, bo nie mam wielkiego ciśnienia na pieniądze i chciałam pójść na rękę studentce. Umówiłyśmy się na kwotę 1000 zł za miesiąc (póki co za marzec i kwiecień - płatne na koniec miesiąca).

Podczas kwarantanny z chłopakiem uznaliśmy, że pomalujemy ściany u niego w mieszkaniu. Niestety drabina została w moim mieszkaniu, więc dzwoniłam trzy razy do dziewczyny z informacją, że przyjdę. Nie odebrała ani razu, więc niewiele myśląc poszłam do mojego mieszkania.

Otworzyłam drzwi i zbaraniałam. Widok opiszę mniej więcej tak: godzina 14, a w środku impreza życia. Parkiet przypominał popielniczkę. Na parkiecie i dywanie wylane klejące wina. Wybarwione ślady od wódki na stole i kredensie. Około 10 osób w mieszkaniu, cała przestrzeń zadymiona, smród marihuany. W kuchni sajgon, naczynia brudne w zlewie i na podłodze, kilka naczyń brudnych w koszu z przywartymi resztkami po jedzeniu. Na parapecie zepsute owoce, pomidory. Ubikacja zarzygana. Kotara nad wanną zerwana.
W łazience na podłodze leżał pijany Hindus.

Na początku nawet nikt nie zauważył, że weszłam. W takim byli stanie. Też imprezowałam, ale nie tak. Moje mieszkanie zostało zniszczone, a dziewczyna zaoszczędziła pieniądze. Kazałam jej zwrócić 1600 zł (różnica zniżki) i powiedziałam, że nie oddam kaucji. Dałam jej trzy dni na wyprowadzkę. Pokiwała głową, ja wyszłam.

Wczoraj znów przyjechałam, bo minęły trzy dni i chciałam rozliczyć się z nieszczęsną lokatorką. W mieszkaniu nadal syf, po dziewczynie ani śladu. Jej rzeczy zabrane, na telefonie zablokowała mnie i chłopaka, z innych numerów nie odbiera. Będziemy próbować ją znaleźć na Facebooku, Instagramie. Jesteśmy w kropce. Brak kontroli doprowadził do takich swawoli gówniarzy. Mało tego - ukradła głośniki i wieżę.

#SGI94

Za dzieciaka dużo pomagaliśmy rodzicom w pracach gospodarskich. Latem jednym z obowiązków było przygotowanie drzewa na zimę. Wiadomo, ojciec ciął i rąbał, a my woziliśmy taczkami do piwnicy i układaliśmy stosy pod ścianą przy piecu.

Któregoś dnia zabrałam się z bratem za wożenie wcześniej przygotowanej sterty. W pewnym momencie przyjechała do nas grupa przyjaciół, żeby wyciągnąć nas na boisko. Było nam przykro, ale musieliśmy odmówić wiedząc, że rodzice i tak nam nie pozwolą dopóki nie skończymy. Byłam pewna, że po prostu pójdą bez nas, ale oni odstawili rowery, chwycili za taczki i zaczęli ładować i wozić drzewo. Robotę, która zajęłaby nam pół dnia, wspólnie ogarnęliśmy w dwie godziny i pojechaliśmy na boisko.

I to są prawdziwi przyjaciele! Nigdy im tego nie zapomnę.

#SqRz8

Mam prawie 30 lat, od jakiegoś czasu leczę się na depresję. Przez kilka lat myślałam, że jestem leniwa i nieambitna, aż dziwne bóle, problemy z pamięcią i bezsenność skłoniły mnie do pierwszej w życiu wędrówki po lekarzach. Wszystkie wyniki idealne i po nitce do kłębka okazało się, że to po prostu depresja.
Czas epidemii jest dla mnie najlepszym, co mogło mnie spotkać. W końcu nikt nie oczekuje ode mnie rzeczy, których nie jestem w stanie wykonać. Nie muszę się z nikim spotykać, nigdzie być na czas, mieć makijażu i być przygotowaną. Gdy mam lepszy dzień, wykonuję podstawowe prace w domu, czytam książki i robię proste ćwiczenia (to był dla mnie duży krok). W gorsze dni zdarza mi się nie zrobić zupełnie nic, mam wtedy w głowie gonitwę myśli, której nie umiem nawet podsumować. Staram się codziennie myć zęby i brać prysznic. Żyję z oszczędności, wydając pieniądze tylko na naprawdę niezbędne produkty.
Boję się, że czas izolacji się lada dzień skończy i moje powolne próby przystosowania się do życia będę musiała zamienić na walkę z codziennością.

#d0CVB

Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny z katolickimi tradycjami, którą bez przerwy okłamuję w kwestiach wiary.

Rodzice są mocno zaangażowana w życie kościelne. W domu leci tylko Telewizja Trwam, książki tylko te wydawane przez wydawnictwa kościelne, poza tym kościół, nauka i obowiązki domowe. Chodziłam też do katolickich szkół i gazety typu Bravo były konfiskowane, miało się mało wiedzy o innym świecie. Był ostry kato reżim. Nie buntowałam się, bo w takim środowisku żyłam.

Wszystko zmieniło się, gdy wychowawczyni zaciągnęła mnie na chór oazy (takie zgromadzenia w kościołach, chodzi o spotykanie się wiernych i działalność na rzecz Kościoła). Był to chór głównie nastolatków i tam poznałam osoby, które jasne, były na próbach, zachowywały się wzorowo, a zaraz po nich szły się jakoś zabawić, wypić piwko, czyli robili to na pokaz, aby rodzice się odczepili. Wpadłam w taką paczkę i byłam nią zafascynowana. Uczyli mnie jak oszukiwać rodziców, żeby zdobyć trochę wolności. Przez to zapisałam się i na wolontariat, i szybko odbębniałam co miałam zrobić, a potem szliśmy się czegoś napić, potańczyć czy chociażby poleniuchować. Oczywiście starzy byli zachwyceni, nic nie podejrzewali. Znajomi z paczki mogli wpadać, bo byli z oazy. Rodzice ich aprobowali, lubili. Z jednym z nich, R, złapałam super kontakt, miałam wtedy 16 lat i hormony buzowały. R złożył oficjalne śluby czystości, wszystkim mówił, że czeka do ślubu. Nawet kiedyś opowiadał o tym dzieciakom na rekolekcjach. No to poszłam w jego ślady i rodzice brali to za pewnik. Często się z R spotykaliśmy i uczyliśmy razem, rodzicom się to podobało, bo mi pomagał, a miał świetne stopnie. Gdy kończyliśmy lekcje przed 16, to spotykaliśmy się u mnie i uprawialiśmy seks, gdy wracali rodzice, to zadowoleni siedzieliśmy już przy biurku i się uczyliśmy - zero podejrzeń. Raz nawet zabawialiśmy się w moim pokoju, gdy mama gotowała w kuchni. I tak przez całe LO. Ani moi, ani jego rodzice nic nie podejrzewali.
Gdy zdecydowaliśmy się wspólnie wynająć mieszkanie na studiach (i jeszcze z jednym kolegą z oazy), rodzice przyklasnęli, bo R się mną zaopiekuje...

Z jednej strony wiem, że moje zachowanie jest straszne, bo religia stała się dla nas niczym więcej niż tylko wymówką dla rodziców, kłamstwo to porządek dzienny. Jesteśmy na studiach już dwa lata, a w tym czasie ani razu nie poszliśmy do kościoła w nowym mieście. Zbrzydło nam to wszystko. Obecnie jesteśmy parą, rodziny są zachwycone, bo śluby czystości, czekamy, dajemy przykład... Nie rusza nas ogrom kłamstw - radzimy sobie jak możemy. Niestety spotkania z rodzicami są dla nas męczące, panuje w ich domach taka duchota religijna... Dlatego pracujemy dorywczo, aby nie jeździć do nich za często. Lubimy nasze życie bez kato nadzoru, ale jednak nie chcemy stracić z nimi kontaktu, więc kłamiemy dalej.

#tkENi

Zrobiłam rzecz, której wstydzę się do tej pory.

Jakiś czas temu poszłam na kluby z moim kolegą (typowy Seba). I tak sobie chodziliśmy po klubach i w jednym klubie na palarni wiadomo, wszyscy pijani rozmawiają. Zagadała do nas grupka pijanych nastolatków (takich około 17-18 lat, my starsi, 22), że będzie śmiesznie, jak pójdziemy do nich na imprezę. Okazało się, że jedna z dziewczyn stamtąd miała wolną chatę, to poszliśmy. Oni nas namówili, zamówili 2 ubery. Takie pijane banany.

Na miejscu okazało się, że tam chata wystrzelona w kosmos, rodziców dziewczyny nie ma. Obaliliśmy whisky, spalili co mieli i po chwili dzieciaki poszły spać, ten mój kolega Sebek też gdzieś kimnął na kanapie w salonie. I wtedy ja zrobiłam... najgorszą rzecz w życiu. Nie wiem, kim byłam i co mnie do tego pchnęło, ale na szafce leżała stówa i ją wzięłam, obok leżały fajki, je też wzięłam. I wzięłam z portfela jakieś 20, 50 zł itp. i z kuchni jeszcze jedne fajki i colę wzięłam. Jak zwykła złodziejka. Nie wiem, co mi strzeliło do tego głupiego łba. Jak to zrobiłam, to obudziłam kolegę i wróciliśmy do mnie na chatę, ale nawet mu się nie przyznałam...
Tak mi wstyd, masakra! Masakra po prostu. Napisałam to tutaj, bo wiem, że zrobiłam źle i muszę to komuś powiedzieć.

#OgeLi

Może to i będzie żal post, ale może komuś da do myślenia.

Od ponad miesiąca jest kwarantanna, rząd wprowadził wiele zakazów, kazał nam siedzieć w domu itp. Niewiele jednak osób wie, że przez wirusa wprowadzono zakaz porodów rodzinnych... Dla nas - kobiet w ciąży - jest to cios prosto w serce. Wiem, że dawniej kobiety rodziły same i było to na porządku dziennym, ale dawniej było wiele rzeczy dozwolonych, które teraz są zakazane prawnie. Wiele osób twierdzi, że jest to dla naszego i personelu dobra - co jest kompletną bzdurą. Jeśli mieszkam z mężem, który miał być przy mnie podczas porodu, to jest niemal pewne, że albo oboje mamy wirusa, albo żadne z nas go nie ma. Personel też pracuje na zmiany, więc może się zarazić wszędzie. Już teraz na wielu forach jest informacja, że brakuje lekarzy i pielęgniarek do pracy - z położnymi jest to samo. Podczas wielu porodów kobiety muszą radzić sobie same... już nie wspomnę, że nie każda położna jest aniołem. WHO zaleca, żeby porody rodzinne normalnie się odbywały i w reszcie krajów odbywają się normalnie. Fundacja na rzecz kobiet w ciąży wystosowała pismo do ministerstwa zdrowia, po drodze Rzecznik Praw Obywatelskich też napisał osobne pismo, że nie ma przeszkód, żeby porody rodzinne się odbywały. Ich zdanie niestety jest g... warte, jak widać, bo dalej jest odmowa.

Nikt nie liczy się z tym, że większość kobiet w tej chwili jest tym wykończona psychicznie. Nikt nie liczy się z tym, że nie mamy dostępu do lekarza, badań i wizyt, bo większość przychodni jest albo zamknięta, albo przyjmuje tylko pilne przypadki.

Wiecie czemu wam to piszę? Bo nic tak mnie nie wkurwia jak gównoburza w tv i internecie na temat ustawy o aborcji. Nie zrozumcie mnie źle, sama się podpisałam pod petycją przeciwko wejściu ustawy w życie. Wkurza mnie to, że jak chodzi o aborcję, to nagle wszystkie kobiety potrafią się skrzyknąć, wystawiać na profilu na fejsie grafiki itp. Ale jak my złożyłyśmy petycje i próbowałyśmy nagłośnić, że są nasze prawa jako kobiet łamane, to był zerowy odzew. Nawet wśród znajomych, jak wysłałam petycję, to podpisały się może trzy osoby, natomiast na insta i fejsie o aborcji większość wrzuca relację i zmienia profile. Mogłabym tak pisać i pisać, ale i tak większość ma to w dupie, tak jak do tej pory było.

Tekst jest lekko chaotyczny, ale dla kobiet w ciąży będzie za pewne zrozumiały. Nie jesteście same, bądźcie silne!

#OBDPu

Dla wyjaśnienia - hobbystycznie zajmuję się elektroniką i informatyką. Kupuję, sprzedaję, naprawiam i tak dalej. Czasami coś się znajdzie na śmietniku, czasami okazyjnie kupi. Jednak przeraża mnie ludzka głupota. Mianowicie ludzie sprzedają / wyrzucają komputery, telefony itd. bez wcześniejszego usunięcia danych.
Ile razy wpadał mi w ręce komputer z dyskiem pełnym rzeczy, które powinny być usunięte? Multum.
A co ciekawego można znaleźć? Ano dokumenty, zdjęcia, nagrania, zalogowane konta mailowe, bankowe, wszelkiego rodzaju portale społecznościowe. Hitem są skany dowodów osobistych i kart kredytowych. Z pewnością istnieją ludzie, którzy za takie dane by ładne zapłacili.
Hasło w Windowsie? Wystarczy pendrive i 5 do 10 minut i hasła nie ma. Hasło na starszym telefonie? Moment.

A wystarczy wyjąć dysk, wystarczy telefon przywrócić do ustawień fabrycznych.

Od razu uprzedzam, że danych osobowych pozbywam się w bezpieczny sposób, ponieważ nigdy nie wiadomo, w czyje ręce mogą one trafić.
Dodaj anonimowe wyznanie