Jestem delikatną, filigranową, szczupłą blondynką, sądzę, że nie jestem brzydka, zawsze miałam ogromne powodzenie.
Faceci się mnie bali, mówili "nie zasługuję na taką jak ty" albo byli tak koszmarnie zazdrośni, że nie mogłam sama do sklepu wyjść, bo na bank ktoś mnie wyrwie...
W wieku 24 lat poznałam w kawiarni Kubę - starszy ode mnie, zadbany, mega fajny facet. Poszłam z nim na drinka, potem na kolację, na randkę... Nie zakochałam się, ale przez trzy lata byłam jego maskotką, przyjaciółką, nazwijcie to jak chcecie. Nie żałuję niczego - zwiedziłam kilka fajnych miejsc, skończyłam studia, żyłam w luksusie z facetem, którego lubiłam i nadal lubię, było mi z nim dobrze, doprowadzał mnie do rozkoszy.
Na jednej z imprez poznałam mojego obecnego męża, a Kuba rozumiał, że się zakochałam. Mój mąż wie, że byłam przyjaciółką, dodatkiem, kokotą, nie ma mi za złe. Poznałam go dzięki Kubie, dla jednych to pewnie chore, a ja uważam, że mam w życiu ogromne szczęście!
Nigdy nie miałem szczęścia w życiu i miłości. Można powiedzieć, że zawsze miałem pod górkę. W wieku 23 lat poznałem najcudowniejszą dziewczynę pod słońcem. Ideał po prostu. Wtedy jakoś zaczęło się układać, a górka być bardziej płaska. Byliśmy razem trochę mniej niż 4 lata. Najlepsza relacja w życiu, zero kłótni, partnerstwo na 100%. Po 3.5 roku po wspólnych wakacjach powiedziała, że nie wie, czy mnie kocha. Daliśmy sobie czas do końca roku. W grudniu, a dokładnie 23-ego zmarła moja mama na raka, a tydzień później rozpadł się nasz związek. Dowiedziałem się, że kocha innego. Nie zdradziła mnie, po prostu od zawsze kochała jednego jedynego, faceta z liceum, z którym teraz chce być. Byłem załamany, bo ją kochałem, w sumie nadal kocham. Ale jakoś się ogarnąłem i postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem, zmienić je i nie dać za wygraną.
Zacząłem od pokochania siebie, od sprawiania sobie samemu prezentów, podnieść samoocenę. Pomogło. Później przyszedł czas na pracę, rzygam już biurową robotą, więc złożyłem papiery do policji w celu radykalnej zmiany i żeby nie myśleć o byłej, ale przyszedł koronawirus i wszystko popsuł, wszystkie plany poszły się j...ać. Znowu jestem załamany, ogarniają mnie czarne myśli, że pech nigdy mnie nie opuści. Siedzę i czekam, aż wirus zniknie, żeby móc MOŻE w końcu pójść dalej, albo żeby mnie zabrał ze sobą, bo obecnie jest już mi wszystko jedno, co się ze mną stanie.
Wiodę w miarę szczęśliwe życie. Mam kochającego męża, piękny dom, dobrze płatną pracę i dwójkę wspaniałych dzieci. Odkąd wyszłam za mąż niczego mi nie brakowało, obydwoje z małżonkiem mamy swoją firmę. Mój najstarszy syn jest już pełnoletni, jest na studiach, planuje założyć swój biznes, w czym my jako rodzice mu oczywiście pomożemy.
Potem jest moje młodsze dziecko, Alicja, całkowite przeciwieństwo rodziny. Nie zrozumcie mnie źle, kocham moje dzieci, ale odkąd Ala się urodziła czułam, że z nią jest coś nie tak. Po porodzie popadłam w depresję, był to bardzo trudny okres dla nas wszystkich. Według mojego lekarza ubzdurałam sobie, że Ala nie jest moją córką, wszyscy mi powtarzali, że będzie dobrze, wyjdę z tego. Nigdy z tego nie wyszłam, głęboko wierzę, że Alicja nie jest moim dzieckiem. Nie jest podobna ani fizycznie ani psychicznie do kogokolwiek z rodziny mojej lub męża. Mam czarne włosy, zielone oczy i bardzo jasną karnację. Kiedy byłam jeszcze panienką wiele osób powtarzało mojemu ojcu cieśli, że najpiękniejszym wyrobem jaki udało mu się zrobić jestem ja. Mój mąż jest wysokim, blondwłosym i niebieskookim przystojnym facetem, za którym kobiety nadal się oglądają mimo, że tak jak ja ma już parę lat na karku. Nasz syn poszedł we mnie stając się łamaczem kobiecych serc, nie zliczę ile już moich sąsiadek stwierdziło, że "gdyby tylko były młodsze".
Tymczasem Alicja ma rude włosy i brązowe oczy, skąd? Nie mam pojęcia. Gdy moja najmłodsza była mała, mój mąż powtarzał wszystkim, że gdy tylko Ala dorośnie, będzie musiał zbudować wyższe ogrodzenie, bo rudowłose kobiety są niezwykle piękne. Też szczerze w to wierzyłam, przez cały jej okres dojrzewania miałam nadzieję, że w którymś momencie zmieni się w "nimfę". Tak się nigdy nie stało, i teraz moja córka wygląda jak adoptowana. W którymś momencie mojego życia byłam tak zestresowana stwierdzeniem, że Ala na pewno nie jest moja, że w sekrecie zrobiłam test DNA. Przez te wszystkie lata miałam rację, Ala nie jest spokrewniona ani ze mną, ani z mężem. Nie chciałam o tym nikogo informować, nasza rodzina i tak dużo przeszła przez moją depresję i częste wahania nastroju. Postanowiłam trzymać to w sekrecie jednocześnie prowadząc śledztwo. Jeszcze nie znalazłam miejsca pobytu mojej biologicznej córki, to że absolutnie nic o niej nie wiem, rozrywa mi serce na drobne kawałki. Mój mąż zauważył, że coś jest nie tak, ja jednak nie chcę mu o tym mówić, Ala to jego oczko w głowie.
Wiem, że gdy to w końcu wyjdzie na światło dzienne będę miała problem, ja jednak nie jestem gotowa żeby to komukolwiek powiedzieć. Moja depresja zaczyna dawać o sobie znać, zaczynam wariować. Co powinnam zrobić?
Nie lubię mojego synka. Kocham go jako ojciec, ale jako osoby go nie lubię. Wiem, jestem okropny.
Mamy z żoną jeszcze ośmioletnią córkę, Kingę. Fabian ma pięć lat.
Od urodzenia jest płaczliwy, jako niemowlę nie schodził nam z rąk. Odstawienie od piersi było regularną wojną, która skończyła się niemal rok temu.
Fabian boi się niemal wszystkiego. Mimo zachęt do zabawy z innymi dziećmi, wiecznie jest do nas przylepiony. Na placu zabaw buja się delikatniej niż roczny maluch. Z innych zabawek nie korzysta. Wszystkie zwierzaki go przerażają, nie licząc rybek w akwarium. Żadne zwierzę nigdy nic mu nie zrobiło. Ma lęk wysokości. Wody też się boi. Nad morzem zbierał z nami muszelki, dopóki woda nie musnęła mu stóp. Od tej pory nie ruszał się z koca. Raz zabrałem dzieciaki na basen, żeby żona miała czas tylko dla siebie. Córka spotkała tam swoją koleżankę, z którą się bawiła. Udało mi się namówić Fabiana, żeby wszedł do brodzika dla najmłodszych dzieci. Moczył stopy, dopóki roczna dziewczynka nie pochlapała go lekko wodą. Ze względu na córkę zostałem do ustalonej godziny, ale mały siedział mi kolanach i żadne zachęty nie pomagały.
Rok temu na urodziny dostał rower, z bocznymi kółkami. Raz prawie się przewrócił, od tej pory rower stoi w garażu. Żadne zachęty nie pomagają.
Wiem, że w dużej mierze problemem jest moja żona. Jest nadopiekuńcza. O ile Kinga zawsze chciała robić wszystko sama i jakoś żona odpuściła, to z Fabianem tak nie jest. Moje prośby i próby namawiania małego, żeby się chociaż sam ubrał i mył, kończą się awanturą. Żona uważa, że nasz syn po prostu jest high need baby, a my musimy pokochać go takim jakim jest zamiast wymyślać psychologów i jakieś terapie (czytałem o terapii sensorycznej i proponowałem, żebyśmy spróbowali).
Męczy mnie ta sytuacja i mam wyrzuty sumienia z powodu moich uczuć. Mały nie umie bawić się sam, przedszkole nie wypaliło, chociaż walczyłem o to pół roku. Mały popłakuje, bo np. kot sąsiadów się na niego patrzy, bo bajka się skończyła, bo ktoś powiedział do niego Fabian zamiast Fabianku. Śpi z żoną, ja u małego w pokoju. Nie pamiętam, kiedy ostatnio razem spaliśmy. Po iluś kłótniach odechciało mi się rozmów. Żona nie widzi problemu.
Kinga czasem się złości, bo np. chciałaby mieć mamę tylko dla siebie, ale Fabian jest zazdrosny i zabiera całą uwagę matki. Chciałaby też np. wybrać się całą rodziną na rowery czy do parku rozrywki, ale zawsze kończy się na tym, że mały się boi, więc siedzi z żoną, a ja jestem z córką. Przyznała, że nie lubi brata i nie bawi się z nim, bo on o wszystko płacze i potem mama się na nią gniewa. Poza tym Fabi nie chce się dzielić zabawkami z siostrą i kuzynami.
Powoli mam dość. Rozumiem, że syn jest wrażliwy, ale nie chcę, żeby wyrósł na ofiarę losu.
Ta pandemia mnie niszczy...
Nie chodzi o to, że nie mogę wyjść itp. Zrozumiałam, że nie mam żadnych przyjaciół. Nikt ze mną nie rozmawia itp. Nie pyta, co u mnie. Ja jak napisze, to widzę, że wszyscy mają mnie gdzieś. Teraz zostałam kompletnie sama. Szczerze to nie wiem czemu. Zawsze byłam miła dla wszystkich. Starałam się jak najlepiej. Pomagałam.
Dzisiaj zostałam kompletnie sama. Coraz częściej sięgam za alkohol. Jak napisze do kogoś, to nikt nie ma czasu rozmawiać (wymówki)... Albo nie odpisują. A sam nikt z siebie nie napisze. Jestem sama i nie wiem jak przeżyję przez tę pandemię. Nie mam nikogo.
Trzy tygodnie temu pozbyłam się swojej tożsamości.
Tzn. nie dosłownie - nadal mieszkam w tym samym miejscu, mam tak samo na imię, rozmawiam z mamą (jedyna rodzina poza wujkiem z którą nam kontakt). Ale poniekąd "pozbyłam się" swojej przeszłości.
Zaczęło się miesiąc temu, od pewnej sytuacji, która zmieniła moje życie (i nie mówię tu o kwarantannie). Pierwsze półtora tygodnia byłam załamana, nie kontaktowałam - straciłam 4 kg., bo tak naprawdę piłam tylko wodę, nic nie jadłam. Potrafiłam dzień w dzień siedzieć i tylko gapić się na ścianę. Po czym trzy tygodnie temu podjęłam decyzję.
Wykasowałam wszystkie media społecznościowe (i tak nie mam żadnych znajomych, jestem bardzo zamknięta w sobie. Nikt nie zauważył), wszystkie numery telefonów poza lekarzem i mamą też już zniknęły. Zdjęcia, większość książek i ubrań, pamiątek. Zostały tylko te najważniejsze. Niczego nie żałuję. Po kwarantannie zamierzam dokończyć studia, odłożyć trochę kasy, na tyle żeby móc wyjechać z kraju, w którym obecnie mieszkam. A potem zniknąć.
Nie rozumiem tego całego celebrowania personelu medycznego. Podobno ludzie szybko zapominają dobre, jednak w tym wypadku zapomnieli złe.
Nie pamiętają już, jak opryskliwe pielęgniarki na SOR-ach traktowały ludzi. Nie pamiętają już lekarzy, którzy ich totalnie olewali, aż nie poszli prywatnie, żeby napchać ich już i tak pełne kieszenie. Bagatelizowanie naszych obaw, zapisywanie leków, z których mają korzyści. Oni nas ratują, bo muszą, jeśli któryś teraz pójdzie na L4, może się pożegnać z pracą. Jest nacisk z góry. Nie mówię, że wszyscy, ale ci ludzie robią to, bo muszą.
Ja traktuję to jako spłatę ich długu wobec społeczeństwa za te lata pomiatania ludźmi.
Może jestem jakiś aspołeczny, ale nie rozumiem też jak ludzie mogą się podniecać tym, że np. jakaś firma dała jakąś kwotę na maseczki. Ludzie! Te maseczki, rękawiczki i inne wszelkie niezbędne środki powinny być! Dlatego, że płacimy na to ciężkie pieniądze. Podatki, składki, ubezpieczenia. Z czego się cieszyć? Że rozkradły nas zagraniczne przedsiębiorstwa, a teraz spluwają nam marny promil swoich zysków? Kiedy w końcu przejrzymy na oczy?
Nie umiem się odciąć od rodziców.
Mieszkam sama w dużym mieście i już pracuję kilka lat, a odkąd wyprowadziłam się na studia, codziennie wieczorem moja mama dzwoni i gada kilkanaście minut, a czasem godzinę. Tłumaczyłam, próbowałam też wyłączać telefon, albo wyciszać i tłumaczyć, że to zabija moje życie towarzyskie... bo mam nagle 15 połączeń nieodebranych od własnej mamy - nie w odstępach czasu choćby 1h, a co 2 czy 5 minut.
Wychodzę ze znajomym i nie usłyszę telefonu - na pewno ktoś mnie gwałci w toalecie, albo leżę martwa na parkingu. Znajomi też to zauważają i komentują. Ten argument też nie trafia. Jedynie wyjścia z jedną z przyjaciółek moja mama traktuje jako bezpieczne i nie dzwoni. Doszło do tego, że na wyjście na jakąś randkę czy spotkanie w domu z facetem kłamię mamie, że wyszłam do sklepu albo idę z koleżanką do kina. Z drugiej strony randka i co chwila dzwonienie, głównie mamy właśnie, sprawia, że się tym stresuję... a w weekend mama dzwoni o różnych porach.
Chodzi też o spowiadanie się z własnego życia, bo jak nie odbiorę, to dopytuje gdzie jestem i co robię. Zawsze byłam grzeczną dziewczyną, teoretycznie dorosłam, a myślę, co rodzice powiedzą... Nie umiem sama podjąć różnych decyzji typu spontaniczny wyjazd nad morze, bo jak zadzwoni i spyta gdzie jestem, a powiem, że sama sobie pojechałam gdzieś, to będę słuchać pretensji, a ona przeżywać, że coś mi się na pewno stanie.
Nie chcę odcinać się od mamy całkowicie ani krzyczeć, skoro rozmowa nie pomaga, ponieważ w innych kwestiach mam pełne wsparcie rodziców. Tata jest po stronie mamy, że przecież ona się martwi i musimy ze sobą mieć kontakt, ale ja wolałabym ten kontakt raz na tydzień. Do brata mama nie dzwoni, bo ten ma żonę i to facet i mama potrafi zaakceptować ten fakt. Brat sam mi powiedział, że nawet nie mówił, kiedy gdzieś wychodził, ale mama zazwyczaj do mnie dzwoni o tej porze, kiedy już gdzieś jestem, więc trudno mi też zatajać tę informację, a potem są pretensje, że nie powiedziałam, że gdzieś idę.
Rodzice nie mieszkają na co dzień razem, mamie brakuje rozrywki (jak jest np. u znajomych na imprezie, to nie dzwoni i ja też nie i wtedy może się nie przejmować).
Nie wiem już jak ograniczyć nasz kontakt, żebym mogła czuć się psychicznie lepiej.
Nie przejmuję się co ludzie powiedzą, ale co mama powie. I czuję się tym zniewolona.
Sporo tutaj śmiesznych / absurdalnych sytuacji z portali randkowych, więc postanowiłam podzielić się moją:
Kilka lat temu, pod koniec studiów, postanowiłyśmy z koleżanką założyć sobie konta na jednym z popularnych portali - trochę z ciekawości, a trochę licząc, że może akurat kogoś spotkamy.
Po kilkunastu ofertach sponsoringu i starszych panach, szukających kochanek, odezwał się Mirek. Mieliśmy takie same zainteresowania, fajnie się gadało, spotkaliśmy się. Okazało się, że Mirek jest w podobnej sytuacji jak ja - niedawno skończył dosyć wymagające studia, znalazł pracę w swoim zawodzie i zaczyna się usamodzielniać.
Zaczęliśmy się spotykać i początkowo był idealnym partnerem, potem coraz więcej rzeczy zaczynało mnie nieprzyjemnie zaskakiwać. Mirek nie przedstawił mi swoich znajomych, mimo że spotykaliśmy się z moimi. Mirka nie znał też nikt ze środowiska naszych wspólnych zainteresowań, no ale przecież nie musiał się udzielać publicznie. Ogólnie niechętnie dawał się zaciągać na związane z nimi wydarzenia, wspólne zainteresowania jednak szybko mu się znudziły. Ogólnie miał mi za złe, że interesuję się czymkolwiek poza nim i pracą. O swojej, o dziwo, nie za bardzo chciał rozmawiać, podobnie jak o ewentualnej wyprowadzce od rodziców.
Tak to sobie trwało jakiś czas, aż wreszcie wpadłam na mieście na kolegę i jego znajomego, Arka. I wtedy okazało się, że Arek zna Mirka, bo studiowali razem. Z tym, że Mirek studiów nie skończył, rzucił je na ostatnim roku, bo nie chciało mu się pisać pracy. Arek po studiach stracił z nim kontakt, ale z tego, co wiedział, Mirek nigdy nie pracował w zawodzie, tylko łapał się dorywczych prac, a głównie utrzymywali go rodzice. Mirek nigdy też nie interesował się żadną z wymienianych na początku rzeczy.
Chociaż wersja Arka dużo bardziej pasowała mi do rzeczywistości, postanowiłam to z Mirkiem skonfrontować. Jakież było moje zdziwienie, gdy do wszystkiego się przyznał i powiedział, że jak zobaczył mój profil na portalu, to uznał, że jestem ambitna, więc zapewne będę dobrze zarabiać i go utrzymywać. A "wspólne zainteresowania"? Obczytał się w internecie ile mógł i przez kilka tygodni "przygotowywał się" tak do każdego spotkania.
Z Mirkiem oczywiście zerwałam, a on potem jeszcze przez kilka miesięcy chodził i opowiadał moim znajomym, że rozstaliśmy się, bo uznałam, że za mało zarabia.
Z jednej strony nadal nie pojmuję, jak można być takim palantem, a z drugiej strony - to przygotowanie to w sumie nawet podziwiam, bo zwodził mnie i moich znajomych przez dobrych kilka tygodni :D
Dzięki nakazowi noszenia masek nie muszę golić brody. Jestem szczęśliwa!
Dodaj anonimowe wyznanie