Nigdy nie sądziłam, że można być tak samotnym w małżeństwie. Coś o czym marzyłam całe życie stało się moja największą porażką. Już przed ślubem były przesłanki ku temu, by nie ciągnąć tego dalej, ale nie miałam odwagi, żeby odejść. On chyba też. W zasadzie mąż chyba nigdy tego ślubu nie chciał... Wiedziałam, że wspólne życie może być trudne, bo mamy zupełnie różne charaktery, że życie we dwoje to sztuka kompromisu. Ale nie wiedziałam, że będzie aż tak źle.
Każdy wspólny dzień to walka. Nie pojmuję jakim cudem kiedyś mogliśmy być w sobie zakochani. Nie widzę w nim już żadnych cech, które kiedyś mnie urzekały, bo nic dobrego mi nie daje, choć nie walczę o duże rzeczy. Od kilku miesięcy muszę PROSIĆ, żeby mnie przytulił albo pocałował, sam pierwszy nigdy tego nie robi. Mam wrażenie, że wiecznie się narzucam. Nie mówi, że mnie kocha ani tego nie okazuje. Może po prostu już nie kocha? W zasadzie nie uprawiamy seksu. Każde zbliżenie inicjowane jest przeze mnie (chociaż nie lubię tego robić, o czym mąż doskonale wie). On niczego sam nie "rozpocznie", no bo przecież wypadałoby wcześniej być miłym i okazać zainteresowanie... Po wszystkim mam jakieś dziwne wyrzuty sumienia.
Mąż nie stanowi dla mnie wsparcia w żadnym aspekcie naszego życia, z każdym problemem/sprawą do załatwienia w dziwny sposób zostaję sama. Nigdy nie był nadto rozmowny, ale obecnie nie mamy kompletnie o czym gadać, więc prawie nie gadamy. Nie mamy wspólnych dążeń, marzeń, planów, chociaż myślałam, że naturalnie z wiekiem i pieniędzmi się pojawią. Nie umiemy spędzać razem czasu. Jakby wszystko między nami wygasło. Podejmowaliśmy kilka prób ratowania związku, ale z jego strony nic się nie zmienia. Nadal jestem sama. Ja tak wiele w sobie zmieniłam, że już w ogóle nie przypominam siebie. Widocznie to za mało. Nie wiem, co więcej mogłabym zrobić. On nie jest w stanie określić. Jestem potwornie zmęczona wiecznym dawaniem czegoś od siebie, on i tak tego nie dostrzega! Jestem po prostu wykończona życiem obok tak oziębłego człowieka. Mam dość bycia wiecznie samej. Jestem rozczarowana tym, że nie mam nawet do kogo otworzyć gęby i żyjemy jak obcy ludzie.
Nigdy nie sądziłam, że można być w związku aż tak samotnym. Nigdy nie sądziłam, że aż tak się pomylę. Nie mam odwagi, żeby odejść, chociaż oboje jesteśmy nieszczęśliwi. Kocham go, ale w duchu modlę się, żeby to on wniósł pozew o rozwód, bo ja nie mam na to jaj, a wiem, że nic już z tego nie będzie.
Zesrałem się na lekcji online.
Miałem zaliczenie, profesor wymyślił, że kamera ma być cały czas włączona, żeby sprawdzić, czy nie ściągamy. Mieliśmy 10 sekund na odpowiedź i nie wolno było odchodzić od komputera. Ze stresu popuściłem w spodnie, siedząc na mym krześle obrotowym.
Po okropnej awanturze zostawiłam męża i wyjechałam z naszym małym dzieckiem do rodziny. Nie rzuciłam go definitywnie, wiedział, że jeśli się zmieni, znajdzie pracę, pójdzie na leczenie, to wrócimy do domu. Wczoraj przyjechał odwiedzić synka, a mnie przepraszał, zapewniał, że zrobi dla nas wszystko... pewnie wiele osób zna ten błagalny bełkot. Nawet przez chwilę wierzyłam, że będzie dobrze i nie ruszy więcej alkoholu, jak mówił. Dałam mu kilka złotych. Na zupki dla dziecka, bo u mnie na wsi nie ma, a on wracał do miasta. Wieczorem moja mama musiała pilnie jechać do apteki, pomyślałam, że zabiorę się z nią, zobaczę co u niego, a mały spędzi jeszcze trochę czasu z ojcem. Zupek nie było. Za to mój wspaniały mąż znowu był w stanie mocno wskazującym. Kopnęłam go w dupę, tym razem całkowicie poważnie, i zagroziłam, że bez leczenia nie zgodzę się na kontakt z małym.
A prawda jest taka, że dziecko wcale tych zupek nie potrzebowało. Dałam mu pieniądze, żeby go przetestować. Dziesiątki kilometrów ode mnie mógł z palcem w tyłku udawać trzeźwego, bo niby jak to sprawdzę? Moja mama wcale nie potrzebowała do apteki. Zawiozła mnie tylko po to, żebym mogła sprawdzić, czy rzeczywiście nie pije. Zostałam samotną matką ze złamanym sercem i to niecały rok po ślubie. Ale szczerze mówiąc, to pozbyłam się niepewności i teraz mogę ułożyć sobie życie od nowa.
Zawsze mam tak, że w żenujących sytuacjach chce mi się śmiać.
Kiedyś śpiewałam z koleżanką w kościele psalm i okazało się, ze dostałyśmy jakiś inny tekst, wcześniej go nie ćwiczyłyśmy. Zaczęłyśmy śpiewać i na początku było git, ale potem było źle - inna tonacja, zły rytm, pozamieniane słowa. I wtedy mnie ta sytuacja tak zaczęła śmieszyć, że zaczęłam się śmiać na środku kościoła do mikrofonu, cały czas się śmiałam i nie mogłam się uspokoić, a moja koleżanka się popłakała, że to tak źle wyszło.
Teraz się z tego śmieję, ale nadal jest mi mega głupio na myśl, co wtedy ludzie pomyśleli.
Kiedy wkraczałam w okres nastoletni, moim rodzicom powinęła się finansowo noga. Konsekwencją było to, że często nie starczało do pierwszego.
Miałam bardzo niewiele ubrań. Na tle zamożniejszych koleżanek było widać, że zawsze chodzę w tym samym. Przez cały czas liceum miałam trzy pary spodni, dwie pary jeansów i zielone bojówki, pamiętam je bardzo dobrze.
Zaraz po zdaniu matury wyjechałam pracować za granicę. Kiedy tylko stanęłam na nogi, a pieniędzy do pierwszego miałam aż nadto, zaczęłam kupować. Kupowałam ciuchy, buty, torebki, kosmetyki... Wszystko czego nie mogłam mieć jeszcze kilka lat wcześniej. Potrafiłam spędzić większość wolnych dni na zakupach.
Obudziłam się dwa lata później, uświadomiłam sobie ile wszystkiego mam podczas przeprowadzki. Niektóre ubrania wciąż miały metki. Samych par spodni i szortów naliczyłam ponad 50. Oczywiście nie zaoszczędziłam przez ten czas ani grosza.
Dziś mam zdrowe podejście do zakupów i nie muszę już sobie niczego rekompensować. Trochę żal mi pieniędzy wyrzuconych na "szmaty", ale z drugiej strony spełniłam marzenie tej młodej dziewczyny, która musiała dosuszać wieczorem jeansy na grzejniku, żeby mieć w co się ubrać do szkoły na następny dzień.
Jestem ateistą, mam wrażenie, że od początku życia.
Już za dziecka nie pasowało mi wiele rzeczy w wierze, i chociaż staram się okazywać szacunek do ludzi wierzących, gdzieś w głębi serca uważam, że coś z nimi nie tak.
Staraliśmy się o dziecko latami. W końcu zaszłam w ciążę, od razu rzuciliśmy się z mężem kupować wyprawkę. Nasz synek był dla nas oczkiem w głowie, mimo że nie pływaliśmy w kasie, chcieliśmy, żeby miał szczęśliwe dzieciństwo.
Rodzina z obu stron nie mogła doczekać się naszego dziecka, wiedzieli, jak długo się o nie staraliśmy. A że nasz syn miał być najmłodszy i chyba ostatni z licznej gromady dzieciaków, dostaliśmy masę ubranek i zabawek. Godzinami przeglądaliśmy je i zachwycaliśmy się tym, jak nasz syn będzie maleńki.
Opiekę ciążową załatwiliśmy oczywiście prywatną, na ekologiczne witaminy dla mnie wydawaliśmy więcej kasy, niż wypadało. Wszystko dla dziecka.
Piszę o tym, żeby uświadomić wam, jak bardzo cieszyliśmy się z tej ciąży. Wszyscy mówili mi, że będę idealną matką. A później okazało się, że muszę mieć cesarkę.
Wyjęli ze mnie małego, pokazali mi go, a ja nie poczułam niczego. Pamiętam, że był maleńki i ciepły, wyjątkowo ładny jak na noworodka, ale o wiele wyraźniej pamiętam to, jak mnie zszywali, jak grzebali mi we wnętrznościach.
Kiedy odwieźli mnie na salę i minął mi pierwszy szok, nic się nie zmieniło. Mały był wyjątkowo grzeczny, ale ja nie potrafiłam go wziąć na ręce. Głaskałam maleńką główkę, próbowałam przystawiać go do piersi i czułam tylko pustkę. W nocy nie spałam ze strachu, że nie usłyszę jego płaczu, więc praktycznie słaniałam się ze zmęczenia. W pierwszej dobie na noc oddałam go na noworodki, ale później jakaś położna wypomniała mi, że co że mnie za matka, skoro nie chcę zajmować się własnym dzieckiem. Więc przez kolejny tydzień pobytu spałam tylko wtedy, kiedy syna zabierali na badania.
Nie potrafiłam zmienić mu pieluchy, bałam się zakładać te śliczne ubranka, które z taką radością kupowałam w ciąży. Chyba każda położna z oddziału próbowała przystawić małego do mojej piersi, ale on tylko płakał i w końcu zasypiał z wyczerpania. Bałam się, że umrze z głodu, ale w szpitalu potępiali karmienie butelką.
Chciałam zasnąć i się nie obudzić. Albo cofnąć czas i nigdy nie zajść w ciążę. Bałam się powiedzieć o tym mężowi, który syna pokochał od razu i bezgranicznie. Rodzina przyjeżdżała w odwiedziny praktycznie codziennie, a ja nas granicy płaczu grałam dobrą mamusię. Każde pozytywne uczucie do syna od razu zabijały wyrzuty sumienia, że sobie nie radzę, że nawet nie potrafię nakarmić własnego dziecka.
Żeby jakoś to zakończyć napiszę, że nawet miłość do dziecka rodzi się powoli. Teraz syn ma prawie cztery miesiące, kocham go nad życie. Karmię piersią, noszę, tulę, świata poza nim nie widzę. Tylko wciąż z tyłu głowy mam strach, czy te pierwsze tygodnie nie wyrządziły mu jakiejś krzywdy. Czy nie zepsułam mu psychiki już na samym początku życia.
Wyrzuty sumienia będę mieć już chyba do końca życia.
Kiedy chodziłam do szkoły, lata 90., powszechną praktyką było sadzanie dobrych uczniów ze słabeuszami i zmuszanie tych pierwszych do „douczania” nieuków.
Byłam piątkową uczennicą, najlepszą w klasie. Analogicznie więc trafił mi się najgorszy przypadek. Chłopak, Adaś, był na pograniczu szkoły specjalnej. Zostawałam z nim czasem po lekcjach, dawałam odpisywać zadania – za co mi się obrywało potem, bo przecież miałam mu to wytłumaczyć. Lubiłam go, ale altruizm ma swoje granice. Też chciałam się bawić na przerwie. Niestety, nasza wychowawczyni miała taki system, że jak kazała komuś pomóc i ten ktoś nie umiał dalej, to jego „douczacz” obrywał zachowanie. Do tego było rozliczanie przed klasą z postępów kolegi, typu „patrzcie, jaka z niej koleżanka”. Dzieciaki z natury są mściwe, więc sami wiecie. Problemem jest też to, że taki uczeń bez przerwy trącany, rozpraszany, „dej” odpisać, dej to-tamto, no i sam opuszcza się w nauce. W końcu zaczęłam obrywać tróje, bo nie byłam w stanie nadążać za lekcjami i pisać prawie na dwa zeszyty równocześnie.
Po miesiącu wychowawczyni mściwym tonem oświadczyła, że kto z kim przestaje, takim się staje, i wpisała mi dwóję. Nie pożałowała sobie również komentarzy, że opuściłam się w nauce, nie zdam do następnej klasy, że jestem leniwa i głupia. Powiedziała, że oficjalnie jestem teraz najgorsza w klasie. Dla 8-latki to jak wyrok śmierci. Ryczałam w domu całe popołudnie, bo przyznałam się do pały, ale nie powiedziałam mamie, że to przez to, że muszę ciągle tłumaczyć Adasiowi. Mama też na mnie nakrzyczała.
Kolejne złe oceny zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. W szkole wyzwiska, w domu opiernicz. I tak kolejny miesiąc. W klasie nikt się do mnie nie odzywał, bo gnębione przez nauczycieli dzieciaki nie są lubiane.
I tu stała się rzecz – dla mnie – najlepsza w życiu. Adaś złamał obie ręce i miał mieć nauczanie indywidualne. Nie było go w szkole, miałam spokój i wreszcie mogłam się normalnie uczyć.
Jako że Adaś mieszkał niedaleko, po miesiącu nauczycielka kazała mi uczyć go po lekcjach w domu. Sprzeciwiłam się, bo rodzice nie pozwalali mi samej chodzić po mieście i bałam się iść tam sama. Wpisała mi uwagę i zadzwoniła po mamę.
I tu popełniła błąd, bo sprawa się rypła. Powiedziała mamie, że kazała mi pomagać kalekiemu koledze, a ja się tak karygodnie zachowałam. Opowiadała, że mu dokuczam itp. Koniec końców cała sprawa wyszła na jaw. Mamę zagotowało. Nigdy przed i po nie zrobiła nikomu takiej awantury. Również kilka osób z klasy potwierdziło, że Adaś ciągle coś ode mnie chciał i że w sumie wszystkim ulżyło jak go nie ma. Był skandal na pół szkoły, zmieniono nam wychowawcę.
A mama zabrała mnie na największe w życiu lody i przeprosiła za to, że nie wspierała mnie od początku :)
Byłem w sklepie, kupowałem colę. Płacąc dałem kobiecie 20 zł, wydała mi resztę. Nie patrząc specjalnie schowałem pieniądze do portfela i poszedłem. Po jakimś czasie coś mi zaświtało, że chyba za dużo tych pieniędzy było. Okazało się, że wydała mi tak, jakbym jej dał 100 zł, a nie 20 zł. Fajnie, kasa wpadła za darmo. Ale miałem wyrzuty sumienia, więc wróciłem do tego sklepu. Podszedłem do tej samej kobiety i zacząłem jej mówić, że byłem tu 15 minut temu i mi źle wydała resztę… A ta przerwała mi i z mordą “Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględniamy”.
Nie to nie, wyszedłem ze sklepu myśląc „Przypomnisz sobie o mnie babo na końcu zmiany”.
Jestem singielką. Kiedyś to się nazywało po prostu stara panna, dzisiaj mówi się singielka.
Do pewnego momentu nie przeszkadzało mi to, ale po przekroczeniu 30 zaczęło.
Nie chodzi tutaj oczywiście o seks, o ten nietrudno, niezależnie czy w związku jesteś, czy nie. Czuję, że stoję w miejscu. Moi przyjaciele założyli rodziny, mają dzieci, ich świat nie zmienił. Ja coraz mniej do tego ich świata pasuję, bo mamy zupełnie inne problemy. I chociaż oni mi tego w żaden sposób nie okazują i akceptują mnie taką jaką jestem, to coraz trudniej mi się uśmiechać, gdy jestem u nich, patrzę na szczęśliwe małżeństwo z fajnymi dziećmi, słyszę o ich planach i wiem, że jedyne co planuję to wyjazd na samotny urlop, chociaż wcale nie chcę być na nim sama.
Trudne są noce. Nawet nie wiecie, jak można potrzebować dotyku. Takiego zwykłego położenia się obok kogoś i czucia go. Najgorsze są takie sny, gdy czujesz, że jesteś kochana, gdy po prostu ktoś cię obejmie. Budzisz się i leżysz w łóżku sama. W pokoju jesteś sama. Przez chwilę czujesz jeszcze ciepło tego snu, ale ono szybko ucieka i zostaje samotność.
Z całym życiem zostaje się samemu. Nie mam z kim dzielić się ani tym co złe, ani tym co dobre. Najpiękniejszy widok oglądamy samemu nie cieszy tak bardzo.
I moje ulubione pytania rodziny: czy już kogoś mam, co z dzieckiem, bo zegar biologiczny tyka. I co ja mam im odpowiadać: że wiem, że mnie to przeraża i że jestem nieszczęśliwa? Nikt się tego nie domyśla, bo nie robię z siebie ofiary losu, dużo się uśmiecham i jestem pogodna.
Smutna jestem u siebie w pokoju.
Dodaj anonimowe wyznanie