#DCDO4

Żałuję, że mam siostrę.
W sumie nie taką zwykłą siostrę, bo chorą na zespół Downa.

Większość postrzega takie osoby jako "całkiem normalne" w porównaniu do innych niepełnosprawności, a prawda taka, że każdy przypadek jest odmienny pod wieloma względami.
Są osoby z trisomią, z którymi normalnie porozmawiasz, pójdziesz na kawę, i takie, które staną na środku drogi i będą stać, a jak podejdziesz, to dostaniesz w nos.
Nie ukrywam, siostra zmarnowała mi dzieciństwo i mojej mamie życie.
Mama dawniej była wysoko funkcjonującą kobietą, aktualnie z wiekiem coraz bardziej się zwija.

Miała dobra posadę, musiała z niej niestety zrezygnować i liczyć na zasiłek opiekuńczy i inne dodatki, które pozwalają na życie na niskim poziomie. W razie możliwości dorabia sobie, gdy siostra jest w szkole.

Ala ma 13 lat.
Jest agresywna - bije, kopie, rzuca przedmiotami, wszystkim dokucza, nie mówi. Ma problem z prostymi czynnościami dotyczącymi samoobsługi.
Bez pomocy nie poradzi sobie. Mama została z nią sama, ojciec jak dowiedział się o jej chorobie uciekł. Alimentów nie płacił. Wyparł się jej.
Nie mieszkam już z nimi, ale w miarę możliwości pomagam. Naprawdę boję się co będzie, gdy zostanę z nią sama. Wiem, że jako siostra z poczucia obowiązku powinnam się Alą zająć, ale czuję, że w głębi serca nie chcę tego robić i poświęcić się dla osoby, która nawet tego nie doceni.
Do ośrodka taką osobę oddać graniczy z cudem - nie ma miejsc, a jak miejsca nawet są, to kwoty są bardzo duże.

Jak poruszam ten temat z mamą, pomimo tego jak jest, nawet o tym nie myśli.
Inni w jej wieku mają już wymarzony odpoczynek, a ona do końca życia będzie musiała z poczucia obowiązku oraz matczynej miłości się nią zajmować.
I taka pani Godek będzie mówiła innym jak żyć...
Prawdopodobnie jakby mama dowiedziała się wcześniej, to Ali by nie było, a ja mam tylko nadzieję, że siostra umrze wcześniej od mamy, że pewnego dnia się nie obudzi.

Chociaż to naprawdę straszne co piszę i mam wyrzuty sumienia, na sercu mi lżej, że z kimś się tym podzieliłam.

#SiNRj

Moja 17-letnia córka przyznała się, że jest w ciąży. Musiałem być w mocnym szoku, bo pierwszą z mojej strony odpowiedzią było: "Zrób sobie z chłopakiem testy na choroby przenoszone drogą płciową. Jeśli współżyjecie krócej niż 3 miesiące, to poczekaj do takiego czasu z HIV-em, bo może wyjść fałszywie ujemny".

Lekarz nigdy ze mnie nie wyjdzie.

Dla ciekawskich: wszystko jest OK, chłopak nie rzucił jej, bardzo ją wspiera, planują ślub. Żonę tak rozśmieszyła moja odpowiedź, że nie zrugała mnie, jak w takich sytuacjach zwykle bywa.

#DHtct

Mieszkam w kamienicy, w której znajdują się cztery mieszkania. Nade mną od niedawna żyje samotna kobieta z niemowlakiem. Jest nauczycielką śpiewu. Od kiedy się wprowadziła, nie mogę funkcjonować. Dlaczego?

Dziewczyna co wieczór śpiewa synkowi kołysanki. Ma tak anielski głos, że można dosłownie rzucić wszystko, otworzyć drzwi i okna od mieszkania, a potem zwyczajnie słuchać. Śpiewa stare, słowiańskie utwory, które dodają uroku już i tak pięknemu głosowi. Normalnie jak kilka minut nieba. Myślałem, że jestem twardym gościem, którego nie rusza sztuka, a tymczasem znam każdą jej kołysankę na pamięć i często nucę je sobie sam przed snem. Moim marzeniem jest zobaczyć ją "w akcji", a nie tylko słuchać. Doszło do tego, że codziennie czekam tylko aż zacznie śpiewać. Ona nie wie, jak beznadziejnie jestem zakochany. Ma synka, ciężkie życie, bo jej narzeczony uciekł na wieść o dziecku i musi radzić sobie sama. A ja? Nie mogę jeść, nie mogę spać, ciągle o niej myślę. Chciałbym ją uszczęśliwiać i rozśmieszać. Chyba zwariowałem. Dorosły chłop, a siedzi w oknie niczym Roszpunka, słuchając kołysanki i marząc o sąsiadce... Mam w planach zaprosić ją na kawę, ale boję się, że weźmie mnie za dziwaka, który ją podsłuchuje. W dodatku jest jedną z najmilszych osób jakie znam i nie chcę jej wystraszyć. Może nie jest jeszcze gotowa?

Ostatnio zaniosłem jej zakupy do mieszkania. Serce biło mi jak szalone, kiedy uśmiechnęła się do mnie w podziękowaniu. Wracając do siebie czułem się dumny jak paw, a przez resztę dnia nie mogłem się skupić.

Wczoraj to przebiłem samego siebie. Postanowiłem przestać żyć marzeniami. Gdyby wyszło, to nie pisałbym tego wyznania, bo skończyło się tak, że nadal jestem anonimowym adoratorem. Tak więc zaczepiłem ją na korytarzu:
- Hej!
- Kuba, cześć! Jak się masz?
- A no wiesz, w porządku, czas leci... Lubisz włoskie jedzenie? Makarony i te sprawy?
- Makarony? Lubię, a co?
- Ach... Bo nie wiem jak zrobić...
- Makaron? Chcesz robić makaron? Mogę ci pomóc jeżeli chcesz.
- No, nie no, nie musisz, ja tylko tak pytam...
- A... okej.

Po żadnym treningu nie byłem tak zgrzany jak wtedy - ze wstydu. Teraz rozmawiam sam ze sobą przed lustrem i myślę w jaki sposób zaprosić ją na randkę, tym razem bez wtopy z makaronami :( Wstyd mi, jestem sierotą.

#p62IJ

Zostałam obrzezana.

Mój ojciec pochodzi z Egiptu, z mamą poznali się w Anglii i tutaj ja się urodziłam i wychowałam. Znam zarówno język polski, jak i arabski.
Gdy miałam 7 lat, pojechaliśmy całą rodziną do Egiptu, tata chciał, żebym poznała dziadków i resztę jego rodziny, a także kulturę i obyczaje.
Na początku było fajnie, dziadkowie byli super mili, więc gdy zaproponowali rodzicom, że zabiorą mnie na wycieczkę, żeby oni mogli spędzić czas razem, tata nic nie podejrzewał. Wtedy zaczął się mój koszmar. Dziadkowie zabrali mnie do jakiegoś obskurnego motelu, rozebrali do naga, przywiązali do łóżka. Babka powtarzała, że teraz będę czysta, że to dla mojego dobra i że będę jej za to wdzięczna. Krzyczałam, płakałam, nie rozumiałam co się dzieje. Później przyszła jakaś kobieta, miała ze sobą nóż. Pamiętam morze krwi pomiędzy moimi nogami, straszliwy ból, mój niekończący się krzyk. Nie pamiętam jak wróciliśmy do domu, nie byłam w stanie iść, ciągle traciłam przytomność, ktoś mnie niósł.
Następne co pamiętam, to tata krzyczący i szarpiący dziadka, przyjechała policja, a potem rodzice gdzieś mnie zabrali.
Wróciliśmy do Anglii, ja pojechałam prosto do szpitala. Przeszłam kilka operacji, chirurdzy próbowali naprawić to, co zrobiła tamta kobieta, ale niewiele dało się zrobić. Wycięto mi łechtaczkę i wargi sromowe, resztę zaszyto byle jak, na szybko.
Wdała się infekcja, czułam, jakby moje miejsca intymne płonęły żywcem. Choć wciąż dostawałam leki przeciwbólowe i tak wszystko czułam.

Pamiętam tatę siedzącego przy mnie całymi dniami, jego rozpacz. Płakał i prosił mnie o wybaczenie. Pamiętam mamę, która nie potrafiła poradzić sobie z żalem do taty, obwiniała go o wszystko. Rodzice rozwiedli się, co jeszcze pogorszyło sytuację.

Dziś, 20 lat później, jestem dorosłą, samodzielną kobietą.
Przeszłam kolejne operacje, ale moja wagina nigdy nie będzie wyglądała normalnie. Do tego towarzyszy mi wiele innych konsekwencji. Mam ciągle nawracające infekcje, okropny ból przy oddawaniu moczu i podczas okresu, brak jakiejkolwiek przyjemności płynącej z dotyku, masturbacji. Nigdy nie byłam w związku i nigdy nie będę. Nie rozbiorę się przed żadnym mężczyzną, bo wyglądam ohydnie. Dotyk w okolicach intymnych oznacza jedynie ból i wiem, że jakiekolwiek zbliżenie przepełnione będzie cierpieniem, nie przyjemnością. Nigdy nie założę rodziny, nie urodzę dzieci.
Przez wiele lat zmagałam się z myślami samobójczymi, pół swojego życia spędziłam u psychologów i psychiatrów. Nikt nie pomógł mi uporać się z przeszłością.

Każdej nocy dręczą mnie koszmary. By przespać całą noc, potrzebuję alkoholu.
Najgorsza jest świadomość, że wciąż wiele dziewczynek, kobiet, przeżywa to samo każdego dnia, a ja nie mogę im pomóc. I smutno mi. Strasznie mi smutno.

#Jx8NO

Po dzisiejszej premierze "Zabawy w chowanego", postanowiłam dodać coś od siebie. Dlaczego anonimowo? Ponieważ przez 25 lat wypierałam to ze swojego umysłu. I nigdy nie mówiłam o tym nikomu. Ani rodzicom, ani mężowi, ani komukolwiek kto mógłby z tym coś zrobić.

Kiedy miałam 7 lat, byłam molestowana seksualnie przez księdza. Księdza, który przez parafię został dedykowany do pracy z dziećmi. Kilka spotkań w tygodniu, wspólne śpiewanie przy akompaniamencie gitary. A raz, dwa razy w miesiącu po takim spotkaniu chciał, żebym została. Na początku tylko mówił mi jak ładnie śpiewam, że powinnam dużo ćwiczyć i za kilka lat dołączyć do chóru kościelnego. Po jakimś czasie zaczął inicjować dotyk. Początkowo pozornie niewinny. Dotykał moich dłoni, kładł rękę na moim udzie. Z czasem jego dotyk stawał się bardziej intymny. Dotykał mojego krocza przez spodnie, kładł moja dłoń na swoim penisie. Po jakimś czasie, ten dotyk stawał się coraz gorszy. Dotykanie nagich genitaliów, zmuszanie mnie do masturbowania go. Następnie doszło zmuszanie do seksu oralnego. Ostatnim krokiem była penetracja. Miałam ledwo skończone 8 lat. I zostałam zgwałcona przez księdza. Potem zostawił mnie w spokoju. Widocznie dostał to, czego chciał.

Dlaczego nigdy nikomu nie powiedziałam? Bo wstyd był tak wielki, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie pamiętam nawet jak ten człowiek wyglądał ani jak się nazywał. Pamiętam tylko dotyk i głos. Głos, który mówił, że nikt nie może się dowiedzieć, bo to nasza tajemnica. I jeżeli ktoś się dowie, nie będę mogła już nigdy śpiewać.
Dzisiaj już sobie z tym poradziłam, trauma pozostała, ale jest pod kontrolą. Ale wiele lat było bardzo ciężkich. Koszmary, strach przed dotykiem czy jakimkolwiek intymnym kontaktem.
Gdybym wtedy miała w sobie odwagę, być może uchroniłabym inne dzieci przed podobnym losem. Ale nie miałam...

#g93eM

Chodziłem do gimnazjum w małym miasteczku. Była tam jedna szkoła, więc i brak możliwości, by się przenieść.
Do mojej klasy chodziła „elita szkoły”, czyli syn burmistrza i jego bogate znajomki. Zawsze musieli być najlepsi.

Miałem z nimi fajne relacje, bo jak oni grałem w piłkę w „reprezentacji”, ale po cichu ich nie lubiłem, w sumie nikt nie lubił, ale potrafili zgnoić człowieka i zawsze uchodziło im to na sucho, więc nikt nie chciał podpaść. Miałem też świetnego nauczyciela, dzięki któremu polubiłem jego przedmiot. Był wymagający, ale i sprawiedliwy, przy czym tak świetnie prowadził zajęcia, że bez nauki i powtórek spokojnie dostawało się 4, jakoś wszystko w głowie zostawało.


Miałem też w klasie biednego chłopaka, którego wychowywała tylko matka, ale był piekielnie inteligentny. Teraz wiem, że miał zespół Aspergera, w tamtych czasach jeszcze niezdiagnozowany. Elita zaczęła się nad nim znęcać, bo miał lepsze oceny, poprawiał ich, gdy popełniali błąd przy tablicy - a to kradli mu książki, a to wklejali gumy do zeszytów, wbijali jajko do piórnika. Ot, takie chamskie kawały... On się nie skarżył, nie przejmował, co wkurzało ich jeszcze bardziej. W trzeciej klasie zmienili nam wychowawcę na tego nauczyciela. On zauważył problem.


W międzyczasie elita dała zdjęcia i profile na socjal media (era przedfacebookowa) tego kolegi z Aspergerem na fora gejowskie i inne tego typu. Nagle na jego kontach zaczęli wypisywać różne wiadomości zboki i jego matka przyszła do szkoły szukać pomocy. Elita chwaliła się tym przed jakimś meczem, wszystko wiedziałem.
I gdy niby poszedłem zapytać tego nauczyciela, czy mogę coś na piątkę zrobić, to powiedziałem mu o całej sytuacji, prosząc, by zachował to w tajemnicy.
Nauczyciel zaczął wyciągać konsekwencję, wyjaśniać sprawę, namawiać matkę poszkodowanego do zgłoszenia sprawy na policję.

Finalnie elicie obniżono tylko zachowanie. Mimo wszystko pod koniec dyrka podniosła im na bardzo dobre, a syn burmistrza zaczął się przechwalać, że dostanie 5 z  przedmiotu  wychowawcy i będzie miał średnią 5.0, pomimo iż nie zasłużył. Dyrektorka i władze naciskały nauczyciela, by postawił mu piątkę, ale ten był nieugięty aż do wystawienia ocen. Nie wiem co zrobili, ale stało się coś, że nauczyciel musiał podwyższyć mu ocenę, starą skreślić w dzienniku i poprawić. I się zaczęło... Koleś siedział z linijką na lekcjach, skreślał każdemu uczniowi, którego uczył, jego dawną ocenę i podwyższał o stopień. Kto miał już szóstkę, dostawał od niego książkę. I mówił wszystkim: "Podziękujcie synowi burmistrza, skoro on może, to wy też". No i wszyscy mu dziękowali, a jemu było głupio. Mimo to ta historia ciągnęła się za nim nawet w liceum - nie był tam lubiany.

Nauczyciel odszedł po tym wszystkim i wykładał na uczelni. Niby nikt nie wie, że to ja zakapowałem, i mało to dało, ale do tej pory mam satysfakcję, że tak bardzo namieszałem.

#pE7VN

Bardzo lubię się myć, jestem schludną kobietą w wieku 25 lat. Myję się dwa razy dziennie, dbam o to, by ubrania, które noszę zawsze były świeże i wyprasowane. Po dokładnej kąpieli wykonuję wiele zabiegów pielęgnacyjnych, jak np. pilling całego ciała, nawilżanie skóry balsamami, golenie niechcianych włosków, pielęgnacja włosów.
Każdy, kto patrzy na mnie z boku, widzi zadbaną kobietę. Jednak nie było tak od zawsze.

Lubię bardzo się myć, ponieważ za dziecięcych lat byłam brudnym dzieckiem. Rodzice rozliczali mnie z każdego nadprogramowego litra wody zużytego na mojego ciało, ale nie byliśmy biedną rodziną.
Do 12. roku życia myłam się w małej misce, choć posiadaliśmy wannę z bieżącą wodą ciepłą i zimną. Nauczono mnie, bym myła tylko twarz, ręce, okolice intymne i stopy. Gruntowna kąpiel była raz w tygodniu, w sobotę, bym była czysta na niedzielne nabożeństwo. Wtedy mogłam wykąpać się w wannie. I każdą taką kąpiel wspominam bardzo przyjemnie, kiedy całe moje ciało znajdowało się w wodzie. Pochodzę z małej wioski, ludzie bardzo lubią plotkować i zwracać wszystkim uwagę, dlatego kąpiel w sobotę była obowiązkowa dla wszystkich. Jako najmłodsza kąpałam się pierwsza, później w tej samej wodzie brat, mama i na końcu tata.

Do 12. roku nie przeszkadzało mi aż tak, że mogłam się porządnie kąpać raz w tygodniu. Gorzej, gdy zaczęłam dojrzewać, i w wieku 13 lat dostałam miesiączkę. Był to ogromny temat tabu i gdyby nie lekcje biologii, nie wiedziałabym co się ze mną dzieje. Włosy przetłuszczały się często i potrzebowałam je wymyć co dwa dni, miska wody nie starczyła mi na wykąpanie ciała z potu i do tego jeszcze umycia włosów. W domu było tylko zwykłe mydło i najtańszy szampon do włosów. Powiedziałam to rodzicom, na co odpowiedzieli, że skoro oni dają radę, to ja też powinnam.

U mnie w szkole wyśmiewano brudne, brzydko pachnące dzieci, więc każdego poranka koło 4-5 godziny, gdy wszyscy jeszcze spali, brałam bardzo szybki prysznic w wannie. Od koleżanki na urodziny dostałam antyperspirant i pachnący żel pod prysznic, więc starałam się jak mogłam, by nie pachnieć brzydko. Nawet nie wiecie ile wysiłku wkładałam każdego dnia, by swoim brzydkim zapachem nie odstraszać ludzi ode mnie. W gimnazjum w szatniach od wf-u były prysznice, nosiłam z sobą ręcznik i najtańsze małe mydło. Gdy tylko szkoła po zajęciach pustoszała, szłam tam i kąpałam się ile tylko chciałam. Sprzątająca pani wiedziała o mojej sytuacji w domu, więc bez problemu otwierała dla mnie prysznic. A na mikołajki dostałam od niej dwa szampony, żel pod prysznic i antyperspirant w sztyfcie, bo nigdy nie miałam swoich pieniędzy.

Do liceum poszłam już do innego, większego miasta, miałam pokój w akademiku, dostawałam socjalne i dorabiałam po godzinach w lekkich pracach.
Już nigdy brzydko nie pachniałam.

#XlupP

Moi rodzice to typowa klasa robotnicza. Po latach dochrapali się domu na obrzeżach, ale mają kredyt na 30 lat.
Zawsze chcieli, żebym znalazła pracę i miała normalne życie. Niby spoko, ale marzyło mi się "coś więcej". Nie chciałam brać kredytu na 50 lat, wegetować w m2 z trójką dzieci i mężem. Kręcili nosem, powtarzając, że pieniądze nie są do szczęścia potrzebne.

Gdy miałam 22 lata, trafiła się okazja wyjazdu do Niemiec na zbiory. Koleżanka jeździła co roku i załatwiła mi miejsce. Rzuciłam pracę w kebabie i pojechałam.
Praca była bardzo ciężka. Zwłaszcza ogórki źle wspominam, bo jeździło się tzw. "samolotem" i zbierało głową w dół. Pracowałam od wiosny do jesieni. Trochę kasy udało mi się uzbierać i po sezonie starczyło na wynajęcie kawalerki. Załatwiłam sobie pracę przy produkcji konfitur (ta sama firma) i tak z sezonowego wyjazdu zrobiło się kilka lat.

Historia jakich wiele, prawda?

No więc po jakoś 2 latach rodzice zapytali nieśmiało, czy dorzuciłabym się do remontu dachu. Wiedziałam, że im ciężko z tym kredytem, zgodziłam się więc. Zatrudnili "fachowca" kolegę taty, bo był tani. Dzięki temu starczyło na odmalowanie z zewnątrz domu. Niestety dach przeciekał dalej.
Z rok później tata miał operację na kolano. Opłaciłam mu rehabilitację, ale po 3 wizytach zrezygnował, bo kasa była potrzebna na piec.

Takich sytuacji było więcej, ale dla mnie te 200-300€ nie było ogromną sumą, więc pomagałam. W końcu zaczęłam im wysyłać po 100€ miesięcznie.

Przyszedł rok 2017. Złamałam nogę i tymczasowo straciłam pracę. Musiałam trochę oszczędzać, więc poza tą kwotą nie mogłam nic więcej.
8-9 miesięcy dochodziłam do siebie. Niby kasę jakąś dostawałam z bezrobocia, ale sami wiecie, oszczędności były mi potrzebne.
Zadzwonił tata, że wypatrzył samochód w salonie i czy mogłabym pożyczyć 60 tys, bo tyle im brakuje (auto było po 90). Nie mogłam, bo ledwie chodziłam i miałam może tyle całych oszczędności. Obraził się.

Miałam wtedy inne zmartwienia, nie myślałam o tym.

Z 4 miesiące później odwiedziłam ich w Polsce. Zadzwoniłam, że przyjeżdżam. Na miejscu moje rzeczy stały zapakowane w garażu, nikt nawet nie wyszedł. Nawet kwiatkowi się oberwało. Wynieśli go mimo, że był początek marca. Z przykrością dowiedziałam się od sąsiadki, że całe miasteczko wie, jaka jestem okropna. Jak im dach cieknie, bo nie mieli przeze mnie wystarczająco pieniędzy. Jak nie pożyczyłam kilku stówek na auto i muszą jeździć gratem.

Przepłakałam noc w hotelu i wróciłam do siebie. Kurek zakręciłam, nie dostają już grosza. Kontakt urwałam, mimo iż po "suszy" zadzwoniła mama co tam u mnie. Od przyjaciółki, która dalej przyjeżdża na zbiory wiem, że rozpuszczają ploty, że ich okradłam.

I tylko kur*a tego kwiatka mi żal, bo wyhodowałam go z ziarenka i pielęgnowałam 16 lat.

#Po0Op

Znajomi się ze mnie śmieją, że powinni mnie weryfikować, iż nie jestem robotem, gdyż: gdy miałam 10 lat, wytrzaskałam przednie zęby tak, że musieli mi wstawiać koronki metalowe (około 6), żeby nałożyć mostki. Potem co roku prawie miałam coś złamane i za każdym razem w taki głupi sposób, że aktualnie mam w nogach trzy pręty metalowe, a w rękach dwa. W wieku 18 lat miałam wypadek, w którym miałam dorabiany kawałek czaszki oraz dwa żebra, gdyż wyłamały się na zewnątrz, no i już ich nie odzyskałam, więc za nie również mam coś wstawione.

Więc wyobraźcie sobie sytuację, jak chciałam dwa lata temu polecieć do Stanów i na lotnisku (ponieważ pikało na bramkach) podałam im cały plik papierów, w których były wymienione wstawione metalowe części. Facet sprawdzający to tylko otworzył z niedowierzaniem oczy i zapytał mnie, jakim cudem ja jeszcze żyję.

#OeGJ9

Opiszę Wam najgorszą randkę, jaką można sobie wyobrazić.

Nie grzeszę pięknością ani wagą motylka. Moja sylwetka świadczy o tym, że mi się w życiu powodzi, twarz już niekoniecznie. Założyłam sobie konto na portalu randkowym i nie czekałam na cud. Dodałam zdjęcia, na których wyglądam tak jak na żywo, żeby na spotkaniu nie rozczarować rozmarzonych dżentelmenów. Musiałam dodać kilka zdjęć, bo moje ciało nie mieści się na jednym. Ale w końcu stało się.

Już po kilku dniach napisał do mnie facet. 185 centymetrów wzrostu, błysk w oku i kaloryfer, który ogrzałby najbardziej wyziębłe serca. Na zdjęciach wyblurowana twarz modela. Uznałam - raz się żyje. Od słowa do słowa zaproponował spotkanie, więc wcisnęłam brzuch w najlepsze ubrania i poszłam na spotkanie. Umówiliśmy się na rynku. Siedziałam na ławce i czekałam na księcia z bajki. I zjawił się! Wprawdzie nie na rumaku, ale grunt, że się zjawił i przywitał. Około 170 centymetrów, o połowę chudszy ode mnie. Pod nosem koper, na czole tłusta grzyweczka. Ubrany w sweter wątpliwej świeżości. Na początku stał i gapił się na mnie niezręcznie, a potem zaproponował, że pójdziemy do jego ulubionego lokalu. Zaciągnął mnie do lokalu gier planszowych, gdzie było chyba 4 typków o podobnej aparycji. Zagraliśmy w jakąś strategiczną planszówkę, a następnie usłyszałam, że wyglądam jakbym chciała coś zjeść (bo chciałam). I wiecie co... zabrał mnie do sklepu „Społem”, w którym kupił sobie rogala i zapytał pod nosem „chcesz coś?”.

Kupiłam chipsy. Siedzieliśmy na ławce i konsumowaliśmy, milcząc. Stwierdziłam, że jest to idealna okazja do zapytania się, kim jest mężczyzna na zdjęciach z portalu (bo to, że nie był to on, nie ulegało wątpliwości). Powiedział mi wtedy, że od dawna nie mógł znaleźć dziewczyny i brat namówił go do tego, by wkleił jego zdjęcia na portal. Ponoć wtedy znalazło się kilka chętnych, ale każde spotkania kończyły się klęską. Podczas opowieści niemal się popłakał i zakończył opowiastkę słowami "każde... ale nie to z tobą”.

Na koniec spotkania poszliśmy nad rzekę, oglądaliśmy łabędzie, a on opowiadał mi o swoich studiach (matematyka) i o matematyce samej w sobie.
I wiecie co? Ja jestem osobą z poczuciem humoru, bezwstydną, rozrywkową i spontaniczną. On jest moim przeciwieństwem. Łączy nas jedynie to, że wyglądamy jak dwie ofiary losu. Ale od czasu tamtej koszmarnej randki jesteśmy razem po dziś dzień i tak jest nam najlepiej. A brata mojego lubego widziałam niejednokrotnie i mimo kaloryfera, za którym niejedna poszłaby w ogień, nie gwarantuje mi tego, co mój przygarbiony ”incel”. Kocham go najmocniej!
Dodaj anonimowe wyznanie