Po 5 latach postanowiłem zakończyć swój związek. Kiedy się poznaliśmy, Klaudia była energiczną dziewczyną. Miała dużo zainteresowań, nie lubiła spędzania wieczorów po pracy na kanapie. Pierwsze 2 lata było wręcz idealnie. Dogadywaliśmy się co do obowiązków domowych, często wychodziliśmy do kina czy restauracji, w łóżku też wszystko grało.
Z biegiem czasu zauważyłem, że coś się zmienia. Klaudia przestała o siebie dbać, sporo przytyła, potrafiła chodzić w jednych dresach przez tydzień, coraz częściej wieczory chciała spędzać przed telewizorem zajadając pizzę. Kiedyś podczas tygodniowego urlopu uznała, że nie będzie myć włosów, bo po co, i tak nie idzie do pracy. Skutecznie potrafiła mnie zniechęcić do seksu kiedy słyszałem "tylko się pośpiesz, bo zaraz będzie serial".
Pewnie powiecie, że każdy się zmienia, i ja również. Otóż nie, ja cały czas chodzę na siłownię, regularnie się myję. Często gotowałem, robiłem pranie, sprzątałem, proponowałem, byśmy gdzieś wyszli nawet na krótki spacer. Często mówiłem jej, że widzę jak się zmienia, że nie jest tą samą dziewczyną, a ona tylko krzyczała i obrażała się, bo wypominam jej, że je pizzę.
Rozstanie Klaudia zniosła bardzo źle. To ja byłem winny, opowiadała każdemu, że zostawiłem ją, bo przytyła (18 kg). Minęły 2 miesiące i ze zdumieniem oglądam zdjęcia mojej byłej na fb. Nowa fryzura, makijaż, w kółko wrzuca zdjęcia z różnych wypadów ze znajomymi, chodzi na siłownię. Wrzuca też wzniosłe sentencje o tym, jakimi świniami są faceci.
Nie rozumiem was, kobiety.
Osiem lat temu (po raz szósty i ostatni) podchodziłam do egzaminu na prawko. Byłam strasznie zestresowana, a egzaminator swoim zachowaniem jeszcze ten stres potęgował. Byłam pewna, że po raz kolejny skończy się na źle zrobionym łuku. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się zaliczyć cały plac. Strasznie się w duchu ucieszyłam. Wyjeżdżając już na miasto, musiałam poczekać, aż przejadą inne samochody. Egzaminator powiedział, że jedziemy w prawo. Nie wiem co się wydarzyło, ale niewiele myśląc przecięłam ulicę i po prostu pojechałam złym pasem. Facet od razu zatrzymał samochód i na tym mój egzamin się skończył. Nigdy nikomu nie powiedziałam czemu oblałam, za bardzo było mi wstyd.
Po paru latach, na luźnym wykładzie na studiach, gdzie czasem wykładowca włączał jakieś filmiki, dostałam ataku paniki. Ktoś nagrał z kamerki samochodowej moją wpadkę. Każdy się śmieje, ludzie robią sobie żarty na temat kobiet za kółkiem. A ja modlę się, żeby filmik skończył się zanim wysiądę z samochodu. Niestety nie skończył się. Czułam, że zaraz zapadnę się pod ziemię.
Okazało się, że to nie byłam ja.
Dopóki nie poszłam do szkoły, nie miałam w zasadzie żadnego towarzystwa osób w swoim wieku i przebywałam niemal wyłącznie z dorosłymi członkami rodziny (niby byli jacyś kuzyni w moim wieku, ale widywałam ich raz na ruski rok i głównie przy okazji różnych świąt/imprez rodzinnych). W rezultacie nie za bardzo wiedziałam, jak zachowywać się w obecności innych dzieci, co one szybko zauważyły.
Pod koniec podstawówki do tego stopnia nie potrafiłam rozmawiać z rówieśnikami, a jednocześnie chciałam nawiązać jakiekolwiek znajomości, że... założyłam notes, w którym zaczęłam zapisywać, kto z kim i o czym rozmawia - z datami, własnymi uwagami i cytatami (żeby później umieć się wypowiadać w podobnym stylu). Później na podstawie tego, czego się dowiedziałam, próbowałam oglądać popularne wśród rówieśników filmy, słuchać tej samej muzyki itd. Miałam nadzieję, że moja "obserwacja terenowa", kiedy już uzbieram odpowiednią ilość danych, pomoże mi łatwiej zaczynać rozmowy. Nie muszę chyba dodawać, że podsłuchiwanie cudzych konwersacji i dość otwarte notowanie ich treści bynajmniej nie przysporzyło mi popularności i z mojego misternego planu wyszły nici...
Teraz mam dwadzieścia kilka lat i rozumiem absurdalność mojego ówczesnego zachowania, ale jedno się nie zmieniło - nadal nie umiem się dogadać z osobami w moim wieku, a większość moich przyjaciół jest co najmniej kilkanaście lat starsza ode mnie.
PS Notes mam w swoich papierach do tej pory, lubię od czasu do czasu go przejrzeć, żeby się pośmiać.
Mieszkam na wsi. Dzisiaj moi rodzice po raz kolejny poinformowali mnie, że przynoszę im wstyd, bo w wieku 26 lat nie mam jeszcze męża ani dzieci.
Najbardziej wkurza mnie to, że mój brat, który zamiast pracować „zajmuje się” piciem alkoholu i szlajaniem się po melinach, zrobił już dzieci trzem kobietom. Mimo swojej lekkomyślności i generalnego „zżulenia” wszyscy wspierają go finansowo i zawsze może liczyć na ciepłe słowa oraz pełne zrozumienie z racji na „jego trudną sytuację”.
W lipcu brałam ślub kościelny. Z powodu błędu urzędnika w dokumencie o zdolności małżeńskiej w rubryce stanu cywilnego, nie mogliśmy zawrzeć ślubu konkordatowego i cywilny musieliśmy zawrzeć w późniejszym terminie. Ślub i wesele było piękne, lepsze niż sobie wymarzyłam! Miesiąc później ustaliliśmy z mężem datę ślubu cywilnego. Ślub to raczej tylko formalność, podpisanie dokumentu, ale ten dzień mieliśmy spędzić w przyjemny sposób. Nie mieliśmy już urlopu na miesiąc miodowy, więc była okazja, by chociaż trochę nadrobić. Bez rodziny, tylko my i nasz syn. Miało być fajne śniadanie, a po ślubie, wieczorem, romantyczna kolacja. Ogólnie rzecz biorąc miał być to dzień dla nas, dzień, by spędzić ze sobą czas, ponieważ oboje dużo pracujemy i rzadko mamy czas dla siebie. Jako że ja byłam główną organizatorką ślubu kościelnego i całego wesela, pozostawiłam mężowi organizację "naszego” dnia.
Dzień przed pytałam go, czy zarezerwował stolik w naszej ulubionej restauracji, ten jednak odparł, że niestety nie odbierają telefonu. Zaproponowałam by zadzwonił do innej restauracji i na tym temat się zakończył, ponieważ wyszłam z założenia, że się tym zajmie.
W dniu ślubu z samego rana przeglądał coś w telefonie i myślałam, że pewnie przegląda miejsca, gdzie możemy dziś wyjść, jakieś atrakcje etc. Około godziny 10:00 byłam trochę zdziwiona, prawie wcale się nie odzywał, a ja zajęłam się praniem. Kiedy zobaczył, że rozwieszam pranie, zajął się ponownie telefonem i położył na łóżku... Byłam w szoku. Myślałam, że mi powie "kochanie, to nasz dzień, zostaw to pranie, chodźmy na miasto na śniadanie lub chociaż kawę", liczyłam chociaż na pomoc z jego strony. Nic. Rozpłakałam się. Zdałam sobie również sprawę, że nie zamówił żadnej restauracji. Nie zorganizował nic...
Jeszcze nigdy w życiu nie byłam taka zawiedziona. Ja zawsze dawałam z siebie wszystko, a on nie potrafił zorganizować głupiego stolika. Na mój płacz zapytał zdziwiony o co chodzi, a mi nie mogło przez gardło przejść ani jedno słowo. Do urzędu stanu cywilnego zbierałam się ze łzami w oczach i przed urzędniczka z gulą w gardle z całych sił próbowałam powstrzymać płacz.
Po ślubie mój mąż zapytał się tylko ironicznie "To moja wina, że nie odbierali telefonu w restauracji?!".
Nie mogę się po tym pozbierać. Nie chodzi mi o restaurację, a o fakt, że nie zorganizował nic, że się nie postarał. To tak jakbym nie była dla niego warta zachodu, nic nie znaczyła. Nie zależało mu na tym, by zrobić mi przyjemność. By wymyślić coś oryginalnego, byśmy ten dzień równie dobrze zapamiętali jak ślub kościelny. Ślub bierze się raz w życiu i cywilny też miał być niezapomniany. To mu się udało! Tego dnia i przepłakanej nocy nigdy nie zapomnę...
Moja mama cierpi na stwardnienie rozsiane. Ta okropna choroba zabrała jej wolność, szczęście, władzę w ciele.
Obecnie większość czasu spędza w łóżku lub na wózku, nie rusza żadną częścią ciała, nawet głową. Musiała przejść tracheotomię, bardzo słabo mówi, ciężko jest się z nią porozumieć.
Mama potrzebuje opieki 24 na dobę, dużo czasu spędza z nią tata, dba o nią, przebiera, myje, karmi, podaje leki, zmienia pieluchy. Wiem, że bardzo mamę kocha.
Poza tym mama ma też opiekunkę, bo tata dużo pracuje i czasem wyjeżdża służbowo.
Ja też staram się pomagać przy mamie, ale chodzę jeszcze do szkoły, muszę się uczyć, chcę iść na studia, chciałabym po prostu mieć swoje własne życie.
Tata nie zmusza mnie do pomocy, ale i tak sama z siebie staram się przynajmniej raz dziennie nakarmić mamę, wziąć ją na spacer, czy po prostu posiedzieć z nią przed telewizorem.
Jakiś czas temu odkryłam coś niechcący. Mój tata zostawił telefon w salonie, a sam poszedł do łazienki. W tym czasie dostał wiadomość, więc odruchowo spojrzałam na ekran. Była to wiadomość od jakiejś kobiety, zaczynającą się słowami "Było wspaniale. Nie mogę się doczekać, kiedy znów cię zobaczę... ".
Nie weszłam w wiadomość, nie chciałam czytać dalej. Nie chcę wiedzieć, choć i tak jest to oczywiste.
Mój tata wciąż jest jeszcze młody, ma dopiero 40 lat, jest przystojny, inteligentny, zabawny, ma wiele talentów, między innymi gra na kilku instrumentach i pięknie śpiewa, maluje, fotografuje, komponuje muzykę.
Ze względu na mamę musiał zmienić swoje życie, wiem, że marzył o karierze muzycznej, grał nawet kiedyś w zespole rockowym, z którego musiał zrezygnować, gdy mama zachorowała.
Z jednej strony rozumiem mojego tatę. Czuje się samotny, zamknięty w świecie, który go unieszczęśliwia i męczy, poświęcił swoje życie chorej żonie. A przecież jest tylko człowiekiem, ma swoje potrzeby, ma uczucia.
Powiadomienie o tym mamy byłoby całkowicie głupie i bez sensu, bo jedynym efektem byłoby zranienie jej. Mama i tak nie może odejść, jest zdana na tatę i jego łaskę. Nie mogłaby mu nawet wykrzyczeć tego, co czuje.
Z tatą rozmawiać też nie zamierzam. Jeśli to jest to, czego on potrzebuje i jest to sposób, w jaki jest w stanie jakoś przez to wszystko przejść, to ja to rozumiem i akceptuję.
Chciałabym, żeby tata choć przez chwilę był szczęśliwy i mam nadzieję, że w tych chwilach z kochanką/ami właśnie tak się czuje. Wolny i szczęśliwy.
Codziennie przeglądałam stronę z "HUB" na końcu, dział "amatorskie". Nie po to, żeby sobie używać, ale z obawy, że znajdę tam nagrania mojej córki...
Przyznała mi się, że nagrywała (mając 17 lat) ostre filmiki ze swoim chłopakiem. Już sam ten fakt mną wstrząsnął, ale później przyznała mi się, że zgubiła telefon. Nie wie gdzie i kiedy... Wie tylko, że nie miała hasła do ekranu, "bo po co". Dzwoniłam dziesiątki tysięcy razy na jej telefon, ale nigdy nikt nie odebrał. W końcu telefon musiał paść.
Ciągle obawiałam się, że znajdę tam moją córkę w roli głównej. Przeglądałam internet godzinami. Porno opatrzyło mi się już strasznie...
Wtedy przychodzi ona, moja mała "gwiazdka porno" i mówi, że znalazła telefon - cały czas był pod jej własnym łóżkiem, ale że był wyciszony i ekranem do dołu, to nie rzucał się w oczy.
Najgorsze jest to, że nawet nie wiedziałam, że ma chłopaka. Gdy zaproponowałam, czy może by go przedstawiła, to się okazało, że to nie taki chłopak, a dorosły, 29-letni facet.
Życie bardzo brutalnie mnie uświadomiło, że matką roku to ja nie jestem.
Nie dotarłem do pracy z powodu kota... To nie jest jedna z tych uroczych historii w stylu: "kot usiadł mi na kolanach i nie mogłem nic zrobić".
Standardowo wstałem o niebotycznej godzinie, wyszykowałem się, zabrałem cały swój podręczny biurowy osprzęt i zapakowałem się do samochodu. Jeszcze zanim przekręciłem kluczyk w stacyjce, moje oczy zaczęły piec i łzawić, a ja nie mogłem powstrzymać się przed kichaniem. Zdążyłem kątem oka zobaczyć kota (!) na tylnym siedzeniu w moim samochodzie, po czym zerwałem się z siedzenia i zatrzasnąłem za sobą drzwi z obcym kotem w środku.
Stałem tam jak debil, patrzyłem przez szybę na tego futrzaka (przysięgam, że się ze mnie śmiał) i dzwoniłem do szefa, żeby powiedzieć mu, że nie mogę dojechać do biura z powodu kota siedzącego w moim aucie. Następnego dnia pół biura śmiało się z tego, że "boję się zwykłego kotka".
Kilka lat temu temu, gdy byłem w 2 klasie gimnazjum, rano, szykując się do szkoły, zastanawiałem się, jakie to jest uczucie chodzić w koronkowych majtkach... Więc wyciągnąłem z szuflady majteczki z koronki swojej mamy i założyłem. Postanowiłem, że pójdę w nich do szkoły, bo przecież i tak nikt się o tym nie dowie.
Przez pierwsze kilka lekcji było w porządku, dopóki na jednej z nich nie przyszła pielęgniarka. Okazało się, że są badania i musiałem się przy kolegach rozebrać do bielizny...
Od paru dni spędzam urlop u mojej babci, która mieszka w niewielkim miasteczku. Wczoraj zabrałem ją do kościoła. Postanowiłem zostać na mszy, aby móc zawieźć nestorkę mojego rodu do domu. Kiedy ksiądz powiedział „Przekażcie sobie znak pokoju”, ludzie zaczęli podawać sobie ręce. Mało nie przewróciłem się ze śmiechu, kiedy zobaczyłem, że babcia przed podaniem komuś dłoni obficie spryskiwała rękę zaskoczonej osoby jakimś środkiem antybakteryjnym, który wyjęła z torebki.
Dodaj anonimowe wyznanie