Przedszkole prowadzone przez zakonnice, okres przedwakacyjny. Czas na leżakowanie. W moim przedszkolu była zasada, że młodsze dzieci idą spać, a starszaki mogą bawić się na dworze. Sala do spania jak każda inna w latach 90., polowe drewniane łóżka i pościel z wyszytym przez mamkę imieniem. Z racji że byłam nieznośna i rzadko spałam, to zwyczajnie leżałam i udawałam śpiocha.
W pewnym momencie do sali wpada przestraszona siostra wraz z zakrwawionym sześcioletnim chłopcem. On cały we krwi, głowa wygięta w tył, krew lejąca się po szyi. Byłam pewna, wiedziałam na sto procent... Pewnie był niegrzeczny i zakonnica ucięła mu głowę! Oczami wyobraźni wydawało mi się, że ta głowa wisi i dlatego siostra ją trzyma. W rogu sali była apteczka, słyszałam stamtąd jakieś krzyki, że chłopiec był na huśtawce i był wypadek. Później siostry wyszły z chłopcem, a ja żyłam jeszcze przez bardzo długi czas w przekonaniu, że on stracił głowę przez zabawę na huśtawce, bo jak po wakacjach wróciłam do przedszkola, to jego już nie było. I tylko ja i siostry wiemy o całej sprawie. Unikałam huśtawek jak ognia przez resztę przedszkola.
Dopiero po czasie ogarnęłam, że przywalił nosem o tę nieszczęsną huśtawkę i dlatego lała się krew, a nie widziałam go już więcej, bo poszedł od września do szkoły. Jednak zawsze gdy sobie o tym przypominam, mimo dwudziestu kilku lat życia, wolę wierzyć w wersję, że ta zakonnica mu zwyczajnie ucięła łeb.
Może tym wyznaniem nie odkryję Ameryki, bo zdaję sobie sprawę, że większość osób wie, jak obecnie leczy się inne choroby niż covid u nas w Polsce, ale opowiem Wam moją historię z wczoraj.
Leczę się na pewne schorzenie już parę lat. Co jakiś czas muszę robić USG, badanie krwi, przyjmuję potrzebne leki, mam określoną dietę.
Leczę się w placówce z kilkoma oddziałami w moim mieście, w której przyjmują lekarze wszystkich specjalizacji. Rok temu na wizytę u lekarza na NFZ czekało się 1, 2, max 3 dni. Dziś około 2 tygodni. Prywatnie wizyta możliwa jest codziennie, można sobie nawet wybrać godzinę.
W dniu wczorajszym, gdy doczekałam dnia mojej wizyty, udałam się pod wskazany gabinet. Wizyta na 15:15. Weszłam do gabinetu o 15:50, bo pan doktor (było słychać przez drzwi) miał teleporady z pacjentami z covidem. Mało tego, gdy już weszłam do środka, podczas mojej wizyty dwa razy do lekarza zadzwonił telefon, też pacjenci z covidem, wystawiał im skierowania na test. Oczywiście te telefony rozpraszały lekarza, pytał potem "to o czym rozmawialiśmy?". Miałam wrażenie, że w ogóle nie skupiał się na mnie i moim problemie, coś tam przytakiwał, nos w komputerze, a gdy tylko dzwonił telefon, to jakby inny facet, zadowolony "tak, zrobimy test, nie ma problemu, nie ma co się stresować" itp. Żadnego "przepraszam, musiałem odebrać", nic. Krótko mówiąc poczułam się zlekceważona, olana przez lekarza i cały ten system leczenia. Zalecenie USG brzucha i powtórka z rozrywki. Na NFZ termin za 3-4 tygodnie (wcześniej czekało się około tygodnia), a prywatnie na wizytę umówiłam się na jutro.
Kolejnym przykładem jest mój szwagier z bólem kolki nerkowej. Pomyślał, że ma 5 minut piechotą do szpitala, więc nie wezwie karetki. Prawie godzinę chodził wkoło szpitala z bólem nie dającym mu się wyprostować, zalany potem, z mdłościami, pukał od drzwi do drzwi - SOR, przychodnia przyszpitalna, inna przychodnia i nic "nie przyjmiemy pana, niech pan gdzie indziej jedzie". Następnego dnia zrobił prywatnie USG i okazało się, że ma zastój w nerce (!), który finalnie może doprowadzić do niewydolności nerki. Z tym USG na szczęście przyjęli go w innym szpitalu i zrobili zabieg.
Jestem w stanie wszystko zrozumieć, ale jednego nie potrafię: może i jest 900 tys. chorych na covid, ale jest też 38 milionów innych osób z setkami innych chorób, gdzie niektórzy potrzebują opieki na już. Wszyscy skupili się na covidzie i niestety sporo osób umrze przez covid, ale nie dlatego, że na niego choruje, ale dlatego, że choruje na coś innego, bo pacjent z covidem, mimo że większość nawet nie ma objawów, jest "ważniejszy".
Moja mama, będąc już w dziewiątym miesiącu ciąży, leżała wieczorem razem z tatą w łóżku i opowiadała mu historię swojej koleżanki z pracy. Koleżanka ta w nocy spostrzegła, że zaczęła rodzić i zaczęła krzyczeć do swojego chłopaka: "Wody mi odeszły! Wody mi odeszły!", na co on półprzytomny spytał: "Marysiu, gdzie płyniemy?".
Oczywiście mój tata, prawdziwy bohater, zadeklarował się, że kiedy przyjdzie już ten moment, on będzie w pełnej gotowości. Chyba nie spodziewał się, że chwila ta nadejdzie tej samej nocy, kilka godzin później, bo na okrzyki mojej mamy, że wody jej odeszły, śpiącym głosem odpowiedział: "A ty jeszcze to opowiadasz...?".
Kiedyś byłam na randce z facetem, którego poznałam w Internecie. Jestem wysoką dziewczyną, dlatego od razu pytam kolesi, jaki mają wzrost. Facet był wyższy ode mnie, czyli mogłam założyć obcasy. Podczas spotkania było fajnie i miło. Szliśmy sobie parkiem, gadając o wszystkim, gdy nagle noga mi się podwinęła, wywinęłam orła i na moje nieszczęście obcas się odłamał. Było mi bardzo wstyd, ale chłopak podszedł do tego z humorem. Pomógł mi doczłapać się do samochodu i podwiózł do domu. Jako że jestem dobrą kobietą, w zamian za pomoc uraczyłam go kawą.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia dostałam kurierem nową parę butów na płaskim obcasie z karteczką: "Załóż je następnym razem, a mój urok cię nie powali".
Znajomi moich rodziców ze studiów mieli żółwia. Nie był to żółwik z tych, które są małe i trzyma się je w akwariach/ terrariach, tylko było to całkiem spore żółwisko. Z tego powodu zwierzak ten swobodnie chodził sobie po mieszkaniu - zupełnie jak pies czy kot. Ale żółw, jak to żółw - lubi od czasu do czasu popływać.
Owi znajomi mieli w domu nieobudowaną wannę. Gdy Henio chciał popływać, szedł do łazienki i... stukał swoją skorupą o wannę. Robił to tak długo, aż ktoś przyszedł, nalał mu mu wody do wanny i go do niej włożył. Następnie żółw zostawał pozostawiony sam sobie, by mógł się nacieszyć kąpielą. A co, gdy chciał wyjść z wody? Henio nurkował i pazurem wyciągał z wanny korek. Gdy cała woda spłynęła, wtedy znów stukał skorupą o wannę i czekał, aż ktoś go z powrotem wyciągnie.
I niech mi ktoś powie, że żółwie nie są inteligentne...
Kiedyś pracowałem w pizzerii. Jako nowy pracownik zostałem dokładnie przeszkolony, abym wiedział jakie są moje obowiązki. Na niektórych zmianach odpowiedzialny byłem za przygotowywanie ciasta, na innych musiałem przyjmować zamówienia, a jeśli trafił mi się dyżur wieczorny, to moim zadaniem było posprzątanie kuchni. Jako że żyję dość skromnie, a w tamtych czasach posiadanie tak zaawansowanego technologicznie sprzętu, jakim jest zmywarka, było prawdziwą rzadkością, już pierwszego dnia miałem spory problem z obsługą tego wynalazku. A że nikogo ze mną na zmianie wówczas nie było, nie chciałem wyjść na pierdołę i postanowiłem sam rozgryźć wszystkie funkcje tego urządzenia. Okazało się to dość proste. Ustawiłem program, wstawiłem naczynia, a na koniec wlałem do specjalnej przegródki pół butelki płynu do naczyń i nacisnąłem guziczek START… Nie wiedząc, że do zmywarek powinno się wkładać specjalne tabletki, bardzo z siebie zadowolony wyszedłem na papierosa.
Kiedy wróciłem ze zgrozą zobaczyłem, że cała kuchnia pokryta była grubą warstwą piany, która dosłownie rosła w oczach. Piana była dosłownie wszędzie – na podłodze, na szafkach, suficie, kuchence, na mnie… Aby ratować sytuację, musiałem przedrzeć się do zmywarki, awaryjnie otworzyć ją i przez pół nocy sprzątać całą kuchnię. Wyglądałem jak zimowy bałwan po tygodniu walki na froncie. Cztery razy wywróciłem się na śliskiej od płynu podłodze. Skończyłem robotę koło 4 nad ranem i nieprzytomny wróciłem do domu.
Dopiero pół roku później dowiedziałem się, że przemysłowa kamera zarejestrowała całą moją rozpaczliwą akcję. Filmik został odpowiednio skrócony, kilkukrotnie przyspieszony, okraszony muzyką z „Benny’ego Hilla” i hula do dziś po sieci :/
Jestem pielęgniarką i wracałam po dyżurze zupełnie wyczerpana. Ok. 8 rano byłam na chyba największym skrzyżowaniu w Łodzi. Przechodziłam przez drogę zmęczona i niewyspana. To był czas, kiedy dopiero niedawno przeprowadziłam się do Łodzi z miasta, gdzie nie było tramwajów.
Nagle patrzę, a na torach przed tramwajem stoi niewidomy z laską. Widząc tę sytuację włączyło się we mnie moje zboczenie zawodowe i rzuciłam mu się na ratunek. Podbiegłam do faceta i zaczęłam szarpać go za laskę i krzyczeć, że tramwaj go przejedzie...
Jak się okazało, to nie był niewidomy, tylko maszynista tramwaju wyszedł zmienić zwrotnicę, bo miał skręcać. Więc tą swoją "laseczką" grzebał w "dziurze", żeby przestawić wspomnianą zwrotnicę.
Na pewno wyobrażacie sobie tłumy ludzi idące do pracy na 8 godzinę i minę tego maszynisty. Powiedział tylko, że dziękuje, ale że on widzi i prowadzi ten tramwaj.
Tak oto niepotrzebnie szarpałam laskę obcemu mężczyźnie na środku skrzyżowania.
Na studiach pracowałam jako kelnerka.
Kiedyś roznosiłam jedzenie, gdy wpadł na mnie jakiś facet. Taca z całym jedzeniem wylądowała na podłodze i jego koszuli.
W moich oczach rozbite szklanki i wizja płacenia za szkody, a w jego tylko złość. Przy wszystkich zaczął na mnie krzyczeć dlaczego nie patrzę jak chodzę i co to za kelnerka, skoro nawet głupiej tacki utrzymać w ręce nie potrafi. Chciałam to wszystko pozbierać, ale on złapał mnie za ręce i dalej swoje. Dopiero jak zobaczył, że za chwilę się rozpłaczę, to ochłonął, puścił mnie i wyszedł.
Pozbierałam wszystko, wyrzuciłam i zgłosiłam kierowniczce, że rozbiłam talerze, żeby to później odjęła z mojej wypłaty.
Kilka dni później dowiedziałam się, że ten człowiek przyszedł do restauracji, gdyż chciał zapłacić za to, co wywróciłam, bo to była jego wina. Nie wiem jak, ale znalazł mnie na Facebooku. Napisał i przeprosił za swoje zachowanie, tłumacząc się złym dniem.
Nigdy w życiu nikt mnie tak miło nie zaskoczył.
Gdy miałam sześć lat, poszłam jak w każdą środę na zajęcia z baletu. Była ze mną moja babcia, która siedziała z innymi opiekunami przy stolikach w jednej z sal. Dzieciaki zaś wygłupiały się na korytarzu, czekając na swoje zajęcia. W pewnym momencie spadłam z blatu, na którym siedziałam z innymi dziewczynkami. Podobno huk był ogromny. Pamiętam piekący ból, moje wycie i natychmiastowe pojawienie się dorosłych, z moją babcią na czele.
Babcia, zazwyczaj pierwsza histeryczka, wrzeszcząca "JEZUS MARIA" gdy choćby przeszłam obok włączonego żelazka, tym razem po prostu ściskała mnie bez słowa. Otoczyli nas ludzie, a ja tylko czułam jak bardzo mi niedobrze i jak koszmarnie boli mnie lewa ręka. Po chwili z tłumu wyszła jedna z mam i powiedziała, że zabiera nas do szpitala.
My nie miałyśmy auta, więc była to naprawdę ogromna pomoc.
Pamiętam jaka serdeczna i miła była tamta pani. Powiedziała swojej córce, że posadzimy mnie w jej foteliku, bo bardzo się źle czuję i próbowała żartować, że jadę jak królowa. Zagadywała wesoło i spokojnie mnie i moją babcię. Podwiozła pod same drzwi szpitala, weszła i upewniła się, że jesteśmy w dobrym budynku i że nie musimy nigdzie chodzić, po czym serdecznie nas pożegnała.
Zawsze byłam pewna, że mama albo babcia skontaktowały się z nią, żeby podziękować za pomoc i dobre serce, wręczyły prezenty dla niej i córki. Może nie myślałam o tym jako 6-latka, ale im byłam starsza, tym częściej widziałam jak serdecznie moja rodzina wyraża swą wdzięczność za otrzymaną pomoc i wsparcie.
Dodam, że jej córka była w młodszej grupie (mama czekała na koniec jej zajęć, a moja babcia na początek moich), i nie znałyśmy się za dobrze. Rodzice i dziadkowie siedzieli razem na sali, a dzieciaki wygłupiały w szatni lub korytarzu.
Ostatnio zagaiłam jednak mamę, jak udało się jej podziękować tej pani.
Mama spojrzała na mnie i ze smutkiem oświadczyła, że krótko po tym wydarzeniu ona i jej mąż zginęli w wypadku samochodowym. Z tyłu, na królewskim foteliku, siedziała ich córka. Ona przeżyła.
- Wiesz, ta pani była w ciąży... a ich dziewczynka była niestety niepełnosprawna umysłowo, ale chyba zauważyłaś?
Nie zauważyłam. Po prostu była wtedy dość milczącą pięciolatką. Ot, kolejna baletnica z "maluchów".
Jest mi tak strasznie przykro, wielu szczegółów związanych z tym wypadkiem nie jestem pewna, są rozmyte, ale serdeczność i uśmiech tamtej pani zapamiętałam bardzo dobrze.
Niby minęło tyle lat, a ja nie mogę pozbyć się tego okropnego poczucia niesprawiedliwości i żalu, że do tej umówionej kawy mojej mamy i tej pani nigdy nie doszło, że ona i jej córka nie dostały prezentów, że zginęła wraz z nienarodzonym dzieckiem i mężem, że ich niepełnosprawna córka została sierotą.
Tak bardzo dziękuję za Pani dobre serce.
Nienawidzę hałasu.
Z tego powodu kupując mieszkanie zdecydowałem się zamieszkać na osiedlu, gdzie dominującą grupą są emeryci.
Wydawać się może - sielanka, żadnych głośnych imprez, cisza i spokój.
Niestety bańka pękła już pierwszego wieczoru, kiedy to ze snu wybudziły mnie odgłosy rodem z najgorszego filmu dla dorosłych. Dosłownie myślałem, że ktoś morduje jakiegoś biednego psa. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy ten same jęki obudziły mnie niczym świt, a mało tego - towarzyszyły jeszcze kilkukrotnie w ciągu dnia. Ich głośność była naprawdę bardzo duża, gdyż pochodziły z mieszkania nade mną.
Pomyślałem - róbcie sobie ludzie co chcecie, ale takie jęki o 5 nad ranem to coś bardzo irytującego, więc postanowiłem wyjaśnić tę sytuację.
Okryłem tajemnicę - sąsiadka z góry zajmuje się swoją mamą. Kobieta jest w stanie wegetatywnym, nie ma z nią żadnego kontaktu, nie mówi, nie je i praktycznie cały czas krzyczy albo jęczy przeraźliwie głośno.
Możecie mnie w tym momencie zlinczować.
Naprawdę współczuję zarówno tej chorej kobiecie, jak i (i to zdecydowanie bardziej) jej córce, która musi się nią zajmować.
Ale jestem na skraju swojej wytrzymałości.
Mieszkam tu od roku. Przed koronawirusem większą część dnia spędzałem poza domem i udało się mi się unikać tych dźwięków (z wyjątkiem tych rannych i nocnych). Przez kwarantannę i pracę zdalną jestem na skraju szaleństwa.
Te krzyki i jęki nie ustają, są w każdej godzinie mojego życia. Nie mogę się na niczym skupić, nie mogę pracować, w spokoju odpocząć, zrobić czegokolwiek. Zatyczki do uszu pomagają na chwilę, spróbujcie je nosić 24/7 - tak się po prostu nie da. Żebyście mogli zrozumieć skalę tego hałasu - podczas spotkań wideo w pracy, jeśli mam włączony mikrofon, to te jęki słyszą również moi klienci. A naprawdę brzmią one jak dość jednoznacznie, więc zażenowanie jest wypisane na ich twarzach.
Możecie mi powiedzieć, że nie mam w sobie zrozumienia dla choroby innych i robię problem z niczego.
Proszę, możecie mnie zlinczować, ale zanim to zrobicie, odpalcie na jakimś głośniku - dość głośno, zapętlone na 16 godzin odgłosy filmu dla dorosłych, zamknijcie to w szafie i starajcie się normalnie funkcjonować, pracować i spać przez choćby jedną dobę.
Ja naprawdę nie wiem już, co mam zrobić. Przeprowadzka nie wchodzi w grę, wielkie remonty wyciszające moje mieszkanie też nie. Naprawdę jestem na skraju swojego wytrzymania i zmęczenia.
Anonimowe w tym wyznaniu jest to, że od roku nie marzę o niczym innym niż o widoku karawanu przyjeżdżającego po tę kobietę.
Dodaj anonimowe wyznanie