Jak byłam mała, byłam bardzo ciekawska i nie wiedzieć czemu postanowiłam sprawdzić dokładniej swoją anatomię. Z ciekawości chciałam zobaczyć jak głęboko włożę palec w pupę. Były to czasy podstawówki, więc nie miało to żadnego podtekstu.
Podczas tego eksperymentu dotknęłam czegoś bardzo twardego i wystraszyłam się, że to kręgosłup. Pochwaliłam się potem koleżance, że dotknęłam kręgosłupa od drugiej strony... Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że to była kupa.
Koleżance się nie przyznałam do błędu poznawczego.
Jako dziecko zawsze byłam chłopczycą i wszędzie mnie było pełno. Od dachów komórek po najwyższe drzewa. Często wybierałam się z grupą znajomych na tzw. szaber. Wpadaliśmy wieczorami na ogródki działkowe i jedliśmy sobie wszelkie owoce.
Tak było do tego feralnego dnia.
Na upatrzonej wcześniej działce rósł piękny winogron. Aż żal było się nie poczęstować. Wszyscy zrywali na dole, a ja weszłam na drzewo i stamtąd zrywałam pyszne owoce. Nagle szum wrzask i pisk! Z altanki wychodzi facet i goni towarzystwo, wszyscy w długą. A ja na drzewie! Nie było jak uciec. Zeskoczyłam, ale oczywiście tak niefortunnie, że skręciłam kostkę. Byłam bez szans. Facet mnie dopadł. Trochę się pienił, że dziewczyna, że takie zachowanie, że powie rodzicom itd.. Jakoś udało mi się go udobruchać i mnie puścił.
Mija dobrych kilka lat. Przyszła dorosłość, no i praca. Jakie było moje zdziwienie i zmieszanie, gdy moim kierownikiem, który siedzi biuro obok okazuje się ten sam facet! Z racji tego, że to aktualnie to pan przed emeryturą, więc i pamięć nie ta, temat pozostał nieruszony przez jakieś 5 lat. Lecz kiedyś nadarzyła się zakrapiana impreza pracownicza. I jak to po procentach, człowiek staje się szczery i wylewny... Opowiedziałam mu o tym zdarzeniu sprzed lat. Sytuację pamiętał, ale nie skojarzył, że to ja. Jego komentarz do sprawy był bezcenny: "Młoda, trzeba było mówić, że to ty, to bym ci sam narwał tego winogronu!"... Kij, że poznaliśmy się jakieś 15 lat później :)
W poniedziałek po powrocie do pracy na moim biurku leżała miska z winogronami z jego ogródka :)
Mam w pracy zastęp pań, które ciągle mówią o nierówności płci, patriarchacie i o tym, że mężczyźni są bardziej uprzywilejowani. Moje koleżanki nie wiedzą o tym, że moja żona spotykała się z dwoma kochankami przez trzy lata naszego wspólnego życia, zadłużyła mnie, parę razy mnie pobiła, a wyprowadzając się zabrała ze sobą dwóch naszych synów. O prawa do widzenia się z nimi częściej niż raz w tygodniu walczyć muszę w sądzie, bo moja była partnerka skalkulowała sobie, że im mniej czasu z nimi spędzę, tym większe alimenty będę musiał płacić.
Ostatnia rozprawa miała miejsce wczoraj. Pani sędzia jasno dała mi do zrozumienia, że dzieci zostają z matką i w najlepszym wypadku dostanę prawo do spotykania się z moimi synami przez parę godzin, dwa razy w tygodniu.
No i ja się pytam - gdzie ten słynny patriarchat, nierówność płci i męskie przywileje?
Mam ponad 30 lat i dobrą pracę. Moja siostra od zawsze była tą, która radziła sobie gorzej. Rodzice obiecali nam nowe rowery za "czerwone paski"? Ja takowy miałam, ona nie. Obie dostałyśmy rower, bo inaczej "ona byłaby poszkodowana". No OK.
Zaraz po maturze siostra wyszła zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Rodzice żeby jej pomóc na start pozwolili jej mieszkać w domu po dziadkach, który miał odziedziczyć ojciec. Wciąż OK. Ja studiuję, póki co nie planuję zakładać rodziny, na wynajmowanym jest spoko.
Kiedy kończyłam studia, siostra zdecydowała wyprowadzić się zagranicę, pracuje tam fizycznie za najniższą krajową. Przez 2 lata dom po dziadkach stał nieogrzewany i niszczał.
Akurat złożyło się tak, że rozstałam się po 8 latach związku z facetem. Szukałam mieszkania na wynajem, więc rodzice wpadli na pomysł "po co masz płacić obcym, jak tam dom stoi pusty i niszczeje?". Stwierdziłam, że super, ja zaoszczędzę, oni też będą mieli zysk, bo domem ktoś się zaopiekuje. W sumie sytuacja typu win-win.
Tymczasem okazało się, że dom jest ruiną. Trzeba w niego zainwestować kilkadziesiąt tysięcy (jak nie więcej), żeby miało to sens. W najpilniejsze prace zainwestowałam, ale stwierdziłam też, że w międzyczasie okolicę przejęli deweloperzy, w związku z tym z cichej wioski zrobił się moloch i na wyjazd z osiedla czekam tyle, że do pracy w najbliższym dużym mieście (10 km) dojeżdżam godzinę. Rodzice też w kółko powtarzali "dom zapiszemy w spadku A (siostrze), bo to było jej obiecane". Nic dziwnego więc, że nie mam ochoty w niego inwestować więcej niż to konieczne. Stwierdziłam, że odłożę pieniądze na wkład własny i kupię coś bliżej centrum, skoro nie jestem uwzględniona w żadnym "spadku".
Dziś w rozmowie pochwaliłam się mamie, że mam już na wkład własny na 2 pokoje w miarę blisko centrum dużego miasta, gdzie pracuję. Myślałam, że się ucieszy, że tak szybko mi poszło. Spodziewałam się czegoś w stylu "Brawo, córeczko! Jesteśmy z ciebie dumni", a usłyszałam, że jestem najgorszą córką na świecie, bo:
a) chcę się wyprowadzić 10 km od nich i "kto się będzie nami zajmował na starość, skoro twoja siostra wyjechała" (dodam, że oboje są w sile wieku, więc ta "starość" to może nadejść za 20 lat)
b) "dom zniszczeje i straci na wartości" (przypominam, że jedynym spadkobiercą jest siostra).
Po tym był jeszcze wyrzut, że odwiedzam ich zbyt rzadko (co weekend, siostra może raz do roku).
Od teraz zacznę się pojawiać chyba raz w miesiącu... albo do roku. Może wtedy docenią.
Kiedyś pracowałem w laboratorium fotograficznym. Jednego dnia przyszedł koleś, którego znam z liceum. Wyjął z aparatu kartę pamięci, podał mi ją i mówi, że jest tam 6 zdjęć jego dziewczyny nago i żebym mu zrobił po 10 odbitek każdego. Dodał, że jak chcę mogę sobie zrobić też kopie dla siebie, bo dziewczyna to szmata, która właśnie z nim zerwała i wkrótce gorzko tego pożałuje.
Faktycznie, takie zdjęcia były na karcie... Ale po chwili wewnętrznych rozterek skasowałem całą zawartość i wróciłem do kolesia z informacją, że "Niestety system plików na karcie był uszkodzony, próbowałem odzyskać zdjęcia, ale się nie udało, wszystkie są stracone". Koleś się wpienił, zaraz cały czerwony, jak nie zaczął rzucać kur*ami, no ale w końcu poszedł.
Nie znam tej laski, więc w sumie powinno mi być wszystko jedno, ale tak sobie pomyślałem wtedy - co jakby padło na moją siostrę?
Lata temu pojechaliśmy z kolegami na wagary do Warszawy. Koledzy jak zwykle wyjęli papierosa i zaczęli palić, a ja stwierdziłem, że pójdę się przejść do parku.
W parku widzę mężczyznę. Wydaje mi się, że twarz znajoma. Podchodzę, a tu Kuba Wojewódzki! Spytałem o autograf i poprosiłem, czy mógłby powiedzieć do mnie "Cześć, Seba", jak będę przechodził z kolegami.
Parę minut później idziemy przez park, kolega zauważa Kubę. Zaczyna się rozmowa, że jest okazja autograf wziąć, pogadać. W końcu idziemy w jego kierunku, a Kuba mówi "Ooo, cześć Seba".
Miny kolegów nie do opisania :)
Niedawno na krakowskim dworcu kolejowym odprowadzałem swoją dziewczynę na pociąg do domu. Weszła do wagonu, usiadła i czekała na odjazd, a ja stałem wśród ludzi na peronie. Nagle od boku podchodzi do mnie niewidomy i kulturalnie pyta, czy ma przed sobą wagon numer 13. Stanąłem na palcach żeby dojrzeć numerek nad ludźmi, ale niestety było zbyt gęsto. Odpowiedziałem mu "Przykro mi, ale nie widzę". On ze stoickim spokojem i uśmiechem odparł: "No widzi pan, ja mam ten sam problem".
Jakieś dwa lata temu okazało się, iż moje piękne i proste uzębienie może zostać zepsute przez ósemki, które jeszcze były w dziąsłach, ale rosły naciskając na siódemki. Dlatego musiałam mieć je usunięte.
Gdy czekałam na swoją kolej przed gabinetem pana doktora, była tam również dziewczynka, na oko 10 lat, ze swoją mamą. Jej zachowanie mnie delikatnie irytowało. Pyskowała do mamy, krzyczała, a gdy jej mama próbowała jej wytłumaczyć, że powinna zachowywać się cicho, ta plunęła na nią i się śmiała. Zdziwiło mnie, że matka na to nie zareagowała. Bardzo lubię dzieci, ale to był wyjątkowo rozwydrzony bachor!
Weszłam do gabinetu ze strachem, ale jakoś to poszło. Tak się złożyło, że gdy rozcięli mi dziąsło i wiercili kość, krew opryskała twarz pana doktora oraz moje ubranie. Po zabiegu mi się trochę zemdlało i położyli mnie z nogami w górze. Weszła jakaś pielęgniarka. Jak otworzyła drzwi, to wszyscy w poczekali mnie widzieli, łącznie z opisaną wyżej dziewczynką. Szyderczo się do niej uśmiechnęłam. Po wszystkim podziękowałam doktorowi i wyszłam. Tak, z ubraniem całym we krwi.
Twarz tej małej dziewczynki nie wyglądała już tak wesoło. Korzystając z okazji, że jej mama właśnie weszła o coś zapytać lekarza, podeszłam do niej i szepnęłam na ucho: "Jak nie będziesz szanować innych, a szczególnie swojej mamy, to załatwią cię tak, jak mnie..." i odeszłam z diabelskim uśmiechem. Nigdy nie zapomnę strachu w oczach tej małej jędzy!
Przed zabiegiem w szpitalu miałam rozmowę z anestezjologiem. Standardowy wywiad, choroby, leki, informacje o przebiegu operacji.
Po jakimś czasie lekarka ujmuje moją dłoń i trzyma. Cisza w szpitalu, bo to już była prawie 21. Nie wiem, o co jej chodzi, ale patrzę jej w oczy, bo to w sumie bardzo miłe. I tak patrzę, i patrzę w te jej oczy, a ona mnie trzyma za rękę.
Że też się nie zorientowałam, że skoro jednocześnie przykładała mi stetoskop do klatki piersiowej, to znaczyło, że sprawdza tętno. Robi się to i na sercu, i na obwodzie (nadgarstek)...
Nie, nie byłam już nastolatką.
Pracuję jako programista. Zdalnie, z domu, co sprawia, że rzadko gdzieś wychodzę. Ostatnio właśnie był taki dzień, że wyszedłem z domu. Patrząc w lustro w windzie zwróciłem uwagę, że dość mocno zarosłem. Akurat w bloku obok otworzył się nowy fryzjer, więc zajrzałem.
Fryzjerką okazała się być bardzo ładna, wręcz piękna dziewczyna. W trakcie strzyżenia zagadywała, szybko przeszliśmy na "ty". Rozmawialiśmy o pogodzie, planach na wakacje itp. pierdołach. W pewnym momencie spytała mnie, jaką mam pracę. Moja odpowiedź pobiła rekord błyskotliwości: "Pracuję jako programista... A TY?".
Dodaj anonimowe wyznanie