Mieszkam w UK i niedawno miałam ciekawą sytuację w supermarkecie. Gdy ja wybierałam produkty w dziale mięsnym, obok stała sobie kobieta i zaraz obok niej jakiś facet z innym gościem. Kobitka bierze ostatnią paczkę parówek i wtedy facet odzywa się i mówi czystą polszczyzną:
- Kur*iszon zaje*ał ostatnią paczkę parówek...
W tym momencie kobieta zrobiła zamach ręką, rzuciła mu prosto w twarz tą paczką i powiedziała:
- Masz, nażryj się, ch*ju!
Padłam :)
Ostatnio idę sobie z kolegą chodnikiem i nagle poczułem, jak coś mokrego/lepkiego dotknęło mojej głowy, a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Byłem w szoku. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś chce mnie porwać. Przez kilka sekund skakałem, wierzgałem i próbowałem się wyrwać nieistniejącemu napastnikowi, krzycząc przy tym wniebogłosy. Dopiero po chwili (naprawdę byłem w szoku), wpadłem na pomysł pociągnięcia za to co mi spadło na głowę i byłem zdziwiony, że poszło tak łatwo (bez żadnego oporu).
Okazało się, że komuś spadł mokry ręcznik z balkonu, a gdy tylko go zdjąłem zorientowałem się, że wszyscy na mnie patrzą.
PS Kupel śmieje się ze mnie do dziś i sumiennie dopilnował, by nie było ani jednego mojego znajomego, który by o tej historii się od niego nie dowiedział.
Mając mniej niż 10 lat, zrobiłem sobie z kolegami spływ na materacach rzeką w moim mieście. Nasi rodzice dowiedziawszy się o tym, zorganizowali akcję poszukiwawczą i szukali nas po lesie, biegając i jeżdżąc rowerami przy brzegach rzeki. Najlepsze, że my myśleliśmy, że ktoś nas goni i staraliśmy się płynąć jeszcze szybciej.
Gdy wróciliśmy pod blok, mój ojciec już stał w bramie i czekał na mnie. Nigdy tak szybko nie wbiegłem na 4 piętro jak wtedy... Lanie było, i choć wyprawy nie żałuję, to swoim dzieciom o takich zabawach nie opowiem ;)
Kiedyś, gdy byłam jeszcze młodą naiwną turystką, podczas wyjazdu do Hiszpanii chciałam sobie zrobić zdjęcie na tle pewnego zabytkowego kościoła. Jako że w tamtym czasie nikt nie wpadł jeszcze na skonstruowanie selfie-sticków, takie przedsięwzięcie wymagało nawiązania interakcji z inną osobą. Podeszłam więc do jakiegoś chłopaka i poprosiłam go o przysługę strzelenia mi fotki. Uroczy młodzieniec powiedział, że z chęcią to zrobi, tym bardziej że jest zawodowym fotografem i zna się na znakomitym kadrowaniu. Kiedy więc pozowałam, powiedział mi: „Stań trochę dalej!”. Zrobiłam więc parę kroków do tyłu. Chłopak kolejny raz dał mi znać, abym przesunęła się jeszcze kawałek. Po chwili znów zrobił gest ręką, więc posłusznie wykonałam jeszcze parę kroków. Kiedy byłam już 15 metrów od mojego fotografa, ten krzyknął: „A teraz… Uśmiech!”. I dał dyla z moim aparatem.
Cóż, własną głupotą zasłużyłam sobie na taki los.
Wracając ze szkoły, zawsze przechodziłam koło dużego domu z wielkim ogrodem, w którym przy budzie był uwiązany mały piesek, który często piszczał i wyglądał na wygłodzonego, więc codziennie rzucałam mu coś do jedzenia. Tego dnia zachowywał się bardzo dziwnie, leżał i prawie w ogóle się nie ruszał, nawet jak rzuciłam mu kawałek bułki, to nie zareagował. Bardzo mnie to zaniepokoiło, więc postanowiłam działać. Najpierw obczaiłam, czy ktoś jest w domu i czy mogę jakoś się tam dostać. Zadzwoniłam, ale chyba nikogo nie było, bo nikt nie otwierał. Wspięłam się więc po bramie i dostałam się za ogrodzenie, szybko odpięłam pieska, przełożyłam go przez bramę, po czym sama uciekłam. Wzięłam go na ręce i szybkim krokiem zaczęłam się oddalać. W domu poprosiłam mamę, żebym pojechała z nami do weterynarza. Okazało się, że pies był niedożywiony i bardzo słaby. Po podaniu odpowiednich lekarstw wróciliśmy do domu i tak oto Gucci, bo tak go nazwałam, został z nami.
Tak, ukradłam psa, ale uwierzcie mi, to naprawdę było silniejsze ode mnie. I wcale nie czuję, że zrobiłam coś złego.
Mam koleżankę Kasię, znamy się od liceum i utrzymujemy ze sobą kontakt. Nie są to częste wizyty czy telefony, średnio raz na dwa miesiące, aby sobie poplotkować. Relację mamy na tyle dobrą, że gadamy o wszystkim, nawet o związkowych kryzysach.
Ostatnio Kasia miała problemy z chłopakiem i zostawiła go z dnia na dzień. Jeszcze szybciej spakowała manatki i wyruszyła do wielkiego miasta, czyli do mnie. Twierdzi, że tylko tutaj ma przyszłość.
Ogólnie to siedzi u mnie i u mojego chłopaka już piąty tydzień, bo szuka pracy idealnej. Kasia nie ma studiów, nie ma matury, a na jej świadectwie najwyższa ocena to trzy z religii. Przedtem pracowała w sklepie. Tutaj chce co najmniej kierownicze stanowisko i pensję minimum 3000 zł na rękę, bo w końcu to miasto wojewódzkie. Miała u nas przekimać przez tydzień (sami mamy malutkie mieszkanko i nam ciasno), a siedzi przez cały czas i nie zanosi się, aby chciała podjąć jakąś pracę i się wyprowadzić. Zakupy zrobiła tylko raz i to dla siebie, bo nie było jogurtów. Nie sprząta po sobie ani nawet nie ugotuje obiadu. Wszędzie z nami łazi, schlewa się i opowiada, że tęskni za byłym. Ale na drugi dzień już mówi, że nie chce z nim być, bo typ mieszka z matką (na ponad 100 m2), a ona się nie godzi na to, żeby mieszkać z teściową.
Przyznaję, że przez cały czas byłam totalnie nieświadoma, jak bardzo Kasia się zmieniła. Nigdy nie błyskała inteligencją, ale była w porządku, taka dziewczyna do tańca i do różańca. Teraz wiem, że po prostu w dupie jej się poprzewracało.
Próbowaliśmy ją usunąć z mieszkania. Po dwóch tygodniach proszenia i aluzji po prosu spakowałam jej manatki i kazałam szukać innego sponsora. To na nic. Potem stała pod blokiem, wydzwaniała domofonem, aż w końcu chłopak się zlitował i ją wpuścił. A teraz nie chce już wyjść.
Ostatecznie zadzwoniłam do jej chłopaka, mówiąc, że Kasia strasznie za nim tęskni i ma przyjechać. Zabrał ją na spacer, a my w tym czasie spakowaliśmy ją i zostawiliśmy jej ciuchy przed mieszkaniem. Przy chłopaku chyba głupio jej było robić taki cyrk i ostatecznie odjechali razem w siną dal.
Od razu też dostałam SMS-a "Dzięki za nic".
Kasiu, jeśli to czytasz, to nie ma za co.
Jak miałam 6 lat, straciłam najważniejszą kobietę w moim życiu - matkę. Tata starał się jak mógł, nie pokazywał, jak jest mu ciężko, żeby podnieść mnie na duchu - i za to jestem mu wdzięczna.
Kiedy miałam 12 lat oznajmił mi, że wyprowadzamy się do Kanady (tata jest Kanadyjczykiem). Ucieszyłam się, bo kocham ten kraj. Powiedział, że najpierw on sam tam pojedzie, załatwi wszystkie formalności, szkołę, odremontuje mieszkanie i przyjedzie po mnie, jak już wszystko będzie gotowe, no i mam się już spakować i czekać na niego, a na razie zostanę z babcią.
Czekałam, czekałam... I dziś mam 22 lata, walizka, którą przygotowałam jako mała dziewczynka jest ciągle spakowana, a ja nadal czekam, aż tata po mnie przyjedzie.
Rodzina już dawno przypięła mi łatkę starej panny. Teraz bardziej czekają aż kupię sobie 3 koty niż na to, że znajdę sobie faceta.
Ostatnio w odwiedziny do mnie wpadła mama. Przed powrotem do domu wstąpiła jeszcze do łazienki. Gdy już się żegnałyśmy, powiedziała:
- Tego po tobie się nie spodziewałam. Zaskoczyły mnie te męskie bokserki na grzejniku. Może nareszcie nam kogoś przedstawisz.
Nie miałam serca jej powiedzieć, że ta "męska" bielizna jest moja. Po prostu podobały mi się gacie z motywem Gwiezdnych Wojen.
Jeździłem wiele lat zawodowo, kilkanaście lat temu mało kto posiadał nawigację, więc jeździło się z mapą i bardzo pomocne było CB radio.
Miałem kiedyś dostawę do jakiejś firmy w Zawierciu, jako że miasta nie znałem, a wkopać się w jakąś złą uliczkę ciężarówką to nic przyjemnego, już od granicy miasta dopytywałem na radiu, jak trafić na adres. Odpowiedzi nie było wcale, aż w końcu zgłosił się jakiś kierowca, mówiąc, że jedzie w tym kierunku i mogę jechać za nim, to mnie podprowadzi.
Podjechał jakiś tam opel, to cisnę za nim, gadamy na radyjku, przeprowadził mnie przez całe miasto, jakiś zakaz do 3,5 tony i dialog na koniec:
- To, kolego, już ta ulica.
- Dzięki ci wielkie, powodzenia, szerokości i nie daj się złapać.
- Dzięki, szerokości, ale to ja jestem od łapania.
Wyświetlił napis "Policja" na tylnej szybie, mrugnął awaryjnymi i odjechał :)
Żyję w rodzinie nałogowych palaczy. Mama, tata, siostra, brat – wszyscy jarają fajki. Nikogo więc nie zdziwiło to, że i ja, mając już dwadzieścia-parę lat, sam sięgnąłem po papierosy. Problem w tym, że tego szkodliwego nawyku nie akceptują moi przyjaciele, którzy prowadzą bardzo zdrowy tryb życia i zawsze denerwują się, kiedy w ich towarzystwie odpalam fajkę. Krzyczą na mnie, a czasem, jak się im uda, mój papieros ląduje na ziemi i zostaje zgaszony butem.
I tak też doszło do sytuacji, kiedy muszę chować się przed moimi przyjaciółmi i palić w domu z rodzicami.
Dodaj anonimowe wyznanie