#IZ5Pw

Wracałam do domu na piechotę przez centrum miasta, kiedy nagle w restauracji zobaczyłam swojego tatę. Nie rozmawiamy ze sobą od 5 lat. Wybrał życie z kobietą, która przy każdej okazji była dla mnie straszną zołzą, więc nasz kontakt stał się najpierw utrudniony, a później zaniechany, bo nie umiem się "dostosować", a on nie będzie tracił czasu na moje fochy.

Widzę, że siedzi z grupą przyjaciół czy znajomych - ciężko stwierdzić. Wiedziałam, że wśród znajomych opowiada, jak to zabiera mnie na weekendy i jaki mamy cudowny kontakt. Nie mam pojęcia jak wpadłam na pomysł, aby tam wejść i powiedzieć "O, cześć tato, pamiętasz te buty, o których tyle ci opowiadałam i te, na które obiecałeś mi dać 300 zł?".

Najpierw spojrzał na mnie z wielkim zdziwieniem, a później przy aprobacie swoich znajomych dał mi 300 zł... Pożegnałam się grzecznie i wyszłam.

Jego miny opisywać nie muszę, żałuję, że nikt nie zrobił mu wtedy zdjęcia.

#3GCq3

Mój ojciec zrobił mi kiedyś taki przypał, że aż do dziś robi mi się słabo na samą myśl o tym.

Żyjemy w malutkiej mieścinie – mamy tu parę osiedli, kościół, przedszkole i liceum. Wyobraźcie sobie, że mój ojczulek pewnego czerwcowego poranka wyszedł pogadać z sąsiadem przez płot i drzwi od domu się zatrzasnęły. W środku lekcji, bez pukania, wkroczył więc do sali, w której akurat mieliśmy zajęcia, odziany jedynie w piżamę oraz kapcie i zwrócił się do mnie (czerwonego niczym pawiani zad): „Paprochu, kurde, wyskakuj z kluczy. Do chaty nie mogę wrócić, a kawa mi stygnie!”.

Ta sytuacja stała się już legendą i do dziś koledzy przezywają mnie „Paproch”.

#SjMtl

Mam 30 lat, jestem przedstawicielem handlowym. Zajmuję się sprzedażą narzędzi do obrabiarek numerycznych. Moja praca polega polega mniej więcej na tym, że jeżdżę po firmach i zachęcam do zakupu. Tyle słowem wstępu.

Połowa maja, godziny popołudniowe, wracam do domu z trasy. Znam drogę wręcz na pamięć, mimo to jest jeden taki odcinek, na którym zawsze zwalniam. Jakieś 350 m przez las, po drodze jest jeden zakręt i zaraz za nim skrzyżowanie. Jadę sobie te 60 na godzinę, mimo że obowiązuje tam 90. W pewnym momencie z podporządkowanej wymusza na mnie pierwszeństwo jakiś merol. Wyjechał w takim momencie, że nie miałem kompletnie szans na uniknięcie zderzenia. Ile wyhamowałem, tyle wyhamowałem, ale i tak walnąłem w jego bok. Z racji że jechałem samochodem służbowym, mam obowiązek wezwać policję do każdej stłuczki. Więc dzwonię, zrobiłem zdjęcia, zanim jeszcze kierowca mercedesa zdążył wygramolić swoją szanowną z samochodu. Okazało się, że jest nim mój poprzedni szef, od którego się zwolniłem, bo pracując jako technolog-programista zarabiałem grosze. Tyrałem za dwóch, a że nie byłem lizodupem, to często nawet premię mi obcinali.

Przyjechała policja, mundurowi, nawet nie oglądając zdjęć, od razu stwierdzili, że wina leży po mojej stronie. Mimo że ewidentnie było widać na mercedesie ślad po uderzeniu na wysokości drzwi od pasażera za kierowcą. Więc jest to wymuszenie. Cała rozmowa mi nie pasowała, bo rozmawiali z moim byłym szefem jak z kumplem. Czyli się znali. Jako że nie jestem w ciemię bity, nie przyjąłem ich "wyroku" i zażądałem, żeby na miejsce kolizji przyjechał radiowóz z innego rejonu. Padło na wojewódzką, bo byli najbliżej. Czekałem prawie godzinę, ale się opłaciło.

Panowie podeszli do sprawy bardzo fachowo. Sprawdzili dokumenty, oba samochody, obejrzeli zdjęcia. Z racji, że momencie ich przyjazdu automatycznie przejęli sprawę, nasi lokalni policjanci mieli guzik do powiedzenia. Wojewódzcy stwierdzili jednoznacznie, tym razem na moją korzyć, że kierowca mercedesa, a mój były szef, jest sprawcą. 5 stówek mandatu i 8 albo 10 pkt karnych. Wsiadając do samochodu żony, która w międzyczasie zdążyła przyjechać, usłyszałem krótką rozmowę, która wywiązała się między wojewódzką a lokalnymi:

[W] Chłopaki, podejdźcie na chwilę.
[L] Co jest?
[W] Gołym okiem widać, że znacie się ze sprawcą. Guzik nas obchodzi kogo tutaj znacie. Ale jak jeszcze raz się dowiem, że odstawiacie taki cyrk i przez znajomości chcecie kogoś wybielić, to zgłoszę to do komendanta u nas. A wtedy, w najlepszym razie, skończycie na pastowaniu butów w szatni. Wyraziłem się jasno?

Lokalni, już potulni jak baranki, zawinęli się grzecznie i pojechali. Ja śmiałem się z tej rozmowy cały następny dzień.

I apel na koniec. Jeśli coś wam nie pasuje w tego typu zdarzeniach, macie prawo zadzwonić po inny radiowóz.

#4Z25v

Kilka lat temu skończyłem liceum, a obecnie jestem człowiekiem z wyższym wykształceniem technicznym. Ostatnio naszły mnie refleksje na temat szkoły. Nie chodzi mi o to, że jest niepotrzebna, bo to nieprawda, a ona sama pełni wiele innych funkcji poza edukacyjną (choćby społeczną), ale zwróciłem uwagę na coś innego.

Wiecie ile jest błędów w tym czego się uczymy? Wiecie jak często nauczyciele wciskają nam brednie do głowy i wymagają nauki od młodych ludzi, którzy właśnie wyrabiają się jako ludzie? Ogrom.

Thomas Edison jest przedstawiany jako bohater, choć historia określa go całkiem inaczej. Uczymy się, że naturaliści jak Emil Zola pokazywali świat takim, jakim jest naturalnie, zapominając o tym, że świat nie składa się tylko z brzydkich rzeczy (do dziś pamiętam opis truchła na polu, bez krzty piękna przyrody, który był podany jako przejaw naturalizmu). Uczymy się, że Stefan Żeromski świetnie skupiał się na społecznictwie, opisując pracowników fabryk i ich muskularne ramiona, zapominając, że ogromna część tych pracowników ich nie miała z powodu złych warunków w pracy (jakoś to już pomijali).

To śmieszne, że żaden z nauczycieli nawet nie sprawdzi, kto naprawdę wynalazł radio, a w podręcznikach nadal widnieje nazwisko Marconi, choć był on zwykłym złodziejem, który okradł Teslę. Uczymy się o złodziejach jak o bohaterach. Uczymy się idei, które są fałszywe. I to wszystko jest wpajane do głów dopiero co tworzących się ludzi, których dosłownie zmusza się do zapamiętania tego. Uczymy się o nieznających się na prowadzeniu walki pisarzykach nawołujących ludzi do walki oraz o ludziach bez wiedzy na temat gospodarki, opisujących jak ma wyglądać społeczeństwo. Uczymy się o idiotach jak o bohaterach. Czemu? Na matmie uczymy się schematów, które można nauczyć się na pamięć, karcąc (nie wszędzie) inne pomysły odbiegające od normy.

#Z2aZP

Kilka miesięcy temu zmarł mój tata. Warto dodać do tej historii, że pracował w Niemczech.

Dwa tygodnie temu jego koledzy z pracy przywieźli nam ostatnie rzeczy taty. Wiecie co tam z siostrą znalazłyśmy? Jej poduszeczkę z waty i kawałka materiału, z wyszytym serduszkiem. Zrobiła ją, gdy miała 6 lat. Od razu dała ją tacie, żeby zabrał ją ze sobą do pracy.
Przez 9 lat przy tej poduszce zasypiał (tak powiedzieli koledzy taty). Praktycznie dzień w dzień.

Niby taka drobnostka, ale siostra przepłakała kilka godzin (zresztą ja też).

#Z9V9U

Będąc w gimnazjum i liceum, co roku brałam udział w konkursach literackich. Pani od polskiego dość często mnie chwaliła i gdy udało mi się wygrać - opowiadała o tym w pokoju nauczycielskim. Reszta nauczycieli wiedziała więc, że potrafię pisać.

Pewnego dnia mieliśmy zaplanowaną kartkówkę z historii. Niestety, przedmiot ten nie był nigdy moją mocną stroną; postanowiłam więc skorzystać ze swojego daru i na pytania odpowiedzieć... wierszem. :) Miałam nadzieję, że nauczyciel podniesie mi chociaż ocenę za kreatywność.
Nie podniósł.
A na następnej kartkówce zaczął od stwierdzenia, że odpowiedzi mamy pisać PROZĄ.

#jHHk6

Mój chłopak ma naczyniaka na prawie połowie twarzy (to jest taka fioletowo-purpurowa plama). Ja już tego nie zauważam, kocham go takiego, jednak na ulicy zawsze są krzywe spojrzenia ludzi i chamskie gapienie.

Jednak przechodząc do rzeczy. Jesteśmy sobie na zakupach. P. przymierza koszulkę. Fioletową. Zastanawia się, marudzi. A że wyglądał świetnie, to mówię bez namysłu:
- Weź ją, jest super, do twarzy ci.

Dobrze, że chłopak ma dystans do siebie :D

#yQqkw

Historia z dzieciństwa.

Początek podstawówki. Generalnie beztroskie lata spędzane w "ekipie" znajomych z klasy, z którą robiliśmy mnóstwo rzeczy. Z reguły bawiliśmy się na zewnątrz, ale czasami umawialiśmy się na zabawy u kogoś - prawie zawsze u, powiedzmy, Z. "Prawie zawsze" z prostego powodu - rodzice Z. mieli gigantyczne (jak nam się, dzieciakom, zdawało) mieszkanie, dwupiętrowy dom - bliźniak na naszym osiedlu. Generalnie dom był tak duży, że nawet jak lało i nie dało się bawić w ogrodzie, to przenosiliśmy typowo zewnętrzne zabawy do środka. A taką typową zabawą była zabawa w chowanego. Serio lubiliśmy się chować po różnych zakamarkach tego domu, czasem doprowadzając rodzinę Z. do białej gorączki - wiecie, dziecięca wyobraźnia nie zna granic. Kilka razy matka Z. prawie zeszła na zawał, bo nie będąc świadoma naszej zabawy napotykała kogoś z nas między kurtkami w garderobie, w schowku na rzeczy AGD i tak dalej.

Do rzeczy. Tamtego dnia siedzieliśmy u Z. i coś tam robiliśmy, na zewnątrz pogoda straszna, no i w pewnym momencie uznaliśmy, że TERAZ gramy w chowanego. Kolega zaczął liczyć, nam odbiło i się rozbiegliśmy po domu. Ja postanowiłem użyć mojego asa w rękawie - w domu Z. były dwie łazienki, w jednej z nich była wanna stojąca przy ścianie, ale tak, że między wanną (swoją drogą nieukończoną, bez bocznych listew - stała tak cały czas) było trochę miejsca - moja autorska, nierozpracowana kryjówka. Zadowolony ze sprytu wpełzłem w tą wnękę i czekałem.

I wtedy, po chyba minucie, otworzyły się drzwi. Myślę - koniec, zaraz mnie znajdą (jak się patrzyło na całość łazienki, to było jedyne miejsce, gdzie taki dzieciak mógł się schować). Cóż, po kryjówce.

Tylko że TO NIE BYŁ kolega. Usłyszałem głos najstarszej siostry Z (wtedy od nas starsza o jakiejś 10+ lat), jak coś krzyczała do matki, po czym drzwi się zamknęły. Siostra Z. była w środku, najwyraźniej nieświadoma mojej obecności. W tym momencie myślałem, czy może wstać i ujawnić się, ale - głupi ja - pomyślałem, że lepiej przeczekać, bo jeszcze biedna się wystraszy i będę miał ją na sumieniu.

Zacząłem żałować swojej decyzji po tym, jak usłyszałem dźwięk podnoszonej deski klozetowej. Tak, zgadujecie co było.
Następne dziesięć minut leżałem nieruchomy, totalnie cicho, sparaliżowany strachem, słuchając, jak siostra kolegi robi kupę.

Bogu dzięki przez cały proces załatwienia się siostra nie zauważyła (jak mi się zdaje) nic podejrzanego. Cudem udało mi się wyjść (po odczekaniu kolejnych dziesięciu minut) z łazienki na pusty korytarz i kolejnym cudem okazało się, że nikt z ekipy nie domyślił się co się mogło stać. Zabawa zakończyła się już dawno, ja wyszedłem na super ninję, którego nie mogli znaleźć nawet wspólnie.

Od tamtej pory chowałem się w garderobie.
Mojej super kryjówki nikt nigdy nie poznał.

#0OO0h

Chciałabym opowiedzieć swoją historię i podziękować w niej pani Krysi, mojej natrętnej sąsiadce. Ciężko mi się o tym pisze.

Pani Krysia mieszkała koło mnie, na dziewiątym piętrze, i była typem sąsiadki, który ogólnie jest nazywany "monitoringiem osiedlowym" - wiedziała wszystko, znała wszystkich, o każdym mogła powiedzieć złe i dobre rzeczy. Była emerytowaną nauczycielką matematyki.

Kiedy miałam 18 lat, straciłam całą rodzinę - mamę, tatę, starszego brata. Zły los sprawił, że kiedy oni pojechali na wycieczkę, ja zostałam w domu, bo chciałam pójść na imprezę. Nigdy nie wrócili.

Pani Krysia pojawiła się na pogrzebie. I pani Krysia była później najbardziej "upierdliwą", jak to wtedy określałam, osobą na świecie. Odcięłam się od wszystkich, opuszczałam szkołę, nie wiedziałam co robić, gubiłam się w rachunkach. Leżałam w łóżku, zagrzebując się w swoim smutku. Ale nie umiałam pozbyć się pani Krysi.
Wpadała często, "pożyczyć sól", zapytać o naukę, przypomnieć o poczcie, poprosić o wyłączenie muzyki. Parę razy dziennie. Raz nawet na nią nawrzeszczałam, pamiętam to dobrze. Powiedziałam, że nic z tego nie ma znaczenia, bo i tak chcę umrzeć, zwyzywałam też sąsiadkę, w ohydny, wulgarny sposób i wypchnęłam ją za drzwi. Wróciła rano - z książkami do matematyki, do której nie miałam głowy.

Niedługo po tym pani Krysia przyniosła mi psa - że niby jakaś przybłęda, że nie ma co z nim zrobić. Poprosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała na parę dni, kiedy ona będzie szukać nowego właściciela. Nienawidziłam tego psa, tak samo, jak nienawidziłam wszystkiego wokół siebie. Później donosiła dla niego karmę - pies mieszkał u mnie, ale to ona wpadała codziennie, żeby go dokarmiać. Ale ja dzięki niemu musiałam wychodzić na zewnątrz - bardzo niechętnie, ale nie chciałam sprawiać cierpienia bezbronnemu psiakowi. Czekałam niecierpliwie, aż wreszcie ktoś zdejmie ze mnie odpowiedzialność za jego życie.

Pani Krysia zmarła niedługo po tym.

Nigdy już pani nie podziękuję za to, że nie pozwoliła mi się pani wtedy zabić. Że pukała pani do mnie, kiedy już stałam przy brzegu balkonu, zastanawiając się, jak długo będę lecieć w dół, jakby w jakiś sposób wyczuwała pani, że chcę to zrobić. Przepraszam, że nazywałam panią w tak okropny sposób.
Gdyby nie pies, którego mi pani dała, pewnie coś bym sobie w końcu zrobiła. Ale później, za każdym razem, kiedy już chciałam zakończyć swoje życie, myślałam, że nie mogę zostawić swojego przyjaciela, że on pewnie został już raz porzucony i będzie cierpiał. Dzięki niemu udało mi się zacząć funkcjonować na nowo. I dzięki pani - bo mimo mojego zachowania rozumiała pani, że to najgłębsza rozpacz i że potrzebuję pomocy. Teraz już potrafię sobie poradzić. Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie