Dziś, po roku związku mój facet wreszcie powiedział, że mnie kocha. I pewnie cieszyłabym się zamiast narzekać, gdyby nie okoliczności, w których to nastąpiło.
To podniosłe wyznanie usłyszałam, kiedy źle się poczułam i wróciłam szybciej z pracy. Nakryłam go w moim mieszkaniu, w moim łóżku, z jakąś gówniarą. „Kocham cię. Z nią to tylko seks” - wypłakał. W sumie to były chyba ostatnie słowa, jakie do mnie powiedział, bo nigdy więcej nie chcę go widzieć.
Historia o relacjach z teściową.
Kupowałam od takiej starszej, sympatycznej pani pyszne ciasta domowego wypieku na różne okazje typu urodziny, imieniny. Któregoś razu poskarżyła mi się, że bardzo źle jej pod względem finansowym, a że znałam ją, lubiłam i miałam możliwość, żeby to zrobić, chciałam wręczyć jej pieniążki, żeby miała za co żyć. Pani się absolutnie nie zgodziła, ale po dłuższych negocjacjach ustaliłyśmy, że będzie mi pomagać w pracach domowych, robić zakupy, itp. Obie byłyśmy bardzo zadowolone, bo dla mnie jej pomoc była nieoceniona, a ona mogła uczciwie dorobić.
Tak było do czasu, kiedy o tym dowiedziała się moja teściowa. Zadzwoniła do mnie, że nie jestem prawdziwą kobietą, bo nie mogę sama sobie posprzątać, tylko wydaję pieniądze jej synka. No to ja jej tłumaczę, że po pierwsze nie pieniądze jej synka, tylko że ponieważ mam swoją firmę i ile pracy wykonam, tyle zarobię, to dzięki temu, że ktoś inny zajmuje się sprzątaniem ja mogę więcej zarobić, a jeśli nie, to mogę spędzić czas z dziećmi, a nie na sprzątaniu i że ta pani dzięki temu też ma środki do życia itd...
Ona na to, że mi się w dupie poprzewracało i się rozłączyła, żeby całej rodzince opowiedzieć jaką ma beznadziejną synową.
A coś anonimowego?
Mam nadzieję, że nigdy się nie dowie, że po tym doprawiłam jej porcję zupy środkiem na przeczyszczenie... No ale przecież prawdziwe kobiety nie srają, więc nie mogło jej zaszkodzić :D
Po rozwodzie rodziców moja babcia ze strony ojca miała do mnie żal o spowodowanie całej tej sytuacji. Byłam w wieku, w którym opuszczałam dom rodzinny i nie chciałam zostawić mojej mamy z ojcem samej i "namówiłam" ją na rozwód, a wręcz zmusiłam ją do tego. Była bardzo bierna, nie potrafiła się przed nim bronić, bała się, że nie poradzi sobie finansowo i wiele innych dylematów, z którymi borykają się kobiety w rozpadającym się małżeństwie. Ostatecznie na dobre im to wyszło, w każdym razie mamie, bo z ojcem kontaktu nie mam. Babcię odwiedzałam rzadziej niż przed rozwodem, z żalu, że mnie nie wspierała (mówiła, że będzie po mojej stronie - ojciec czasem nas bił, ignorował, uważał za zło konieczne w swoim życiu).
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechałam do babci w odwiedziny, spotkałam u niej ojca, niewidzianego od rozwodu rodziców. Nie chcę żyć w gniewie, więc byłam uprzejma, udało nam się zamienić słowo, lecz na koniec spotkania powiedział coś, co bardzo mnie dotknęło i wyszedł. Zostałam sama z babcią, a ona wyrzuciła mi kolejne żale za rozwód i takim sposobem pokłóciłyśmy się kolejny raz przez ojca. Wkurzona wróciłam do domu i unikałam z nią kontaktu.
Jakiś czas temu zachorowała, trafiła do szpitala, złapała covid i zmarła. Mimo że miałam do niej numer, nie zadzwoniłam do niej. Wszystkim, którzy o pytają, czy udało mi się z nią porozmawiać (byłam dość blisko z babcią) powiedziałam, że próbowałam, ale nie udało mi się z nią skontaktować. Wstyd mi przyznać, że nawet nie wykonałam tego telefonu. Nie wykonałam go ze złości, nie potrafiłam się przemóc. W przeddzień jej śmierci czułam, że muszę to zrobić, bo nie zdążę. Oczywiście nie zdążyłam, ale to tylko moja wina. Jest mi wstyd.
W moim miejscu pracy miałem swoje stanowisko przy oknie sąsiadującym z zakładem karnym. Któregoś dnia przyszła moja koleżanka z pokoju obok, taka 7/10, i coś szarpała się z kserem (było lato, więc okno otwarte na oścież). Gdy pochyliła się przy kserze, wypinając się w kierunku okna, u "sąsiadów" rozległ się wrzask. Jeden odważniejszy zaczął wykrzykiwać co by z nią zrobił i na ile sposobów zaspokoił. Na co ona podeszła spokojnie do okna i zapytała:
- A kiedy wychodzisz? Bo ja o 15.
Z perspektywy znajomych mojego byłego zostawiłam go, bo zachorował. A było tak...
Facet po 25 roku życia, więc już nie gówniarz. Byliśmy zaręczeni, razem od kilku lat.
Zawsze lubił popić na imprezach, bez piwa nie było oglądania filmu, bez wina kolacji, bez wódki imprezy. Lubię czasem się napić alkoholu, ale bez przesady. Z nim było coraz gorzej. W końcu poczuł się źle, diagnoza - poważna choroba, całkowity zakaz picia alkoholu pod groźbą śmierci. Myślicie, że przestał pić? Gdy leżał w szpitalu, siedziałam przy nim dzień i noc, zawalając studia. Gotowałam lekkostrawne potrawy, kupowałam leki, woziłam na wizyty. Nie przestał pić, wręcz przeciwnie, pił coraz więcej.
Odeszłam, bo nie zamierzałam nigdy żyć z alkoholikiem, a tym bardziej z człowiekiem, dla którego wódka jest ważniejsza od zdrowia i życia. Nie miałam zamiaru wyjść za kogoś, kto za rok albo dwa zapije się na śmierć.
Jego rodzina stwierdziła, że jestem niezłą suką, bo zostawiłam chorego faceta. "On się bez ciebie rozpije" - usłyszałam. Wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam, że rozpił to się dawno temu.
Otóż, moi drodzy, zostawiłam alkoholika, który nie szanował życia...
...i bardzo mi z tym dobrze :)
Historia sprzed czterech lat.
Zatłoczony tramwaj, godziny szczytu, wszyscy się gnieżdżą i co rusz do środka wskakują kolejne osoby. Między innymi była ona - kobita ok. 60, ale nie moher, raczej elegantka z piórkiem w dupie.
Wszystkie siedzenia zajęte, więc owa pani sokolim wzrokiem omiotła cały środek komunikacji i wypatrzyła sobie jakiegoś kawalera, nie więcej niż 20 kilka lat. I podchodzi, staje tuż obok niego, i zaczyna się - stęka, sapie, wzdycha, wymuszając na chłopaku ustąpienie miejsca. W końcu on wstaje, zdobywa się na najszczerszy uśmiech, na jaki było go wtedy pewnie stać, pokazuje rękami na wolne siedzenie i mówi:
- Proszę uprzejmie, niechże sobie pani spocznie!
Kobita zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu, kiwnęła głową z wyniosłą miną i wreszcie siada. Ledwo dotknęła zadkiem siedzenia, powierciła się dwa razy, po czym oburzona i zniesmaczona mówi do niego:
- Ja na wygrzanym siadać nie będę!
Na co chłopak, nadal z promiennym uśmiechem:
- To przepraszam panią bardzo, ale dla pani wygody ja lodu w dupie nosić nie będę!
Dama oburzona wysiadła na następnym przystanku :D
Mieszkam w bloku. Niestety, ściany u nas są dość cienkie, można usłyszeć co głośniejsze dźwięki z sąsiednich mieszkań.
Pewnego dnia zostałam akurat sama w domu, korzystając z nieobecności rodziców postanowiłam dać upust swoim pragnieniom i sobie... pośpiewać. Nigdy nie miałam dobrego głosu, więc przy innych się wstydzę, ale mimo braku talentu lubię sobie czasem zrobić własny koncert. Akurat miałam chęć na piosenki z bajek Disneya, a konkretniej z "Pocahontas". Fragment "Czy wiesz czemu wilk tak wyje w księżycową noc, i czemu ryś tak zęby szczerzy rad?" upodobałam sobie wystarczająco, aby zaśpiewać go kilka razy tego wieczoru, przyznam, że straciłam panowanie nad sobą i mogło wyjść trochę głośno...
Nagle przeszkodził mi dzwonek drzwi, poszłam więc otworzyć, a tam moim oczom ukazał się mój sąsiad, dość wysoki i przystojny, dotychczas mówiliśmy sobie tylko cześć, mijając się na korytarzu. Spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, otworzył usta i spytał...
- No i czemu ten wilk tak wyje, co?
Jakieś pół roku temu przeprowadziłam się na wieś. Sąsiedzi znają mnie tylko z widzenia, ale dla mieszkających w pobliżu dzieciaków jestem bohaterką. Dlaczego?
Ponieważ codziennie widują mnie jak wędruję do i z pracy. W ciężkich butach roboczych, którymi można by mury burzyć (jak twierdzą dzieciaki). W ubraniu ochronnym z ogromem kieszeni, z których wystają śrubokręty, kombinerki, imbusy, rękawice, mentosy i inne tałatajstwo. Do tego czasem trafi się jakiś młotek, łom, maska pyłowa czy gogle ochronne. I pewnie pomaga również to, że czasem coś małolatom naprawię. No naprawdę jaki pięciolatek nie chciałby nosić takich bajeranckich rzeczy i być w stanie naprawić samochodziki na baterie?
Jednakże niedawno przypadło mi kilka dni urlopu, więc zrobiłam to co każda kobieta w mojej sytuacji by chętnie zrobiła. Przez cały dzień paradowałam w starych, wyciągniętych różowych dresach i kłapiących kapciach emu. Wyszpachlowałam twarz maseczką, na włosy nałożyłam jakąś odżywkę... I przypomniałam sobie w tym momencie, że natychmiast muszę wystawić śmietnik, bo jak nie zdążę teraz, to następna wywózka za dwa tygodnie.
No to dalej, wybiegłam jak stałam, wywlekłam zielony pojemnik na chodnik i... i ujrzałam te zszokowane twarzyczki. Widniał na nich ten sam wyraz zaskoczenia, jak w momencie, w którym dziecko odkrywa, że nauczyciele nie mieszkają w szkole. Dziadkowie byli kiedyś młodzi. Święty Mikołaj nie istnieje. A mechanik z sąsiedztwa nie jest zrośnięty ze strojem roboczym, tylko jest normalnym człowiekiem!
A kiedy pierwszy szok minął, usłyszałam jeszcze tylko ciche:
- To... pan... pani jest kobietą?!
Otarliście się kiedyś o śmierć tak blisko, że jej stęchły oddech połaskotał was po karku? Kiedyś, jeżdżąc sobie po Peru, zachciałem zobaczyć słynne linie z Nazca – to leciwe geoglify pokrywające jedną z pustyń na zachodzie kraju. Aby je zobaczyć, można skorzystać z prymitywnych konstrukcji służących za wieże widokowe, albo skorzystać z usług lokalnego lotniska. Dziesięć lat temu startowały stamtąd stare, kilkuosobowe, rozklekotane samoloty. Ogorzały pilot kalkulował sobie „na oko” ile benzyny trzeba zalać i zabierał ekipę na pokład maszyny, która od kilku dekad powinna dokonywać żywota na jakimś peruwiańskim złomowisku. Czasem dochodziło do awarii, czasem kończyło się paliwo… Na szczęście niedaleko znajdowała się Panamericana – długa droga ciągnąca się przez całe południowoamerykańskie wybrzeże, więc w razie kłopotów samoloty lądowały na asfalcie. Nie zawsze jednak miały na to szansę.
Na lotnisku nie było nic poza pasem startowym i budą służącą za lotnisko, stragan z pamiątkami oraz kiosk z czipsami i colą. Zmęczony upiornym upałem i klimatem tak suchym, że byłem już o krok od mumifikacji za życia, poczłapałem do wspomnianej budy po jakiś napój. Wówczas to jak na złość zjawił się pilot samolotu, którym miałem lecieć. Korzystając z zamieszania i mojej chwilowej nieobecności, jakiś facet wcisnął się na moje miejsce. Kiedy wychodziłem z budynku sącząc gazowany płynny ulepek, zobaczyłem wzbijającą się Cessnę. Napój kosztował mnie pół godziny czekania na moją kolej i, jak się wkrótce okazało – była to doprawdy niska cena za uratowanie mi życia. Samolot rozbił się dziesięć minut później. Wszyscy zginęli.
Nawet nie wiecie, jak bardzo dziękuję losowi, że pragnienie wygrało wówczas z moją silną wolą. Mógłbym dziś nie pisać tych słów.
Gdy mój mąż mnie bił, rodzina mówiła, że przesadzam, mogłam sprowokować i powinnam bardziej się starać.
Gdy dzwoniłam zapłakana do matki, opowiadając jak mój mąż znęca się nade mną psychicznie, usłyszałam, że on biedny, robi co może, żeby mnie jakoś ustawić.
Gdy przez stres poroniłam ciążę, usłyszałam od wszystkich najbliższych z rodziny, że co ze mnie za kobieta i jak mogłam być taką egoistka i stresować się, wiedząc, że jestem w ciąży.
Gdy odeszłam do innego mężczyzny, na odchodne dostałam od ojca w twarz i liczne obelgi oraz zarzuty, że jestem niewierną k*rwą i wstyd im, że mają córkę, która zamiast rodzić dzieci i być oddana mężowi, wymyśla sobie jakieś rozwody i pozwy.
Od 3 lat nie mam już kontaktu z rodziną, były mąż dostał wyrok za znęcanie się. Obecnie jestem zaręczona ze wspaniałym mężczyzną, który jako jeden jedyny zawsze na pierwszym miejscu stawia moje dobro, a nie jaki obiad ugotowałam bądź czy stosownie się ubieram.
A co do rodziców, to nie chcę ich więcej widzieć na oczy. Nie mogę tego pojąć, jak pozornie wspaniali ludzie, wpłacający duże sumy na organizacje charytatywne, pobożni katolicy, zawsze w pierwszych ławkach kościelnych, z perfekcyjną opinią, gdy tylko przekraczali próg domu, stawali się potworami.
I taki anonimowy smaczek na koniec - ciążę poroniłam celowo. Stres po prostu pomógł.
Dodaj anonimowe wyznanie